U źródeł tożsamości. Na marginesie twórczości Olgi Kobylanśkiej (1863–1942)

U źródeł tożsamości. Na marginesie twórczości Olgi Kobylanśkiej (1863–1942)

Ostatni raz byłem we Lwowie prawie rok temu. Obejrzałem wtedy w Teatrze Dramatycznym im. Marii Zańkowećkiej, który mieści się w gmachu Teatru Skarbkowskiego, tj. w budynku teatralnym wzniesionym pod koniec I poł. XIX w. przez hr. Stanisława Skarbka, przedstawienie na podstawie powieści Olgi Kobylanśkiej „Ziemia”. Moja – jedynie funkcjonalna – znajomość języka ukraińskiego okazała się niewystarczająca, by zrozumieć przekaz sztuki. Oglądałem przedstawienie tak, jak się patrzy na sztuki plastyczne, gdzie dźwięk i obraz przekazuje raczej emocje niż wyraźnie sformułowany przekaz ideowy. Teatr był pełen widzów, a rzęsiste oklaski na koniec przedstawienia świadczyły dowodnie, że nie dostrzegłem w przedstawieniu tego, co dla Ukraińców w tej sztuce było ważne, najważniejsze.

Olgę Kobylanśką znam nie z lektur, lecz z podróży po Bukowinie, przede wszystkim do Czerniowiec (ulica Kobylanśkiej, Teatr im. Kobylanśkiej i Muzeum pisarki w jej domu przy ul. S. Okunewśkiej 5). W Polsce chyba nie jest znana szerszemu kręgowi czytelników, choć kilka ważnych utworów na język polski przełożono i ciągle można je kupić na aukcjach internetowych (Ziemia, Warszawa 1965; W niedzielę rano ziele zbierała, Lublin 1981; Księżniczka, Poznań 2022). Gdyby nie podróże na Bukowinę oraz lwowskie przedstawienie, zapewne Kobylanśka pozostałaby w mojej pamięci jako jeszcze jedna autorka, której twórczość potrafię umieścić na mapie literackiej i – gdyby zaszła taka potrzeba – powiedzieć kilka słów, zgodnie z tym, czego nauczył mnie Pierre Bayard, autor wyśmienitej pracy „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało”. Polecam!

Pretekstem poniższych uwag jest jednak biografia pisarki. Przedstawiam je, by zwrócić uwagę badaczy literatur i języków pogranicza na niezbadany jeszcze w jej twórczości – i w twórczości wielu innych twórców pogranicza nie tylko polsko‑ukraińskiego – wątek polski. By uniknąć nieporozumień i swarów – nie chodzi o rewindykację, o przypisanie do kultury polskiej tego, co jej się słusznie bądź niesłusznie należy, lecz o trudny i skomplikowany proces budowania tożsamości indywidualnej i zbiorowej w warunkach wielokulturowości, wielojęzyczności i wieloreligijności.

Jak napisała Eulalia Papla, krakowska literaturoznawczyni i teoretyczka literatury, Olha Kobylanśka urodziła się w miasteczku Hura-Humora na południu Bukowiny (obecnie Rumunia). Jej ojciec, Julian, przybył tu z Galicji w wieku lat czternastu, nauczył się języka niemieckiego, odbył kurs elementów prawa i rozpoczął pracę jako sekretarz sądowy. Matka Maria była córką Niemca Józefa Wernera, który osiedliwszy się w bukowińskiej wsi Dymka, pracował jako zarządca polskiego dworu ziemiańskiego i tam ożenił się z Polką, Łucją Kuczmajewską (korzenie rodziny babki Olgi sięgają uchodźców polskich z czasów powstania listopadowego), wychowującą się w domu właściciela dworu, hr. Gołuchowskiego. Była więc Olga w połowie Rusinką, w jednej czwartej Niemką i w jednej czwartej Polką.

Zmarła 21 marca 1942 r. w okupowanych wtedy przez Niemców Czerniowcach. Jak napisała na stronie internetowej Obwodowego Towarzystwa Kultury Polskiej w im Adama Mickiewicza w Czerniowcach Hałyna Tarasiuk, Kobylanśka umarła, zabrawszy ze sobą swoją największą tajemnicę, dlaczego Ta, w żyłach której płynęła krew kilku wielkich i potężnych narodów europejskich, wybrała los córki cierpiącego, rozdartego wiekami i granicami ukraińskiego narodu.

W ogólnie dostępnych źródłach można jeszcze przeczytać, że „swoje utwory pisała w języku ukraińskim, niemieckim oraz polskim” (strona www Poznańskiego Towarzystwa im. Iwana Franki). Jeśli powątpiewam w znajomość ukraińskich utworów Olgi Kobylanśkiej w przekładach na język polski, to jestem przekonany, że jej twórczość w języku polskim pozostaje – obym się mylił – całkowicie nieznana, ani w Polsce, ani w Ukrainie. Czy w tej sprawie zmieni coś nowe dziesięciotomowe wydanie „Utworów zebranych” pisarki (pod red. W. Antrofijczuka), którego ostatni dziesiąty tom wkrótce się ukaże w Czerniowcach?

W 1899 r. Olga Kobylanśka wyjeżdża z Bukowiny do Kijowa i Cesarstwa Rosyjskiego. Choć w liście z Hadziacza – o którym dalej – pisze, że jest „mocno w głębi Rosji”, to poruszała się po terytorium dzisiejszej Ukrainy. Obraca się w kręgu ówczesnej inteligencji rosyjskiej i „małoruskiej”, jak wtedy mówiło się o Ukraińcach. Listy do rodziców z tej podróży pisarka ukraińska pisze po polsku – pamiętamy, z pochodzenia „w jednej czwartej Polka”. W znajdującym się w zbiorach Biblioteki Uniwersytetu Czerniowieckiego liście z Hadziacza (z 21 sierpnia 1899) – miasta szczególnie ważnego w historii Rzeczpospolitej, Ukrainy i Rosji, bo tu zawarto brzemienną w skutki umowę hadziacką – Kobylanśka pisze o zwykłych w takich sytuacjach problemach (trudy podróży, prośba o pieniądze etc.). Ukraińców zainteresują przede wszystkim jej spostrzeżenia dotyczące języka ukraińskiego i rosyjskiego (Sama bym była nie jechała, bo trzeba przesiadywać, a to wszystko po rosyjsku, nic nie rozumiem, to mnie by było bardzo trudno), o sytuacji prawnej i socjalnej języka „ruskiego” /„małoruskiego” (W Kijowie […] na zjeździe nie wolno było po rusku referaty czytać; To imaginacja, że co rosyjskie a ruskie jedno i to samo – taże w mowie straszenna różnica – rozumie się, kiedy się prawdziwie po rosyjsku mówi!). Polaków zainteresuje także polszczyzna tego listu, ukształtowana pod wpływem domu i języka polskiego wyizolowanych grup polskich na Bukowinie pod koniec wieku XIX. A jest to polszczyzna generalnie poprawna, zgodna w swym zasadniczym zrębie z językiem literackim tego okresu, choć z charakterystycznymi cechami języka kształtującego się w kontakcie z językiem ukraińskim, z dala od ówczesnych centrów polszczyzny.

Zwracają w tym liście najpierw charakterystyczne dla polszczyzny w kontakcie z językiem ukraińskim problemy z formami czasu przeszłego, a więc: do Kosaczów ja ze starym przyjechała zamiast ze starym przyjechałam; jak ja miała już wyjeżdżać zamiast jak miałam już wyjeżdżać etc. Niemniej jednak Kobylanśka ma świadomość, jak powinno być po polsku, bo w innym miejscu w nieodległym sąsiedztwie cytowanych przykładów możemy przeczytać: Dziś rano przyjechałam tu i zaraz piszę. Tu końcówka czasu przeszłego ‑ m jak w polszczyźnie standardowej. To samo dotyczy innych form fleksyjnych czasu przeszłego, a więc obok standardowego jeździliśmy mamy my jechali (zamiast jechaliśmy). W zakresie słownictwa możemy dostrzec kilka słów, które są niewątpliwymi zapożyczeniami, np. durniczka czyli darmocha, okazja (por. ukr. дурнички „даром, без оплати”) prostor, czyli przestrzeń (por. ukr. простір), straszenny tj. ogromny, duży (ukr. страшенний. Czasem trudno określić, czy wyraz jest obcy, czy rodzimy. Tak jest np. ze słowem naród, którego Kobylanśka użyła w znaczeniu «lud, chłopstwo»: trochę dziwnie, że przy takiej masie ziemi naród wywędrowuje […]. W tym znaczeniu wyraz mógł być używany w dawniejszej polszczyźnie. Polski archaizm czy wpływ ruski? Zresztą do dziś to archaiczne znaczenie utrzymuje się w polskich gwarach, np. w wyrażeniu kupa narodu, tj. dużo ludzi.

Cytowana wyżej Hałyna Tarasiuk – jak pamiętamy – pytała, dlaczego Kobylanśka „wybrała los córki cierpiącego, rozdartego wiekami i granicami ukraińskiego narodu”. Niestety, w jej tekście nie znajdziemy na to pytanie odpowiedzi. Ja też nie potrafię jej jeszcze udzielić. Wiem jednak, że nie wolno odpowiadać pochopnie, w kontekście doraźnych sporów i porachunków politycznych. Wymaga ona gruntownych studiów nad życiem i twórczością pisarzy, których wielkość rodziła się w tyglu kultur. Potrzeba także studiów nad marginalizowaną często twórczością w innych językach niż ten dominujących w twórczości danego pisarza. Jeśli nie uwzględnimy faktu, że w korespondencji z rodzicami Olga Kobylanśka używała języka polskiego, to zamiast zbliżyć się do sedna jej ukraińskiej twórczości, będziemy się od niego oddalać.

Henryk Duda

Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025

X