Na poboczu wąskiej drogi zalega gruba warstwa ciemnego pyłu. Nikt tam nie sprzątał po zimie. Tylko koła licznych samochodów wymiatają ten kurz w powietrze. Znaczną część pędzących, brudnych, ciężarówek i terenówek, łączy ta sama barwa lakieru. Zgniły kolor wojny, mający ułatwić pozostanie niezauważonym. Ubłocony, opancerzony „bewup”, dźwięczy gąsienicami po asfalcie, kierując się szybko w stronę oczekującej na niego, niskopodwoziowej naczepy. Logistyczny harmider przenika się ze stłumionymi wybuchami artylerii. Z nastaniem szarej godziny obwód doniecki potęguje wewnętrzną niepewność losu i adrenalinę. Null jest jakieś dwadzieścia kilometrów dalej.

Dwa dni wcześniej, Jura poganiał wieczorem do sklepu. Bo za chwilę odezwą się syreny i nie da się już nic kupić. Kilkadziesiąt minut później siedzieliśmy już w jego kijowskim mieszkaniu na czternastym piętrze. Rozmawialiśmy o życiu na huculskiej „Wysokiej połoninie”. Między innymi jakiej blachy użyć do nakrycia starej chaty, bo dach przeciekał trochę w rogu. Między słowa wplótł się alarm. Dzień jak co dzień, a właściwie wieczór. Jura miał rację. Po trzech latach wojny wszyscy w Ukrainie nauczyli się w jakiś sposób wytyczać rytm swojego życia przeciągłym dźwiękiem ostrzeżenia. Kiedy rozlega się on w nocy, można się nie wyspać albo zginąć. Tym razem drony i rakiety poleciały zabijać gdzie indziej. Szczęście dla nas, ale wątpliwe dla ludzi znajdujących się u kresu trajektorii tych powietrznych ataków. Tak działa to odczucie w czasie wojny. Brutalny egoizm przetrwania połączony z empatią współczucia.
Nigdy nie wiadomo, kto akurat przejeżdża drogą. Żołnierze dawali do zrozumienia, że takie zwracanie uwagi otoczenia nie jest do końca rozsądne. Poza tym drony przeciwnika wlatują daleko w głąb Ukrainy. A sygnału tych „na sznurku” światłowodowym nie da się zakłócić. Jakub Wojtuń, prezes fundacji Grupa Pomocowo-Ratunkowa Świt, szukał zasięgu na zewnątrz budynku. Był mocno zmotywowany do pomocy. Stąd ten wyjazd oliwkową karetką do Donbasu. Kupił ją za zebrane środki. Ale pierwszą sfinansował w całości z własnych pieniędzy. Zadaniem samochodu miało było przewożenie rannych żołnierzy. – Na krótko przed Rewolucją Godności zacząłem podróżować po państwach dawnego Związku Radzieckiego. Jakiś czas później Ukraina straciła Krym i rozpoczęła się operacja ATO. Stwierdziłem wówczas, że trzeba pomóc ukraińskiemu społeczeństwu, atakowanemu przez rosyjskiego agresora – wspomina Kuba. Od 2015 roku wspierałem coraz szersze grono ludzi, będących w potrzebie. Natomiast w momencie rozpoczęcia wojny pełnoskalowej w 2022 roku zintensyfikowałem swoją pomoc. Oczywiście na miarę moich możliwości – dodaje – i tak trwa to do tej pory. W lutym tego roku, wolontariusz otrzymał Złoty Krzyż Zasługi z rąk prezydenta Rzeczypospolitej za pomoc Ukrainie.
Jest niedziela palmowa przed południem. Z tą różnicą, że prawosławni święcą gałązki wierzby. Po lewej stronie Dniepr toczy swoje szerokie wody. W drodze na wschód, przed Czerkasami, dociera tragiczna wiadomość z Sum. Wierzba to religijny symbol życia i zwycięstwa. Na twarzach ludzi zapewne jeszcze krople wody wymieszanej z oliwą po święceniu przez duchownego.. Zastanawiam się jak zestawić kilkadziesiąt, niczym niewinnych ofiar ze słowami ukraińskiej kobiety w średnim wieku, opowiadającej ze spokojem o swojej córce lekarce, mieszkającej na okupowanym Krymie – dostała wybór po 2015 roku, tylko rosyjski paszport musiała przyjąć. Jak jej się żyje? Chyba dobrze, pracuje w miejscowym szpitalu. Tylko wnuków nie mogę zobaczyć – dodaje z troską. Po drodze zaprzyjaźniony przedsiębiorca Rufat, Azer z pochodzenia, ładuje do auta żywność i oleje silnikowe, wsparcie dla żołnierzy z 44 Samodzielnej Brygady Zmechanizowanej.
Niestety na miejscu w Donbasie matowy sprinter z kogutami na dachu, tym razem spędza kilka dni bezczynnie. Zabrakło jakichś dokumentów. Nasze dobre chęci niesienia pomocy rannym przegrały z biurokracją.
Do Pokrowska niezbyt daleko, a z drugiej strony tu jeszcze da się jakoś żyć. Ale ludzi nie ma już tutaj zbyt wielu. W lokalnym sklepiku najpotrzebniejszy asortyment. Czuć dym. Gdzieś obok małego straganu z chińskimi koszulkami, można zjeść szaszłyki. Klientela to głównie przejeżdżający żołnierze o zmęczonych twarzach. Ogorzałych od mocnego, kwietniowego słońca.
Czas na odwrót. Czerwony bus zatrzymuje się, wznosząc w powietrze tumany zleżałego kurzu. Kolor auta nie pasuje do tutejszych realiów. Jest jakby z innego świata. Oczy i umysł zdążyły już się przyzwyczaić do dominującej, militarnej barwy pojazdów. – Spasiba – kierowca wydaje komuś resztę gotówki za przejazd. Kuba z oliwkowym mercedesem zostaje w Donbasie. Czeka na opóźnione dokumenty i innych wolontariuszy, aby zacząć w końcu pomagać.
W Dnieprze na peronie stacji kolejowej słychać syreny alarmowe. Niektórzy kryją się w przejściu podziemnym dworca. Patrząc na statystyki ostatnich ataków z ukraińskiego nieba, nie dziwi ten przestrach okolicznych mieszkańców. Iryna wraca pociągiem z Dniepra do swojego tymczasowego domu na Zakarpaciu, osiem kilometrów od węgierskiej granicy. Bo jak tutaj żyć, nieustanne alarmy i ataki dronami i rakietami. Ludzie tracą życie – ubolewa cichym głosem. Jakieś dwie, trzy godziny później kobieta pokazuje informacje w smartfonie o bombardowaniu miasta. Stało się to chwilę później jak wsiedliśmy do wagonu. Jeden pocisk trafił także blisko dworca. Zginęli dorośli i dzieci. Na wysokości Krzywego Rogu do przedziału dosiada się trzydziestoletnia Katiusza. Załatwiała swoje sprawy w rodzinnej miejscowości i wraca do Polski z ciężką walizką. W Ukrainie poza siostrą nie ma już nikogo.

We Lwowie w ciągu dnia termometry wskazują trzydzieści stopni. Nie musi pan po ukraińsku, ja znam język polski – słyszę, kiedy kupuję bilet w tramwaju. Prowadzi go Polka ze Lwowa. Na Rynku macha na pożegnanie. Tego dnia znów wyją głośno syreny. Ktoś mówi, że odezwały się tutaj po tygodniowej przerwie.
„Jądro ciemności” środkowej Europy zostało daleko, a jednocześnie tak blisko. Ale nigdy nie wiadomo gdzie spadnie śmierć. Demony wojny nie ustępują. Ich mrok powiewa flagami na wielu ukraińskich cmentarzach.
Marek Tutak
Tekst ukazał się w nr 9 (469), 16 – 29 maja 2025

