Tydzień Kultury Polskiej w Równem

Tydzień Kultury Polskiej w Równem

W dniach od 4 do 9 września br. w Równem na Ukrainie odbył się jubileuszowy, dziesiąty z kolei „Tydzień Kultury Polskiej”, zorganizowany przez tamtejsze Towarzystwo Kultury Polskiej im. Władysława Reymonta.

W ramach Tygodnia odbyło się wiele polskich imprez, w tym m.in. konkurs recytatorski dla dzieci polskich z obwodu równieńskiego; wystawa fotografii w miejscowym Muzeum Krajoznawczym: „Pamiątki architektury polskiej na Wołyniu”; koncert zespołów artystycznych na spotkaniu integracyjnym w pobliskim ośrodku wypoczynkowym w Aleksandrii nad rzeką Horyń oraz dwa koncerty galowe (na otwarcie i na zakończenie Tygodnia) w sali teatralnej Pałacu Dzieci i Młodzieży w Równem. Obok dwóch młodzieżowych zespołów tańca narodowego („Biały Orzeł” i „Ziarenko”), działających przy Towarzystwie Kultury Polskiej w Równem, zaprezentowały się miejscowe zespoły z pobliskiego Zdołbunowa oraz z Rokitna i Dubna a także polski zespół „Koroliski” z Żytomierza. Dla uświetnienia tygodnia wystąpiły gościnnie zespoły przybyłe z Białorusi i z Polski: bardzo dobry chór „Nasz Kraj Rodzinny” z Baranowicz, znakomita orkiestra dęta z Nadarzyna oraz wspaniały Chór Katedralny z Siedlec.

Podwójny jubileusz
Zabiegana prezeska Zarządu Towarzystwa Kultury Polskiej w Równem Janina Dołgich znajduje trochę czasu dla dziennikarza z Polski. Dowiaduję się, że Polacy w Równem są zrzeszeni od 1993 roku, a od 1997 roku prezesuje im właśnie pani Janina. Tak więc, jubileusz dziesięciolecia głównej polskiej imprezy jest zarazem Jej jubileuszem. Zajmuje się ona działalnością społeczną jakby podwójnie intensywnie, ponieważ nie pracuje zawodowo i cały wolny czas poświęca Towarzystwu. Pytam ją o liczbę członków:

– Przyjmujemy tylko osoby mogące wykazać się pochodzeniem polskim. Aktualnie mamy 168 członków w naszej organizacji – pewnie, że takiego przyrostu, jakiego by się chciało, nie ma. Naszym chyba najważniejszym osiągnięciem jest jednak to, że nie ma kłótni, a to jest niemała sprawa. Dziękuję swemu Zarządowi, że są tacy wyrozumiali i tolerancyjni. A przede wszystkim dziękuję tym 35 osobom, które w ciągu tych 10 lat pomagały mi w organizacji Tygodni Kultury Polskiej i które dzisiaj otrzymają dyplomy w podziękowaniu za ich wkład pracy – informuje pani prezes.

– Jaki jest stosunek władz ukraińskich do Towarzystwa? – stawiam kolejne pytanie.

– Utrzymujemy dobre stosunki z władzami. Świadczy o tym fakt, że na imprezach Tygodnia Kultury Polskiej obecni byli przedstawiciele Wydziału Kultury Urzędu Miejskiego, od których dostaliśmy wiele pochwał a nawet biało-czerwone kwiaty, co było dla nas bardzo miłym akcentem – odpowiada pani prezes.

– Czy trudno jest być Polakiem w Równem? – prowokuję moją rozmówczynię.

– Ja uważam – odpowiada pani Janina – że kto chce, to zawsze może być Polakiem. Nieraz mam takie smutne przypadki, że niektórzy Polacy, mający ponad 70 lat, są wystraszeni i jakoś tak umykają od Towarzystwa. Jest mi przykro z tego powodu, bo ja mam 50 lat i szczycę się tym, że jestem Polką, bo gdybym bała się, to nie szanowaliby mnie ci, którzy może i chcą mnie wystraszyć.

Pytam też o wsparcie ze strony Polski.

– Głównym sponsorem naszej imprezy w tym roku jest Fundacja „Pomoc Polakom na Wschodzie”, która bardzo w czas przekazała nam pieniądze, dzięki którym mogłam całą tę imprezę zorganizować. Pan marszałek Struzik z województwa mazowieckiego sfinansował przyjazd grupy 75 gości z Siedlec i z Warszawy. W sumie przybyło do nas około 130 gości z Polski, Białorusi i Ukrainy. Trochę gorzej w tym roku było z pomocą ze strony Krajowego Zarządu Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” – ale pan prezes Stelmachowski jest zawsze dla nas bardzo życzliwy i bardzo dziękuję za to wszystko, co Pan Prezes dla nas robi. Serdecznie dziękuję wszystkim oddziałom Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, które współpracują z nami: przede wszystkim siedleckiemu, warszawskiemu, Krajowemu Zarządowi, a także oddziałowi zamojskiemu, nowosądeckiemu i krakowskiemu. Odbyliśmy aż 6 wycieczek do Polski w tym roku. Byliśmy m.in. w Poznaniu, gdzie zyskaliśmy nowego partnera. Drodzy Rodacy, bardzo cenimy Wasz wysiłek, Waszą pomoc. Wiemy, że to nie jest takie proste dla Was dzielić się z nami. Dlatego bardzo dziękujemy i postaramy się dobrze tę pomoc wykorzystywać dla utrzymania i rozwoju mniejszości polskiej na Rówieńszczyźnie – zapewnia pani prezes Janina Dołgich.

Chor Nasz Kraj Rodzinny z Baranowicz. Fot. Mikołaj Dołgich

Spotkanie w Aleksandrii
W sobotni wieczór w ośrodku wypoczynkowym nad rzeką Horyń w pobliskiej Aleksandrii odbyło się spotkanie integracyjne członków Towarzystwa Kultury Polskiej z gośćmi z Polski i Białorusi. Przy popularnych polskich melodiach, znakomicie granych przez orkiestrę dętą z Nadarzyna, świetnie wszyscy się bawili, zresztą za przykładem samej pani prezes. Ze wzruszającym koncertem polskich piosenek patriotycznych wystąpił chór „Nasz Kraj Rodzinny” z białoruskiego miasta Baranowicze.

O Polakach w Baranowiczach
Członkinię tegoż chóru Halinę Tukaj spytałem o wrażenia z pobytu w Równem oraz o życie Polaków w Baranowiczach:

– Chór nasz dlatego przyjechał tutaj, żeby podtrzymać naszych Rodaków w Równem. Jesteśmy bardzo wdzięczni, bo zobaczyliśmy tutaj jak wiele życzliwości i serca ludzie wkładają w swoją społeczną pracę. Jest nas Polaków dużo, ale jesteśmy rozproszeni po całej Ziemi i dlatego musimy trzymać się razem. I zawsze jesteśmy razem, bez względu na granice i pomimo to, że nie zawsze dane nam jest się spotykać.

Baranowicze – to właściwie miasto polskie, mickiewiczowskie. Jest nas w Baranowiczach ponad 10 tysięcy Polaków. Mamy swój Dom Polski, który dostaliśmy w prezencie od Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Mamy szkołę polską, przy której działa kilka zespołów tańca narodowego, jest kółko teatralne i chór dziecięcy. Daje to nam dużo radości. Jest tam też przedszkole – dzieci od najmłodszych lat mogą poznawać swoją ojczystą mowę i utrzymywać polskie tradycje w domu. To trzeba zaszczepiać dzieciom od dzieciństwa. Pradziadkowie i dziadkowie nakazali nam pielęgnować katolicką wiarę i polską mowę. I robimy to do dzisiaj nie tylko w rodzinach, ale także w naszym Domu Polskim, w naszej szkole i w naszym kościele w Baranowiczach – z dumą mówi pani Halina.

O chórze opowiada też jego dyrygentka, Tatiana Pańko: – Chór nasz działa od 17 lat i liczy aktualnie 25 osób. Powstaliśmy najpierw jako chór parafialny, ale szybko zaczęliśmy śpiewać również piosenki świeckie, tradycyjne i współczesne, których dużo mamy w swoim repertuarze. Nasz chór jest jakby jedną wielką rodziną. Trzymamy się razem, pomagamy sobie nawzajem w trudnych chwilach. Gdy wyjeżdżamy do Polski, aby uczestniczyć w festiwalach, to jesteśmy szczególnie dumni z tego, co robimy, bo czujemy, że ktoś nas podtrzymuje, że nie tylko Polakom w Baranowiczach, ale i Polsce jesteśmy potrzebni.

O nauce języka polskiego
Na ten temat zagadnąłem przy ognisku w Aleksandrii nauczyciela języka polskiego w Równem Mariusza Wychódzkiego, pochodzącego z Raciąża w powiecie płońskim:

– Przyjechałem do Równego prosto z Kazachstanu, gdzie pracowałem ostatnie 5 lat jako nauczyciel języka polskiego. W Równem pracuję w specjalistycznej szkole z pogłębionym nauczaniem języków obcych. Język polski – ku mojemu miłemu zaskoczeniu – jest tutaj wykładany jako obowiązkowy, obok języka angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Jest to olbrzymia promocja dla języka polskiego i w ogóle dla Polski, bo Ukraińcy uczą się języka polskiego i robią to, jak widzę, z przyjemnością. Będę miał w tej szkole około 60 uczniów, w tym tylko 10 procent Polaków. Oprócz tego prowadzę lekcje języka polskiego w szkółce niedzielnej przy Towarzystwie Kultury Polskiej – na razie są tam jeszcze spotkania organizacyjne, ale myślę, że będzie około 50 uczniów – szacuje pan Mariusz.

Uczestnicy konkursu recytatorskiego. Fot. Mikołaj Dołgich

O parafii i problemie polskości w Kościele
Parafia rzymskokatolicka w Równem przed kilkunastu laty odzyskała bardzo zresztą zniszczony przedwojenny kościół garnizonowy i pięknie go odnowiła, tymczasem w dawnym gotyckim kościele w centrum miasta funkcjonuje do dzisiaj – urządzona jeszcze za czasów sowieckich – sala koncertowa miejscowej Filharmonii.

Liturgię niedzielnej mszy świętej o godzinie 9, odprawianej w języku polskim (później są msze w języku ukraińskim), niezwykle wzbogacił swoim śpiewem siedlecki Chór Katedralny. Po mszy proszę o wypowiedź księdza proboszcza Włodzimierza Czajkę. Zdecydowanie odmawia – ale w zamian proponuje rozmowę z wikariuszem, księdzem Wiktorem Władymirowem. Pytam więc go o życie parafii oraz o losy jego samego:

– Urodziłem się w Równem, w mieście, które kiedyś należało do Rzeczypospolitej Polskiej. Po tych wszystkich historycznych przejściach jesteśmy teraz w Równem w mniejszości jako katolicy. Trudno policzyć, ilu nas jest, ale najważniejsze, żebyśmy jako Kościół podtrzymywali wiarę u tych ludzi, którzy przychodzą do nas, którzy wierzą i którzy nie chcą tracić swojej katolickości, a także swojej polskości. Ale zadaniem Kościoła jest nie tylko podtrzymywanie wiary u świadomych katolików, ale także wzbudzanie jej u tych, którzy gdzieś kiedyś słyszeli o Kościele katolickim, ale jakoś trudno im przyjść tutaj, jakoś ciężko im przyznać się do wiary swoich już jakby zapomnianych przodków. Dlatego Kościół musi zrobić pierwszy krok i staramy się wykonywać to nasze misyjne zadanie. Jeśli chodzi o mnie, to wiarę przekazała mi moja matka i moja babcia. Bardzo jestem im wdzięczny za te wspólne modlitwy, za te pierwsze pacierze w języku polskim. Po mojej babci, która umarła wiele lat temu, pozostał mi malutki święty obrazek. Dla ludzi w kraju katolickim, to taki malutki obrazek znaczy może niewiele, ale dla mnie ten obrazek, noszony blisko serca, był jednym z niewielu znaków wiary w tych trudnych czasach komunizmu. Gdy byłem w wojsku sowieckim, to obrazek św. Krzysztofa był dla mnie takim kierunkowskazem, przypominającym, że panująca wówczas ideologia nie była prawdą. A dojść do tego przekonania było bardzo trudno, ponieważ wśród moich znajomych, jako jeszcze nastolatek, nie miałem nikogo, kto byłby, nie to że katolikiem, ale w ogóle człowiekiem wierzącym. Wszyscy byli ateistami. Niełatwo było wyznawać swoją wiarę. Teraz sytuacja się zmieniła, ale też Kościół katolicki znajduje się na Ukrainie w sytuacji bardzo specyficznej, bo jesteśmy tu diasporą. Ludzie w większości są tu albo prawosławnymi, albo niewierzącymi – kończy swoją wypowiedź ks. Wiktor.

Gdy w rozmowie z panią prezes Janiną Dołgich pytałem o relacje Towarzystwa z parafią rzymskokatolicką, jej odpowiedź przepełniona była goryczą:

– Chcielibyśmy, żeby parafia przywiązywała większe znaczenie do rozwoju mowy polskiej w religii – odpowiedziała mi pani prezes. – Gdy ksiądz proboszcz przyjechał 15 lat temu, to parafia została odrodzona tylko przez Polaków. Dlatego boli nas, że teraz, w trakcie katechezy naszych dzieci uczy się modlić po ukraińsku. To jest wielki problem i wielka krzywda dla mniejszości polskiej, zwłaszcza tutaj, gdzie Polacy za polskość byli wywożeni na Sybir a teraz Kościół tę polskość jakby wstydliwie chowa. My jesteśmy pokornymi owcami, jesteśmy katolikami – i chcemy być zawsze razem z Kościołem. Wiem, że księdzu proboszczowi nie jest lekko, ale nas też trzeba kochać i szanować. My jesteśmy tego warci – nieco oskarżycielsko mówiła pani Janina, ale jednocześnie z wdzięcznością podkreślała, że „piękna była dzisiaj liturgia i miło było słyszeć słowa księdza proboszcza o tym, jak to przez cały rok parafianie w Równem czekają na Tydzień Kultury Polskiej”.

„Moje pokolenie tworzy nową historię”
W ramach mszy troje młodych parafian dzieliło się swoimi wrażeniami z niedawnej pielgrzymki do Watykanu. Zaskakująca była nie tylko głębokość ich duchowych przeżyć, ale i wyjątkowa sprawność opowiadania a – w dwóch przypadkach – także i dobra polszczyzna. Jednego z tych młodych parafian, Andrzeja Końko, spytałem, jak trudno – czy też jak łatwo – jest być katolikiem pochodzenia polskiego w Równem. Oto jego jakże optymistyczna wypowiedź:

– Urodziłem się w Równem. W wieku lat 12 mama przywiodła mnie najpierw do szkółki języka polskiego przy Towarzystwie, później do kościoła. Moje nawrócenie było więc dość późne. W Równem czuję się jak w domu. Nie muszę ukrywać ani swoich korzeni polskich, ani zresztą też i ukraińskich. Nie odczuwam, że to wyznanie, które noszę w sobie, mogłoby mi w czymś zagrażać. Moje pokolenie tworzy nową historię, która jest już historią naprawdę bratnich narodów. Ja to odczuwam i wewnątrz siebie, i w swojej rodzinie, i w swojej pracy. Myślę, że Pan Bóg daruje nam teraz nowe życie, nowy świat, nową historię, kiedy możemy być razem.

Mama bała się wyjechać
Już na godzinę przed rozpoczęciem pożegnalnego koncertu galowego członkinie Towarzystwa, w większości starsze, zaczynają schodzić się w holu Pałacu Dzieci i Młodzieży. Zagaduję jedną z nich, ponad 70-letnią panią Marię. Dlaczego po 1945 roku nie przeniosła się do powojennej Polski? Pytanie przywołujące dramatyczne chwile dawnych decyzji i czasem do dzisiaj jak cierń wkłuwające się w pamięć.

– Mój ojciec pracował u księcia Lubomirskiego, woził go bryczką – wspomina pani Maria. Książę mieszkał w pięknym pałacu znajdującym się w wielkich ogrodach, które dzisiaj stanowią park miejski w Równem. Jak weszli Sowieci, to ten pałac wysadzili w powietrze. Ojciec był w polskim wojsku i gdzieś zaginął. Dwaj starsi, pełnoletni bracia, Czesław i Piotr, wyjechali razem z większością tutejszych Polaków do Polski. Namawiali mamę aby również jechała, razem ze mną i moją młodszą siostrą Julią. Ale mama się bała. Obawiała się, że nie da sobie rady w dalekim świecie z dwoma małymi córkami, nie mając żadnego wykształcenia ani zawodu. Ociągała z wyjazdem, a po 46 roku już nie było wolno, bo my z siostrą, jako małoletnie, nie dostałybyśmy paszportu. O braciach nic nie wiedziałam, czy żyją. Zobaczyliśmy się dopiero na początku lat 90., kiedy to znaleźli mnie i siostrę poprzez Czerwony Krzyż i zaprosili do Polski. Bracia wkrótce zmarli, ale teraz zapraszają mnie w odwiedziny ich dzieci i wnuki. Czy żałuję? Pewnie, że tak.

Koncert i bankiet
Koncert galowy na zakończenie Tygodnia Kultury Polskiej w Równem okazał się pełnym sukcesem. Przed paruset osobową publicznością występowały miejscowe oraz gościnne zespoły polskiego tańca narodowego, śpiewał Chór Katedralny z Siedlec, grała orkiestra dęta z Nadarzyna, na gitarze klasycznej przepięknie grał Jurij Stasiuk, pracownik naukowy miejscowego uniwersytetu (Ukrainiec zamiłowany w kulturze polskiej), czytał swoje wiersze Eugeniusz Kasjanowicz, poeta z Siedlec a na koniec pani prezes Janina Dołgich uhonorowała dyplomami 35 działaczy Towarzystwa za wieloletni udział w pracach przy organizacji Tygodni Kultury Polskiej w Równem. Po koncercie pani prezes zaprosiła członków Towarzystwa i gości na uroczysty bankiet, aby przy torcie, szampanie i fajerwerkach zakończyć Jubileuszowy X Tydzień Kultury Polskiej na Rówieńszczyźnie.

„Wspólnota” pomaga
Po występie Chóru Katedralnego z Siedlec udało mi się dopaść jednego z chórzystów, pana Jerzego Myszkowskiego, który zarazem pełni funkcję prezesa Oddziału „Wspólnoty Polskiej” w Siedlcach. Opowiedział mi o działalności jego organizacji:

– Jako siedlecki Oddział Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, już od 10 lat niesiemy pomoc Polakom zamieszkałym na Wschodzie. Szczególnie pomagamy Rodakom na Białorusi i na Ukrainie, jak również i na Litwie. Pomagamy w różny sposób. Pamiętamy o pomocy w nauczaniu języka polskiego i przedmiotów, które pogłębiają wiedzę o Polsce oraz o miejscach ważnych dla historii i kultury polskiej. Zapraszamy też do Polski różne zespoły i chóry działające przy polskich towarzystwach; zapraszamy dzieci i młodzież do nas, przy czym – zgodnie z apelem naszego prezesa, pana marszałka Stelmachowskiego – znajdujemy im zakwaterowanie w polskich rodzinach, co daje im możliwość kontaktu ze swoimi rówieśnikami i uczenia się tradycji polskich od Polaków w Kraju. Niesiemy również pomoc rzeczową np. w postaci ubrań. Od 7 lat rozwija się w Siedlcach piękna akcja „Dzieci -dzieciom”: nasze dzieci zbierają pośród siebie różne prezenty, które następnie zawozimy „pod choinkę” dla dzieci w Równem czy na Białorusi. Pomagamy też polskim organizacjom poprzez zakup sprzętu radiowo-telewizyjnego i wideo. Przesyłamy leki dla Sybiraków; dla Polaków starszych, schorowanych; dla akowców, którzy przeżyli gehennę. I myślę, że ta współpraca i ta pomoc przynosi efekty, przynosi dużo radości zarówno nam, jak i Polakom na Wschodzie. Widzimy to po uśmiechach i łezkach szczęścia. I dlatego będziemy dalej nieść tę pomoc – zapewnił prezes Myszkowski z Siedlec.

Wracając nocą do swego Przemyśla, wciąż jeszcze przeżywałem spotkania i chwile spędzone w Równem, a w uszach brzmiały mi słowa mądrej Polki z Białorusi: „Jest nas Polaków dużo – ale jesteśmy rozproszeni po całej Ziemi i dlatego musimy trzymać się razem”.

Jacek Borzęcki
Tekst ukazał się w nr 4 (46) 30 września 2007

X