Tragedia wołyńska – jeszcze jest czas

Tragedia wołyńska – jeszcze jest czas

Sprawie polsko-ukraińskiego pojednania i tragicznym wydarzeniom na Wołyniu w latach 1943-44 poświęcone było kolejne spotkanie dyskusyjnego klubu Mytusa. Już anons tematu, umieszczony w Kurierze, wywołał masę komentarzy na stronie internetowej. Samo spotkanie zgromadziło szerokie grono osób, którym temat nie jest obojętny. Moderatorem spotkania był, jak zawsze, Wołodymyr Pawliw. Prelegentami byli Marcin Wojciechowski, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i Taras Woźniak, znany lwowski publicysta.

Obydwaj przedstawili swe poglądy na kwestię tragedii wołyńskiej, widziane jakby z dwóch stron granicy. Marcin Wojciechowski zaznaczył, że i Polacy i Ukraińcy powinni uświadomić sobie, że Kresy są wspólną ojczyzną obu narodów i tylko tak należy to odbierać. Dla każdego z mieszkających tam narodów to była jego „mała ojczyzna”. Co do samych wydarzeń na Wołyniu i później na innych terenach, można stwierdzić, że pewnych korzeni tych wydarzeń należy szukać nie w historii II wojny światowej, a jeszcze wcześniej – w latach 30. XX wieku. W chwili obecnej świadomość tragedii wołyńskiej w społeczeństwie polskim istnieje i nadal jest żywa. Dzieje się to za sprawą, przede wszystkim tych ludzi, którzy przeżyli tę tragedię, ich potomków, ale i również za sprawą niektórych polityków. Sprawa oceny tych wydarzeń powinna zostać rozstrzygnięta pomiędzy Polakami i Ukraińcami. Ale proces ten nie jest prosty i chociaż trwa już ponad 20 lat to nie ma jeszcze zakończenia. Zarówno Polacy, jak i Ukraińcy powinni zrozumieć, że nie może być to proces jednostronny. Jest oczywistym, że ta akcja nosiła wszelkie znamiona czystki etnicznej. To jest fakt historyczny i nie można temu zaprzeczyć. Musimy to wyznać, żeby nauczyć się z tym żyć i pomóc ludziom, którzy to przeżyli, ukształtować i uporządkować swą historię rodzinną i swe przeżycia.

Różnica pomiędzy Polską i Ukrainą w tej kwestii jest taka, że dotyczy ona tylko terenów dawnych Kresów i jest całkowicie obca mieszkańcom Wschodu Ukrainy czy Krymu. W odróżnieniu od Polski, na Ukrainie ta kwestia nie jest podnoszona na poziomie rządu czy parlamentu.

Taras Woźniak podkreślił, że obchody 70-lecia tragedii wołyńskiej są ostatnia szansą dla wielu, którzy to przeżyli by usłyszeć oficjalna prawdę o nich. 80-lecia wielu z nich nie doczeka. 2013 rok ma to do siebie, że można będzie mówić o tych wydarzeniach w bardziej spokojnych warunkach – nie będzie żadnych wyborów – ani w Polsce, ani na Ukrainie i politycy nie będą wykorzystywać tych obchodów do własnych celów. Obchody 60-lecia dla wielu były pierwszym zetknięciem się z tą historią. Dziś, po dziesięciu latach od poprzedniego jubileuszu, trzeba zacząć znów publikować opracowania historyczne na ten temat. Da to nowy impuls do rozmów o tych wydarzeniach, ale z nowych pozycji. „Nie jest to dla nikogo tajemnicą, że politycy będą powtarzać te treści, które będą się ukazywać w przededniu tej rocznicy. To od nas zależy jaki ton tym dyskusjom zadamy, – dodał Taras Woźniak. – Nasze opracowanie historyczne, które ukazało się na 60-lecie, zostało rozesłane do wszystkich administracji rejonowych na Wołyniu. Jak zostało wykorzystane – nie wiem. Teraz społeczeństwo ukraińskie jest o wiele lepiej poinformowane, ma dostęp do Internetu i na wiele rzeczy spogląda inaczej. Niestety politycy, których opcja polityczna stanowi większość na tych terenach, nie stoją na pozycjach pojednania, a wydobywają demony przeszłości i starają się znów mówić z pozycji nienawiści. Żeby zmienić tę sytuację, należy przytaczać przykłady wzajemnej pomocy, które miały miejsce w tamtych czasach na tych terenach – coś na wzór „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, jak to robią Żydzi. To pozwoli zmienić wizerunek tych wydarzeń.

W dyskusji wziął też udział Mirosław Rowicki – redaktor naczelny Kuriera Galicyjskiego, który podkreślił, że w Polsce środowiska kresowe też nie są jednorodne. Są tacy, który na Kresach robią karierę polityczną, ale są tacy, którzy chcą po prostu przyjeżdżać na swe dawne tereny, odwiedzać te ziemie, bez konfliktów, bez żadnych tendencji rewizjonistycznych. A historia Polski i Ukrainy są powiązane. Wydarzenia na Wołyniu, chociaż tragiczne, stanowią tylko jeden fragment tej historii. W naszych stosunkach musimy dążyć do uruchomienia takich procesów jak to było w przypadku pojednania pomiędzy Niemcami i Francuzami czy Niemcami i Polakami, choć w tamtych przypadkach ten proces był rozłożony na daleko dłuższy okres. My musimy nadrabiać czas.

Natalia Rymska – tłumaczka i publicystka zaznaczyła, że dopiero przygotowując materiały do publikacji z okazji 60-lecia, dowiedziała się o tych wydarzeniach. A obecnie zauważa tendencję, że gdy w Polsce o tej sprawie mówi się na poziomie rządu i parlamentu, to na Ukrainie jest to nadal sprawa regionalna. Tę sprawę może odmienić tylko większa ilość opracowań historycznych na ten temat.

Roman Czmełyk z lwowskiego Instytutu Narodoznawstwa i Etnografii przytoczył przykłady ze swych prac etnograficznych, prowadzonych wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim, na pograniczu polsko-ukraińskim, od Sianek po Szack. Przytoczył też przykład, z którym zetknął się osobiście, gdy osoba pokrzywdzona w czasie tragedii wołyńskiej, mieszkająca obecnie w Bieszczadach, opiekuje się opuszczonymi grobami ukraińskimi i jest orędownikiem dobrych stosunków polsko-ukraińskich. Człowiek ten odszukał groby swojej rodziny na Wołyniu. Dziś opiekują się nimi mieszkający tam Ukraińcy. To na takich przykładach trzeba budować obecne stosunki i porozumienie. Wracając do kwestii pojednania, zaznaczył, że polsko-niemieckie pojednanie przygotowywane było także przez hierarchów kościelnych po obu stronach granicy. Z kim w tej kwestii ma rozmawiać polski Kościół? Jest wspólna deklaracja z Kościołem greckokatolickim. A inne? Cerkiew prawosławna, która miała i ma wiele do powiedzenia na Wołyniu, jaki ma do tego stosunek?

Nawiązując do tematu włączenia się Cerkwi do procesu pojednania, Konstanty Czawaga z Kuriera Galicyjskiego zauważył, że hierarchowie cerkiewni jeszcze „nie dojrzeli” do pojednania i do głoszenia go wśród swoich wiernych. Na razie nabożeństwa odprawiane są „każdy na swoich grobach” i nie wszędzie panuje zrozumienie wartości chrześcijańskich.

Wasyl Rasewycz – lwowski historyk i redaktor naczelny portalu zaxid.net, zaznaczył, że w jego ocenie historia, jako nauka, i w Polsce i na Ukrainie zanika. Fakty historyczne są wykorzystywane przez polityków różnych opcji. Ten proces nasila się w okresach przedwyborczych. W procesach historyczno-politycznych doszliśmy do absurdu, gdy lokalne władze pozwalają sobie przyjmować deklaracje o znaczeniu ogólnopaństwowym. Ma to miejsce zarówno po ukraińskiej, jak i po polskiej stronie granicy. W taki sposób deputowani czy posłowie sejmików piszą historię. Dzieje się to z czysto politycznych pobudek aby dogodzić wyborcom. Pojednanie jest możliwe tylko w wypadku wzajemnego poważania i poszanowania. Niestety na Ukrainie nie ma jednej nauki historycznej – zachodnie województwa mają swój odrębny pogląd na wiele wydarzeń, szczególnie II wojny światowej. My, żyjący współcześnie nie powinniśmy odpowiadać za historię. Możemy tylko dać ocenę tych wydarzeń. Ale struktury polityczne, które odwołując się do historii, próbują tworzyć nowe tradycje państwowe, powinny brać na siebie odpowiedzialność za przyjęte opcje. Jeżeli jestem z czegoś dumny, to powinienem brać odpowiedzialność za te wydarzenia.

O braku obiektywnej informacji o wydarzeniach na Wołyniu mówiła dziennikarka Radia „Swoboda” Halina Tereszczuk, która jako jedna z niewielu, robiła reportaż i prowadziła wywiady z mieszkańcami Wołynia w 2003 roku. Po pięciu latach znów tam powróciła, nie zastała już jednak wielu swoich poprzednich rozmówców, a inni zaznaczali, że od poprzedniego wywiadu nikt z nimi o tych wydarzeniach nie rozmawiał. Za rok znów planuje wyjazd na Wołyń i zastanawia się kogo jeszcze zastanie przy życiu i kto będzie mógł podzielić się wspomnieniami.

Podsumowując dyskusję, zebrani zgodzili się z tym, że czas który pozostał do 70. rocznicy tragedii wołyńskiej można jeszcze należycie wykorzystać. Ocenę wydarzeń, ich przyczyny i skutki należy pozostawić historykom i naukowcom, naturalnie niezaangażowanym politycznie. Powinni oni dać kompetentną analizę wydarzeń i przygotować grunt pod wypowiedzi polityków.

W pojednaniu i porozumieniu pomiędzy naszymi narodami należy pokazywać więcej pozytywnych przykładów współpracy w różnych dziedzinach. Natomiast w stosunkach międzyludzkich należy sprzyjać w nawiązywaniu bezpośrednich kontaktów, bo to one będą stanowiły o wizerunku Polaka na Ukrainie i Ukraińca w Polsce.

Krzysztof Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X