Temat rodziny Szpaczyńskich powrócił

Śladem naszych publikacji.

W 2012 roku redakcja Kuriera prowadziła akcję odnalezienia krewnych Kazimierza Szpaczyńskiego, komendanta lwowskiej Straży Pożarnej, który zginął w Katyniu. Dzięki naszej gazecie szczęśliwie udało się odnaleźć krewną komendanta i przekazać jej rodzinne pamiątki, które nieznana osoba przekazała do Konsulatu Generalnego RP we Lwowie. Przed kilkoma tygodniami zgłosiła się do nas pani Ewa. Okazuje się, że dziadek jej męża, Adam Mitscha, spisał w 1968 roku dokładny pamiętnik swego życia, a co najważniejsze znał osobiście rodzinę Szpaczyńskich. Na dodatek udało mu się spisać fragmenty z pamiętnika Marii Pillerowej, teściowej Kazimierza Szpaczyńskiego. Fragmenty, które publikujemy, udostępniła nam pani Ewa Micza.

U Wujostwa Leonów (rodzina Pillerów – red.) dość często bywałem. Mieli jedynaczką Ziunię (Józefa). Młodsza ode mnie o dobrych kilka lat. Wyszła młodziutko za Kazimierza Szpaczyńskiego. Gdy go poznałem jeszcze przed pierwszą wojną był to młody chłopak: dość szara, mało mówiąca twarz (później wyrobił się na przystojnego, energicznego mężczyznę). Bardzo dobry gimnastyk – brał udział w pokazach Sokoła. Ukończywszy Seminarium nauczycielskie pracował w Ubezpieczalni społecznej. Wojna zapędziła go, jak i Pillerów na ziemie czeskie, gdzie Kazio, jako wojskowy pracował w obozowej straży ogniowej. To był zalążek jego życiowej kariery. Jako wojskowy ożenił się na obczyźnie z młodziutką 18-letnią Ziunią. Owocem tego małżeństwa była Zosia, a w niespełna rok – synek Zbyszek, urodzony w styczniu 1918. Wróciwszy do Lwowa Kazio w okresie obrony Lwowa, przeszedł z wojskowej straży ogniowej do wojskowych warsztatów broni, które mieściły się przy placu Bema. Tam też zamieszkał z rodziną. Po ustaniu działań wojennych Kazio – dzięki poparciu Neumana – otrzymał stanowisko zastępcy naczelnika miejskiej straży pożarnej, a po kilku latach został naczelnikiem. Stanowisko to było bardzo odpowiedzialne, ale i dobrze sytuowane. Oprócz stałej poważnej pensji, pobierał diety za udział w rozmaitych komisjach pożarniczych (np. kontrola instalacji przeciwpożarowych w nowych budynkach). Kaziowie zajmowali piękne mieszkanie na I p. w budynku straży pożarnej przy placu Strzeleckim (na parterze mieściło się pogotowie ratunkowe). Prowadzili ożywione życie towarzyskie. Kazio lubił popijać piwko w znanych knajpkach lwowskich, lubił też potańczyć w Bristolu czy innym lokalu nocnym. W mundurze oficera strażackiego doskonale się prezentował, elegancko wyglądał też w doskonale skrojonych cywilnych garniturach. Żona jego, a moja kuzynka Ziunia wiodła beztroskie i miłe życie. Ładna (może zbyt tęga), o piwnych oczach, bardzo miła, pełna uroku i wdzięku. Pasją jej była scena. Mąż niechętnie tolerował to zamiłowanie i zgadzał się tylko na występy w amatorskich zespołach. Dzielna jednak Ziunia poważnie traktowała swoje „hobby”, studiowała sztukę sceniczną, a nawet w tajemnicy przed mężem złożyła fachowy egzamin ZASP’u (Związek Artystów Scen Polskich – red.) Egzamin ten bardzo jej się przydał w przyszłości. Wojna zupełnie zburzyła spokój, dostatek i życie rodzinne Kaziów. Biednego Kazia aresztowano (był to okres silnych aresztowań). Zniknął bez śladu. Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie, czy zmarł na tyfus w Brygidkach (słynne lwowskie więzienie), czy też wywieziono go na Ural. O tych tragicznych wydarzeniach pisze Maria Pillerowa (matka Ziuni – red.) w dzienniczku pt. Pamiętne dni. Dzienniczek ten, znajdujący się w pieczołowitym przechowaniu córki, trafnie charakteryzuje nieszczęsną zimę 1939/1940. Przytaczam ważniejsze wyjątki.

„W dniu 1 września Ziunia, nie przeczuwając niczego, rano przed 10 poszła do miasta po sprawunki, wtem na ulicy Legionów, wchodząc do sklepu po cukierki słyszy warkot samolotu, który nawet dość nisko leci, ale że barwy są polskie, więc bez obawy załatwia kupno. Wtem daje się słyszeć detonacja. Żydzi sklepy zamykają i rozpoczyna się panika. Jedni mówią – to nasi, drudzy twierdzą, że to nalot nieprzyjacielski. Ziunia jeszcze niepewna chce wejść do perfumerii p. Bohusiewicza obok, ale już stora żelazna opuszczona – nie może wejść. Słyszy huk rzucanych bomb. Wtedy to na ulicy Gródeckiej runęło klika kamienic.

W panicznym strachu ucieka do domu. Tu z Zosią słyszymy i widzimy samolot. Zosia z balkonu idąc wzrokiem za samolotem twierdzi, że to nie masz, choć barwy polskie, bo jakiś duży jej się wydaje. Po chwili słyszymy silne detonacje i wbiega Ziunia blada, przerażona, ze słowami – to Niemcy. I kiedy – powiedzmy upłynęło pół godzimy przeszło – radio zaczyna zapowiadać „Halo! Halo! Zarządzamy alarm przeciwlotniczy aż do odwołania”. Za kwadrans znowu: „Halo! Halo! Alarm lotniczy trwa”. Idą do schronu. Wreszcie radio ogłasza „Alarm lotniczy odwołany”. Ja wracam do łóżka z przedpokoju, gdzie sądziłam, że najbezpieczniej. Następny dzień huraganowy nalot bombowy przez kilka razy. Walą się domy, dworzec główny prawie rozbity. 200 bomb tam padło. Za parę dni ja przenoszę się z II-go piętra na parter, gdzie zięć dobre dał lokum. Znoszą mnie na fotelu. Tam spokojnie. Łóżko, fotel i stolik stanowią umeblowanie. Ale to nieważne. Bomby grają gęsto. Radio, to zapowiada, to odwołuje alarmy lotnicze. I tak dni schodzą w ciągłym huku bomb. Ja czołgam się z łóżka do drzwi, bo tam gruby mur i piec i tam siadam we framudze – raz cały dzień, aż chore nogi ścierpły. Zosia i Ziunia w schronie. Około 5 września, gdy zaczęły szaleć armaty i pociski leciały na nasz dom, przenoszą mnie do piwnicy. Tam łóżko, tapczan i siennik, trochę dywanów by nakryć drzewo, robią nam przytułek spokojny i zabezpieczony od bomb i pocisków. Do nas we środę przychodzą rano o 6 Stachowa z córką. Robi się ciasno, bo jest nas 5, ale mimo to jest przytulnie. Korytarze nawet zajęte. Jest 18-go. Dzieci i płacz częsty maleństwa rozbrzmiewa. Ale to nie razi mnie, bo mi ich żal! W końcu już radio nie zapowiada i nie odwołuje alarmów. I modląc się żyjemy pełni nastrojów nie do opisania. Otoczenie poczciwe, kobiety – zwłaszcza kilka – pełne uprzejmości dla mnie i pomocy. I tak trwamy do 22 września 1939.

22 września 1939. Rano dziwna, złowróżbna cisza. Zosia boi się bardzo i mówi, że woli strzały. Miasto przygotowane do obrony, tj. okopane, barykady po ulicach, karabiny maszynowe na domach. Armatki przeciwlotnicze rozmieszczone w różnych punktach miasta. Godzina 12 w południe. Mówią ludzie w piwnicach, że wojsko niemieckie cofnęło się, a na przeciwnych rogatkach tj. na łyczakowskiej są już sowieci i wkraczają do miasta.

W grudniu 1939. C D. Październik i listopad zapisał się w pamięci naszej czarnymi zgłoskami. 1 paźdz. przyjechał Stach z Zdołbunowa, sądząc że rodzina jego znajduje się we Lwowie i u nas. Bardzo cieszyliśmy się, że żyje i zdrów. 20-go nowa radość, wnuk mój powrócił. Dwaj jego towarzysze byli goszczeni u nas serdecznie i obdarzeni butami i pieniędzmi ma drogę. Odjechali do swych domów. Zięć mój pracuje dalej w swym zawodzie, dba o wyżywienie 150-ciu ludzi, sprowadza prowianty, tj. cielęcinę, świninę, a nawet krowy. Zaczyna się listopad, ale pod znakiem aresztowań smutnych. Wiceprezydenci robią początek pochodu tego. Ratusz wyludnia się, urzędnicy wszyscy są zwolnieni. Ja dostaję wezwanie do Komisji emerytalnej. Jadę dorożką, która kosztuje za tur 3 zł. Tam przesłuchanie i obietnica przyznania tejże emerytury. Zbliża się najsmutniejszy okres tj. grudzień 39. Zięć mój aresztowany. I to w restauracji Bristolu, gdy tam był z bratem na kolacji. Cały Bristol był obstawiony wojskiem z karabinami. Aresztowano w tym dniu 400 osób… Byli obaj razem na tej kolacji, bo w domu Stachowa była chora i kolacja z tej racji wygodniejsza była w restauracji. I córka moja cięgle utyskuje, że gdyby jej mąż w domu został, to uniknąłby aresztowania, bo nic nie winien, a z domu i z pracy nie zabraliby go z pewnością. Stach wrócił sam. Była 11-ta i pół, bo po oglądnięciu legitymacji puścili go do domu i żołnierz odepchnął go i kazał iść „borzo”. Ogromnie przeraził nas wiadomością, że zięć mój biedny aresztowany i autem, zabrany zaraz został. Po pół godzinie był telefon od niego, żeby zastępca natychmiast pojechał do naczelnika sowieckiego! Zastępca pojechał, ale nie znalazł naczelnika i jedyny atut wyratowania natychmiastowego, bo zaraz tego wieczora było to możliwe, stracony został. Dnia 27 miała żona zgłosić się, bo litera jego w tym dniu szła. I zgłosiła się, ale na darmo, bo powiedzieli, że w tym dniu jest dzień wolny od pracy i naznaczyli 29/12. I poszła z pakietem z bielizną i trochę jedzenia tj. szynka, chleb, cukierki i makownika świątecznego kawałek. Stojąc od 7 rano do 11 usłyszała swoje nazwisko i gdy podeszła do okienka z pakietem oświadczono, że męża jej nie ma tam i nie odebrano tego pakunku, więc ludzie stojący córce mojej wyrażali współczucie, że tyle biedasia nastała się i na darmo, z tym przypuszczeniem, że coś z nim się stało. Więc czy wywieziony do Rosji, czy znikł, czy w innym więzieniu? Zaczyna się gehenna, na domiar z tego mieszkania wyrzucają nas! Szukamy i już dwa razy umówione mieszkanie zawiodło, bo z „orderem” (tj. takie pozwolenie sowieckie) zajęli sowieci i my na lodzie zostaliśmy. A mróz 25 stopni i moje chore nogi bardzo bolą. I strach przed wyrzuceniem na pole i strach o Kazia nie daje żyć. W dodatku złoty z dnia na dzień wyszedł z obiegu. Tylko ruble ważne. Za sprzedane rzeczy mamy 200 rubli, ale jak one wyjdą, to co dalej?…

Dziś jest ostatni dzień roku 31.12 1939. Co za zmiany. Jutro rocznica ślubu mojej córki. 23 lat temu była radość. Dziś smutek ciężki, brak wiadomości o zięciu, brak dachu nad głową, bo to są dni ostatnie, dokąd nam wolno tu mieszkać… Na Kurkowej polecono nam 2 pokoje, ale bez kuchni… Podobno duże, ładne, wysokie są i jasne i będzie można sypialnię zabrać, którą Ziunia już skazała na sprzedaż. A może i moje pianino, za którem ja płaczę na myśl pozbycia się go. Bo ta ewentualność grozi, że pieniądze mogą być inne tzn. okupacyjne, tak jak to ma miejsce u Niemców w Krakowie i na Śląsku. Z Polski zostało wspomnienie, że istniała. W 22 dniach zajęta została błyskawicznie, więc kończymy stary rok w rozpaczy. Jest śnieżno i bardzo mroźno, a rok nowy idzie pod znakiem zapytania, jaka dola nas czeka i co dalej nam przyniesie. Czy wypuszczenie zięcia z więzienia, co jest jedyną nadzieją życia dla nas. Córka moja chce się zabić, jeżeli mąż nie wróci. Jest wierzącą i pobożną, ale te słowa, są w sprzeczności z tym zamiarem i nie wiem jak nam ją sądzić.

4. I. Z wielkim trudem udało się znaleźć znowu mieszkanie i to na Zadwórzańskiej l. 140… Ale najważniejsza jest nowina, którą na godzinę przed ślubem oznajmiła mi Ziunia na Nowy Rok 1940. Wrócili ze spowiedzi św. Otóż ślub Zosi i Miecia odbył się o 12 u oo. Dominikanów… Było wino Tatusia na przyjęcie państwa młodych i chleb, i cukier po staropolsku. Potem śniadanie z konserw Tatusia i ciastka, które mamusia w sobotę upiekła. Był szampan, który tatuś chował na jakąś wielką uroczystość, nie spodziewając się, że tak prędko zda się na ślubną fetę córki. Podobno był piękny ślub. Proboszcz sam dawał i wielki ołtarz pięknie oświecił. Veni creator organy grały, śpiewał organista. I proboszcz nasz kochany śliczną mówkę palnął do P. Młodych. Wikta nasza z mężem była też na ślubie i tylko mama nasza bez tatusia naszego i bardzo wzruszona, tak dalece, że chciała mdleć, ale siłą woli utrzymała w formie. Nikogo nie zawiadamiali z rodziny, bo to ma być tajemnicą. Pan Zastępca Mocz. z żoną byli pod gazem. Oboje świadkowie też. Moc wódek Tatusia z roku 1938 pękło i uroczystość o 10 wieczór dobiegała końca. Sąsiedzi zostali do 1 szej… w ogóle nastrój był pogodny. Młodzież śpiewała przedtem w kwartecie polskie pieśni… Nowe mieszkanie na Zadwórzańskiej jest pod znakiem mrozu i zimna takiego, że ledwo żyjemy. Dwa tygodnie dopiero mieszkamy, a spaliliśmy już drzewa za 250 rubli. I jest ciągle mimo to zimno, tak, że woda zamarzła, wodociąg nieczynny itd. Ale to nic, bo radość mamy, że Kazio dostał nareszcie bieliznę i koc. Ziunia z Wiktą zaniosły w niedzielę i przyjęto pakunek. Ale jedzenia nie pozwolono dać. W trzy dni kazali zgłosić się. Podpis był na szczęście autentyczny, wyraźnym ładnem Kazia pismem, pokazany na kartce ze spisem rzeczy danych. Radość w serce Zuni wstąpiła i odtąd wszystko łatwiej znosi. A gehenna życia obecnego jest bardzo ciężka. Coraz mniej możności dostania w konsumach prowiantów, a zapasy się kończą. Widują ludziska Niemców na mieście. Chodzą słuchy, że obejmują komendę wojskową, ale zdaje się że to plotki. Dziś 20 styczeń. Zobaczymy co dalej będzie, oby lepiej!!

5 luty 1940. Dziś znowu Ziunia o 6 rano poszła do prokuratora w celu przepustki do Kazia do Brygidek. Mróz dziś ponad 20 st. i jest w mieszkaniu tak zimno, pomimo spalenia dużo bardzo drzewa, że żyć nie można. A więc i pisać nie można, bo i ręce krzepną i pałce drętwieją. Ja mam grypę od tygodnia. Dziś lepiej dzięki Bogu. Mamy cudny obrazek Serca Pana Jezusa; ofiarowała Ziunia całą naszą rodzinę Boskiemu Sercu Pana Jezusa, spowiedź odbywszy całego domu. I mamy ołtarzyk w domu, który p. Miecio pięknie przygotował. I wiara nasza mówi nam, że teraz nic złego nam biedakom się nie stanie i może Kazio wróci. Co za męka z zimnem to i opisać się nie da. W długim moim życiu 73 lat nigdy nie zaznałam podobnej udręki. A jednak są biedniejsi ode mnie, którzy zamarzają na śmierć w tej strasznej wojnie. Na jutro już nie mamy drzewa. Wikta poszła do ogonka do składu…

13.II.1940. Więc 5 bm. nic Ziunia nie dowiedziała się o Kaziu, tylko uzyskała numer 26 w celu widzenia się z prokuratorem za 5 dni. I znów 10 bm. powiedziano jej, że aż 13 jest litera Sz, i że wtedy trzeba się zgłosić do Brygidek. Więc dziś poszła biedasia z temi słowy, że jak Kazia nie ma tam, to na pewno wywieziony, a że wczoraj słuchy chodziły, że na dworcu łyczakowskim dużo wozów z więźniami stało tam i po 4 dniach wynoszono trupów z tych wozów pozamarzanych, więc nastrój nasz jest chyba zrozumiany. Ziunia jest bliska samobójstwa. Jak ja doczekam powrotu Zuni z Brygidek, gdzie raniutko poszła, to nie wiem. Serce mnie boli od rana dziś i tylko nowenna do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy krzepi.

15.II. Na szczęście był Kazio i przyjęto pakuneczek tj. 2 chusteczki do nosa i szara maść no i 30 rubli. Nazajutrz kazano przyjść po podpis więźnia. I była raniutko znowu i pokazano jej kalkę z jego własnoręcznym podpisem, co ją uradowało niezmiernie. Dziś rano była w celu zapisania do prokuratora. Ale jeszcze nie przyjmują, bo data 28 za daleka, więc trzeba chodzić codzień, by natrafić na dzień właściwy. Więc 28 ma być rozprawa Kazia i wyrok. Przedtem mają być przesłuchani oskarżyciele jego to dwaj szoferzy Dygas i Karolenko. Boże jak ja doczekam tego dnia. Jest niewinny i to musi wyjść na wierzch jak oliwa, co daj Boże Wielki.

10.III. Żadnych zmian w sprawie Kazia. Ziunia chodzi do prokuratora co 5 dzień, by dowiedzieć się o dniu rozprawy i wciąż jedną odpowiedź słyszy „śledztwo jeszcze nie skończone”. Wzięła adwokata i ten pociesza, że sprawa jest czysta i że zarzuty są tak małe, że będzie uwolniony. Przesłuchiwani są strażacy. I jeden Gajda nazwiskiem zarzuca, że naczelnik Szp. (- aczyński – red.) nie dał mu zasiłku na żonę. To są śmieszne rzeczy bez znaczenia. I wszystko budzi naszą nadzieją, że będzie zwolniony.

14. III. Pieniądze kończą, strach przed nędzą zupełną gnębi. Co zrobimy? Trzeba sprzedać jadalnię…Rozprawa Kazia ma być… Boże daj, by go zwolnili!

18.III. Jutro imieniny Zuni 19 marca. Jakże ciężkie chwile przeżywamy. Dziś o 12 był jakiś wysłannik sowiecki, by Ziunia zgłosiła się wieczorem na Wałową nr. 11. do biura paszportów, po paszport. Ale ona była rano już sama w tym celu, o czym tenże wysłannik nie wiedział. Ja bardzo się przeraziłam tym. Zuni w domu nie było jeszcze. A że słuchy chodzą o wywożeniu aresztowanych, więc mój niepokój rósł i potężniał, bo wyobrażam sobie, że już się stało to nieszczęście. O 3 ciej Ziunia przyszła z tego urzędu, stojąc tam w ogonku parę godzin, co ma miejsce wszędzie we Lwowie. Był bardzo grzeczny odnośny towarzysz i objaśnił po rosyjsku o co chodzi, ale połowę wyrazów rozumiała zaledwie. Zdaje się chodzi o to, że nie wymeldowała się z Podwala, a nie zameldowała na Zadwórzańskiej. Ale, że inne panie tam obecne są żonami aresztowanych, więc obawa nasza trwa. Ja biedna ledwo żyję na tę myśl, co jej biednej grozi i nam tu, o ile zostawią nas. Jesteśmy już bez pieniędzy: ostatnie 20 rubli zostało tylko. To znaczy, że na obiad jutrzejszy zaledwie. Drożyzna straszna: mięso 1 kg. 12 rubli, jajo po rublu, mleko 3 rubli litr itd. Więc grozi ruina, a śledztwo Kazia trwa jeszcze i nie wiadomo na kiedy rozprawa będzie i nic nam nie świta, tylko rozpacz obejmuje swemi ramionami, jak upiór jaki i woła w duszy: Boże nasz ratuj! Serce Jezusa wspomóż, bo giniemy”.

Przepisałem z nieznacznymi skrótami, uzupełniając interpunkcję, zachowując jednakże bez zmiany styl i szyk wyrazów. Bezpośrednie te, a nawet trochę naiwne wspomnienia, dzięki swej szczerości wiernie charakteryzują ówczesne dni lwowskie. Smutne zaś były to dni. W kilka tygodni później (a może dni) wywieziono całą rodzinę nieszczęsnego Kazia, który zaginął bez śladu. Takie wywozy były wówczas na porządku dziennym. Rodzina Kazia miała o tyle szczęścia, że wywozem jej kierował dość dobrotliwy komandir. – Bierzcie jak najwięcej rzeczy radził – wszystko się wam przyda. I nawet sam pomagał pakować i znosić bagaże. Starą Ciotkę Marię trzeba było znieść na noszach, tak ubezwładnił ją ischiaz. I dziwna rzecz, znalazłszy się w dalekim Kazachstanie odzyskała zdrowie w tutejszym suchym klimacie. Otrzymaliśmy od niej kartką, w której zachwyca się cudownym krajobrazem. Niepoprawna romantyczka! Niestety prymitywne warunki bytowania i brak odpowiedniego odżywienia skróciły jej życie. Spoczywa w zapomnianym grobie, tysiące kilometrów od Polski. Dziwne prawo kontrastu: dzieciństwo w Szkocji, na zachodnich krańcach Europy, a śmierć na dalekim Wschodzie, w głębokiej Azji.

Ciężkie było kazachstańskie życie Zuni i Zosi, jej młodziutkiej córki. Zosia, studentka medycyny, była przemiłą osóbką: malutka blondyneczka, o niebieskich śmiejących się oczach. Nie dziwota więc, że znalazła wielu adoratorów, których ostatecznie pokonał Michałowicz (Mieczysław – red.), również student medycyny. Pragnąc towarzyszyć Zosi w jej „podróży” na Wschód zawarł z nią związek małżeński. Wielka miłość nie zawsze wytrzymuje próby losu. Początkowo dzielnie pomagał trzem bezradnym kobietom, wydostawszy się jednak z Armią Andersa – po latach rozłąki zapomniał o swej rodzinie pozostawionej w Kazachstanie. Ustaliwszy się po wojnie w Londynie ukończył tam medycynę. Jest tam wziętym lekarzem, do kraju jednak wie wrócił, ani też nie sprowadził do Anglii swojej żony z córką. Ziunia i Zosia (która w międzyczasie urodziła córeczki Anię) musiały w Kazachstanie bardzo ciężko pracować przy sianokosach i innych robotach polnych. A nie były to żarty! Niewykonanie dziennej normy pozbawiało skromnego kawałka chleba. Czegóż jednak człowiek nie wytrzyma! Wreszcie skończyła się ta wojenna udręka i w 1947 roku wróciły do Polski. Wróciły jak nędzarki, omal że w łachmanach (garderobę wywiezioną ze Lwowa „przejadły” w ciągu lat). Początkowo znalazły punkt oparcia w Kurzętniku, majątku Olgi Ruszowskiej. Później Ziunia, dzięki swemu dyplomowi ZASP-u, otrzymała pracę w teatrze w Opolu. Niedawno obchodziła uroczysty jubileusz swojej pracy artystycznej. Dzielna Zosia nie kapitulowała z dalszych studiów i podjęła nauki na wrocławskiej Akademii Medycznej. Ukończywszy studia, pracuje w Opolu jako lekarz fizjatra, specjalista pediatra. Dzielna ta osóbka zręcznie prowadzi Syrenę, intensywnie pracuje. Dzielny, wartościowy człowiek. Malutka Ania wyrosła na dorodną pannę; obecnie kończy gdańską Akademię sztuk plastycznych. Kilka razy odwiedziła swego ojca w Londynie, który jednak dalej tam pozostaje i wzrasta w dobrobyt. W 1966 roku wyszła za mąż za młodego lekarza Schellera. Dziś mieszkają w Gdańsku.

Jeszcze kilka zdań o Zbyszku Szpaczyńskim. Wojna zastała go jako absolwenta lwowskiej Szkoły kadeckiej. Jako podchorąży artylerii został w pierwszych bojach bardzo ciężko ranny w głowę. Groziła mu utrata wzroku. Rannego umieszczono w wojskowym szpitalu w Warszawie, która była wówczas bombardowana. Z trudem udało się wynieść Zbysia z płonącego szpitala. W 1943 r. spotkaliśmy Zbyszka w Radzyniu Podlaskim. Pracował tam jako leśnik, w rzeczywistości zaś spełniał ważne zadania w Armii Krajowej.

Pomijam dalsze losy Zbysia, który ożeniwszy się z Zosią Schmidt, zaczął pracować jako technik budowlany w Zabrzu. Pracował nie tylko zarobkowo, potrafił bowiem uzupełnić technikum budowlane, a następnie ukończyć wieczorową szkołę inżynierską i otrzymać dyplom inżyniera. Wielki to hart ducha i woli. Obecnie ma odpowiedzialne stanowisko w przedsiębiorstwie robót górniczych. Mają 13-letniego synka Jaśka.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 10 (230) 29 maja – 15 czerwca 2015

X