Lwowianka w Wilnie. Bożena Rafalska (1949–2015)

Trudno pisać o kimś, kto tak naprawdę nie odszedł z naszej świadomości, tylko jakby na pewien czas jest bardziej nieobecny.

Tak myślimy o ludziach, z którymi łączyła nas wspólnota ducha, zrozumienie poprzez szczegóły, poprzez bycie na tej samej „częstotliwości”, czytelnej tylko dla nas, z nieustającą naiwnością wobec twardych zasad życia, podsycaną dodatkowo ciepłymi wspomnieniami z lat młodości.

Bożenę spotkałem na studiach w „Pedinstytucie” (Instytut Pedagogiczny – red.), słynnym w kręgach polskich poza granicami Litwy (wtedy „Radzieckiej”) ze względu na polonistykę. Podobne studia były i w ówczesnym Leningradzie, i Moskwie, ale niedostępne dla Polaków, tylko dla pierewodczikow i reżimowych dyplomatów, ludzi z zupełnie innej kasty. Polonistyka wileńska była wtedy sławna i w rozkwicie, mimo że stała – jak i wszystkie ówczesne uczelnie – na socjalistycznych filarach. Do Wilna ciągnęli również Polacy ze Lwowa. Mieli oni odpowiednie przygotowanie – były tam dwie szkoły polskie i teatr. A więc jakieś tradycje polskie, które sprawiały, iż mogliśmy się autentycznie i świadomie zakochać w słowie polskim, piosence, sztuce. I tę wiedzę, często mimo innych planów zawodowych, bardzo chcieliśmy zgłębiać – właśnie w Wilnie.

Na moim roku był przez pewien czas (potem przeszedł na studia zaoczne) Staszek Panteluk, urodzony w Koszalinie i pochodzący z Karpat, osiadły potem w Kijowie, który język polski miał okazję dobrze opanować w Polsce. Pracował w turystyce, a od wielu lat jest redaktorem naczelnym „Dziennika Kijowskiego”. Była grupka lwowiaków, z której należy wyróżnić Staszka Korczyńskiego, który został wilnianinem, poniekąd dzięki swej żonie, a mojej koleżance jeszcze z ławy szkolnej. To od niego nauczyłem się pierwszych piosenek lwowskich.

Po dwóch latach mojej nauki w owym Instytucie Pedagogicznym, w 1970 roku przyjechała Bożena. Nawet gdyby chciała, nie mogłaby się ukryć – dziewczyna o długich falujących ciemnych włosach, czarującym uśmiechu i pełna ciekawości świata, bardzo szybko weszła do naszej niewielkiej, ale zwartej paczki. Ze względu na specyficzne zainteresowania, z poezją na planie pierwszym, śpiewania i grania na gitarze, fascynację filmem i teatrem, a przede wszystkim rozmowy. W szarzyźnie tamtej codzienności należeliśmy dzięki temu do wybrańców losu! Przy tej okazji wyznam pewną prawdę, o której moje pokolenie w Wilnie nie chce mówić – w tamtych czasach nie bardzo było z kimś zagadać. Szczególnie, jak się nosiło długie włosy, pasjonowało poezją Wojaczka i śpiewem Ewy Demarczyk. Ale to dotyczyło jednak jednostek. To po rozpadzie ZSRR dowiedzieliśmy się raptem, jak dużo w tamtym czasie ukrywało się „patriotów” – wśród tych, których nie podejrzewaliśmy o to. Część z nich tłumnie ruszyła na podbój stanowisk wszelkich, a nawet nauczyła się… języka polskiego, choć niekiedy i dziś, żeby zrozumieć ich „nowomowę”, przydałby się tłumacz!

Tymczasem na przełomie lat 60/70. z Bożeną Rafalską i Staszkiem Pantelukiem redagowaliśmy gazetki ścienne na wydziale, zamieszczaliśmy w nich swoje wiersze. Niektóre treści trzeba było usunąć z powodu ich wieloznaczności i nasuwających się aluzji. Na prośby naszego dziekana Włodzimierza Czeczota – Wietie, rozumietie, z którym – jak z wyrozumiałym ojcem – można było omówić każdą sprawę i na korytarzu podczas przerwy papierosa razem zapalić.

Chodziliśmy z Bożeną na różne spotkania do „Czerwonego Sztandaru” – jedynej gazety polskiej w ZSRR. W większej grupie – na Kółko Literackie, a tylko we dwoje do fotoklubu, działającego przy dzienniku. Prowadził go fotoreporter, pochodzący z Krymu Michał Rebi, który żartował ciągle i częstował nas „prawdziwą kawą” po turecku.

W tym ponurym czasie, w pięknym Wilnie, szukaliśmy „azylu”, sposobu na przetrwanie, święcie wierząc w odmianę życia. Rozczarowania przychodziły trochę później. Wszyscy w naszej paczce marzyli o tym, ażeby wyjechać do Polski. Niektórzy tylko po to nawet studiowali polonistykę, której nie ma dzisiaj w dawnej naszej „budzie” na Zwierzyńcu, na obecnym Uniwersytecie Edukologicznym – już sama nazwa jest nie do ogarnięcia. Choć uczelnia kształciła pedagogów, prawie nikt z naszej paczki pedagogiem nie został.

Bożena często opowiadała o swoim Lwowie, musiała do niego bardzo tęsknić. Znałem już wtedy to miasto i fascynowałem się nim, bo miałem tam przyjaciela z lat szkolnych, z którym korespondowaliśmy i odwiedzaliśmy się wzajemnie. Mimo wszystko, Wilno dawało więcej swobody, było bez porównania bardziej „zachodnie” niż Lwów. Dlatego chyba Bożena pozostała tu na wiele lat.

Po studiach zacząłem pracować w „Czerwonym Sztandarze”, z początku jako tłumacz, potem w dziale przemysłu i transportu. Była to placówka „prestiżowa” – i choć z dzisiejszej perspektywy miała tytuł bardzo odstraszający – gazeta niekoniecznie w całości była czarno-biała, próbowaliśmy w niej jakoś się realizować. Nierzadko uprawiając żonglerkę słów i robiąc „bokami”. Zresztą innego wyboru nie było. Ale dzięki temu mogliśmy tworzyć, na ile było można, kronikę naszego życia, opowiadać o losach Polaków, ich rodzinach, rodzimej twórczości. Prócz szkół, zespołu folklorystycznego „Wilia” i paru teatrów amatorskich, notabene istniejących do dzisiaj, tych samych i w tej samej liczbie, innych poloników prawie nie było. Żadnych polskich organizacji – od Wilna aż po Syberię.

Byłem pierwszym z miejscowych „młodych”, jakich zaczęto przyjmować do redakcji, aby odnowić stary, w dużym stopniu powojenny jej skład. Namówiłem naczelnego, ażeby przyjął mojego przyjaciela lat młodzieńczych Heńka Juchniewicza, przyszli Józek Szostakowski, Heniek Mażul, Krystyna Marczyk, potem inni. Przyszła również Bożena Rafalska – pracowała w dziale listów. I podobnie jak na studiach, utworzyliśmy w redakcji swoją paczkę. Uczestniczyliśmy w różnych wieczorkach literackich, jeździliśmy na wycieczki, przesiadywaliśmy w kawiarniach. Zmieniła się trochę moda, ale nadal większość chłopaków nosiła długie włosy, co jednak było wyznacznikiem pewnej odrębności i nierzadko apelowano do nas, abyśmy „wyglądali normalnie”.

To Bożena wymyśliła mi ksywę Gigi Amoroso, mniejsza o treść ówczesnego wielkiego przeboju, który znaliśmy dzięki Polsce. Był z tym niesamowity ubaw, bo nikt spoza naszej paczki nie wiedział co to znaczy. Było i tak, że używając tego mojego „przydomka”, ktoś przekręcał słowa, raz nawet byłem… Dżipem Amorosem! Co prawda, na naszych odciętych od reszty świata terenach, mało kto wiedział, co też to za zwierz ten jeep.

Na pewno nie byliśmy „normalni”, nadal szukaliśmy uporczywie tego, co było poza naszym codziennym zasięgiem. W swoim gronie spotykaliśmy się na prywatkach w domu moich rodziców w Fabianiszkach, którzy trochę nas „sponsorowali”. Kiedy zamieszkałem w kawalerce na Karolinkach, nasza „sekcja” zaczęła przebywać u mnie. Słuchaliśmy muzyki na pełny regulator, nagrań wzajemnie od siebie przegrywanych lub nocą z radia. Najlepsze były te, dokonane dalej od Wilna, niezagłuszane. To były nasze marzenia i zakazany świat. Przypominam sobie, jak raz podczas takiej gorącej nocy magnetofon przykleił się do podłogi. Może dlatego, że było to latem?

Szczuplutka i elegancka, dumna, z wysoko podniesioną głową, często w klasycznej w czerni z dopełnieniem srebra, z rozwianymi włosami, nieustępliwa w dyskusjach – Bożena jak ulał pasowała do tej naszej wileńsko-lwowskiej „bohemy”, była jej ważną częścią.

Potem losy zaczęły nas oddalać, mieliśmy swoje rodziny. Długo nie pracowałem w dzienniku, odszedłem do radia, potem była telewizja. Ale odwiedzałem kolegów w gazecie, zamawiali moje artykuły, głównie recenzje filmowe i muzyczne, rozmowy z artystami, a ja zapraszałem ich do radia. Bożena mieszkała na Makowej, niedaleko dworca kolejowego z mężem Grigorijem, Gruzinem. Spotykaliśmy się czasami, piliśmy wino. Mniej już było muzyki, a pod koniec lat 80. zaczęły się niepodległościowe powiewy.

Powstało pismo „Znad Wilii”, czasy obfitowały w wydarzenia. Bożena przez pewien czas redagowała „Naszą Gazetę”, pismo Związku Polaków na Litwie. Potem zastąpił ją ktoś inny, traktując to zajęcie jako szczebel do swej dalszej kariery. Byliśmy wtedy „na zakręcie”, myślę, że Bożena w tym wszystkim czuła się samotnie, tym bardziej, że zmarł jej mąż. Może dlatego podjęła decyzję o powrocie do Lwowa. Korzystając z doświadczeń wileńskich, założyła tam i redagowała „Gazetę Lwowską”, a następnie miesięcznik „Lwowskie Spotkania”. Chciała robić pismo niepospolite, jeśli chodzi o prasę Polaków spoza Polski, ambitne i stawiające wyżej poprzeczkę. Przeżywała, że nie mogła znaleźć należytego wsparcia i zrozumienia w swoim środowisku. Gratulowała mi trwania przy „Znad Wilii”, chciała robić i robiła coś podobnego. Nadal więc rozumieliśmy się doskonale na naszej „częstotliwości” sprzed wielu lat.

Spotykaliśmy się teraz w Polsce, reprezentując już różne kraje, ale mając podobne cele. Niestety, wyższa i „niepraktyczna” dla polonijnych decydentów poprzeczka nie zawsze bywa potrzebna, dlatego redaktorzy niezależni od jakichś organizacji raczej rzadko miewają znośne życie. Mimo że odgórnej cenzury dawno nie ma. Stąd i Bożena, podążając tropem naszych młodzieńczych marzeń, nie miała łatwego życia. Ale z uporem robiła swoje, promowała twórczość Zbigniewa Herberta, kreowała działania artystyczne we Lwowie, prowadziła galerię „Własna Strzecha”, szukała oparcia w odradzającej się inteligencji polskiej w mieście Lwa.

Kilka lat temu zachorowała i bohatersko walczyła z ciężką chorobą. Potrzebne były środki na operację i leczenie. Wilno o Niej też pamiętało, odbył się wieczór poetycko-muzyczny na rzecz Jej wsparcia. Ale los się dopełnił. Zostanie dla mnie symbolem niezłomnej postawy Polki-Lwowianki w bogatej gamie wartości i kontekstów. Jako piękna i dumna Bożena Rafalska.

Romuald Mieczkowski
Tekst ukazał się w nr 11 (231) 16-29 czerwca 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X