Tadżykistan. Część druga: w królestwie Sogdiany Okolice jeziora Iskandarkul (Fot. Maria Kowalska)

Tadżykistan. Część druga: w królestwie Sogdiany

Współczesny Tadżykistan administracyjnie dzieli się na trzy wilajety i jeden okręg autonomiczny. Północny wilajet nosi nazwę Sughd. Nazwa ta nawiązuje do przeszłości tych ziem, które kiedyś znajdowały się w królestwie Sogdiany i były zamieszkiwane przez Sogdyjczyków.

Póki nie pojechałam do Tadżykistanu, nie miałam pojęcia o ich istnieniu. A tymczasem w VII i VIII wieku to Sogdyjczycy rządzili w Azji Środkowej – głównie pod względem gospodarczym i kulturalnym, ich język był taką środkowoazjatycką łaciną. Chińskie kroniki opisują ich jako znakomitych handlowców. Skupieni na zarabianiu pieniędzy nie zorganizowali nigdy wielkiego państwa – Sogdianę tworzył zlepek mniejszych i większych księstw, nad którymi zwierzchnictwo miała Marakanda czyli dzisiejsza Samarkanda. Księstwem, które sięgało najdalej na wschód był Pendżikent w dolinie rzeki Zerawszan – te właśnie tereny leżą dzisiaj w Tadżykistanie.

Pierwszym naszym przystankiem był Chodżent – miasto położone nad Syr-Darią, którego historia liczy co najmniej 2500 lat. Jako pierwszy z wielkich zjawił się tu perski król Cyrus Wielki i założył miasto Cyropolis. Musiała to być dobra miejscówka, bo tego samego zapragnął Aleksander Wielki i tak powstała Aleksandria Eschate (Kresowa). W czasach sowieckich kolejny wielki człowiek naznaczył historię miasta – nazywało się wtedy Leninabad. Dzisiaj Chodżent jest drugim pod względem wielkości miastem w Tadżykistanie, stolicą najbogatszego wilajetu. Kiedy w latach 90.XX w. trwała wojna domowa, Chodżent chciał odłączyć się od Tadżykistanu – nie byłoby to dużym problemem, gdyż wystarczyłoby zablokować jedną jedyną drogę, która łączy północ kraju z centrum. Jest to kolejny przykład na bezsensowne wytyczenie granic, bo geograficznie te tereny stanowią Kotlinę Fergańską, więc chodżentczykom łatwiej dotrzeć do Samarkandy czy Oszu niż do Duszanbe. Niegdyś zresztą najłatwiejsza droga łącząca oba miasta wiodła przez tereny Uzbekistanu.

Okolice jeziora Iskandarkul (Fot. Maria Kowalska)

Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie Istarawszanu – niewielkiego miasteczka, w którym potwierdziły się moje przeczucia, że Tadżykistan to kraj dobrych ludzi. Kiedy zdezorientowani studiowaliśmy niedokładną mapę i zastanawialiśmy się jak dojść do błękitnej medresy zatrzymał się przy nas samochód, a kierowca po zaznajomieniu się z naszą sytuacją powiedział, że nas chętnie podwiezie. Kiedy wracaliśmy do centrum, pół starego miasta pokazywało nam drogę, zapraszało na herbatę do domu, pozowało do wspólnych zdjęć, wyraziło ubolewanie, że nie przyjechaliśmy dzień wcześniej, bo wtedy wzięlibyśmy udział w weselu. Nie byli wcale nachalni – zaczepiali nas z czystej ciekawości i sympatii. Na lokalnym bazarze można było kupić oczywiście wszystko – otaczała nas mieszanina smaków, aromatów, smrodu i gwaru oszałamiała. A świecący złotym zębem sprzedawcy wciskali nam rożki z rodzynkami kiszmisz, z których słynie okolica. Zaopatrzeni w owoce i warzywa, które na pewno nie spełniały wymogów Unii Europejskiej, ale smakowały słońcem i witaminami, wyruszyliśmy na południe.

Domki pasterzy w dolinie rzeki Zerawszan (Fot. Maria Kowalska)

Wkrótce czekało nas pierwsze spotkanie z tadżycką policją. Rutynowe sprawdzanie dokumentów utknęło w martwym punkcie, gdy przystojny pan policjant zainteresował się moją jasnowłosą koleżanką. Po ustaleniu, że jednak nie szuka męża, pozwolono nam odjechać. Każde kolejne spotkanie z służbami mundurowymi utwierdzało nas tylko w przekonaniu, że Tadżykistan to kraj idealny dla turystów, oczywiście obecność blond koleżanki na pewno w tym pomagała. I tak zatrzymanie zawsze kończyło się tak samo – gdy milicjant orientował się, że jesteśmy obcokrajowcami, życzył nam szerokiej drogi i nie chciał oglądać żadnych papierów.

Droga, którą jechaliśmy do Pendżikentu była w fatalnym stanie, biegła czasami niebezpiecznie blisko przepaści, a mijanki z ciężarówkami dostarczały niemałych emocji. Co jakiś czas wraki samochodów, które nie zmieściły się na drodze i leżały na zboczach doliny rzeki Zerawszan, wprowadzały lekki niepokój wśród członków ekipy. Postanowiliśmy więc zatrzymać się i znaleźć nocleg w mijanej wsi. Bez problemu wskazano nam wiejskie centrum kultury czyli czajchanę. Nasz gospodarz o wdzięcznym imieniu Dżuma czyli Piątek zaserwował nam kolację z ukraińską wódką twierdząc, że dla takich gości otwiera najlepszy alkohol jakim dysponuje.

Następne dwa dni spędziliśmy eksplorując okolice Pendżikentu – niewielkiego miasteczka leżącego w pobliżu granicy z Uzbekistanem. To właśnie tu zachowały się ruiny stolicy jednego z sogdyjskich księstw, bardzo ważne dla badaczy, gdyż miasto upadło zanim stało się islamskie. Przepiękne freski, które tutaj odnaleziono, cieszą oczy odwiedzających petersburski Ermitaż i Muzeum Narodowe w Duszanbe. To, co można zobaczyć w samym Pendzikencie, to wymagający dużej wyobraźni przy zwiedzaniu, rozległy teren wykopalisk. Kilka kilometrów za miastem leży jedyny tadżycki materialny obiekt wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – Sarazm – pozostałości niegdyś największego centrum metalurgicznego w Azji Środkowej, którego historia sięga 4 tysiąclecia p.n.e. Zwiedzanie tego miejsca to również spore wyzwanie dla wyobraźni.

To, co cieszy oko bez żadnego wysiłku, to Góry Fańskie – pełne malowniczych jezior ukrytych wśród wysokich szczytów. Z jednej strony przemierzaliśmy tzw. Szlak Siedmiu Jezior – droga biegła przez zapomniane przez Boga i ludzi wioski, gdzie czas się zatrzymał – wieśniacy chodzili w tradycyjnych strojach, uprawiali niewielkie poletka – tyle ile udało się wydrzeć górom i mieszkali w domach, które wyglądały jakby stały tu od wieków. Z drugiej strony – byliśmy nad jeziorem Iskanderkul, gdzie swoją daczę ma prezydent Emomali Rahmon i gdzie jest lądowisko dla helikopterów. Według legendy w pełnię księżyca po tafli jeziora spaceruje duch Aleksandra Wielkiego, a na dnie mają być ukryte ogromne bogactwa, których nie zdążył przed śmiercią odesłać do Grecji.

Czajchana (herbaciarnia) (Fot. Maria Kowalska)

Zanim dotarliśmy do Duszanbe czekała nas jeszcze jedna atrakcja, na którą nie byliśmy przygotowani. Już przed samym wjazdem powinniśmy byli się zorientować a na pewno poczuć, że przejazd przez tunel Anzob to będzie niezapomniane przeżycie. Z czarnej otchłani wykutej w skałach, do której mieliśmy za chwilę wjechać, wydobywały się niewielkie kłęby dymu. W środku zrozumieliśmy, że mimo pracujących non stop wentylatorów, dym który widzieliśmy to spaliny. Coś poszło nie tak przy budowie. Zresztą nie tylko to. Wątłe oświetlenie nie wystarczało by zobaczyć drogę przed sobą, bardziej pomagały światła samochodów jadących przed nami. A nawierzchnia w tunelu może kiedyś i była – teraz zastąpiły ją wypełnione brudną wodą dziury. Poruszając się w ślimaczym tempie przez 5 kilometrów w kawalkadzie samochodów jadących wężykiem, co jakiś czas widzieliśmy tajemnicze tunele odchodzące w bok góry i kilka ekip remontujących nie wiadomo co. Na usta cisnęło się: „jak Unia może na to pozwalać?!”.

W połowie drogi moja koleżanka przypomniała sobie, że czytała o tym miejscu – nazywane jest Tunelem Umarłych. Faktycznie tak mogłaby wyglądać droga w otchłań, droga do Hadesu. Wydawałoby się, że tunel to pozostałość po czasach słusznie minionej władzy radzieckiej, a jego obecny stan to wina lat zaniedbania. Tymczasem tunel ten otworzono w 2006 roku, wybudowali go irańscy robotnicy. W zasadzie ciągle budują a oficjalna data zakończenia projektu to marzec 2015. Trzeba się więc pośpieszyć żeby zobaczyć jak wygląda otchłań, sprawdzić czy faktycznie nie ma nogi i ogona. Ta otchłań nie poczeka.

Maria Kowalska
Tekst ukazał się w nr 14-15 (210-211) za 19-28 sierpnia 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X