Szwajcar o galicyjskich korzeniach

Szwajcar o galicyjskich korzeniach

„Wilczy Szaniec. Nonkonformistyczne refleksje z kwatery głównej Hitlera” pod takim tytułem w Olsztynie została wydana w dwóch językach, po niemiecku i po polsku książka Lubomira Winnika, pisarza, dziennikarza i artysty plastyka ze Szwajcarii. Z autorem podczas jego krótkiego pobytu we Lwowie rozmawiał Konstanty Czawaga.

W 1971 roku wyemigrował z ZSRR do Polski, a potem poprosił o azyl polityczny w Szwajcarii. Ma obywatelstwo szwajcarskie i czuje się Szwajcarem. Jest członkiem szwajcarskiego stowarzyszenia pisarzy AdS, szwajcarskiego stowarzyszenia dziennikarzy „Impressum” oraz P.E.N. – Club Austria. Pisze w języku niemieckim, polskim i ukraińskim. Kolejne formy jego twórczości to malarstwo, karykatura, collage, rysunek, fotografia. Wiele jego dzieł sztuki ma Muzeum Sztuki w Bazylei, Muzeum Narodowe w Warszawie, są także w kolekcjach prywatnych w Europie. Nagrodzony „Złotym Medalem Europy za zasługi dla sztuki” – Baden-Baden 1992 i medalem „Za zasługi dla Przykarpacia”, Iwano-Frankiwsk 2012.

Lubomir Winnik pochodzi z dawnej ziemi stanisławowskiej, gdzie urodził się w 1943 roku. Rodzina często przenosiła się z jednych miejscowości do innych na tym terenie, a w połowie lat pięćdziesiątych wyjechała aż na Donbas. Pan Lubomir mówi, że do dziś zachował zaświadczenie z datą 24 czerwca 1959 roku, które potwierdza, że w miejscowości Horliwka-Hłyboka pracował w lokalnej gazecie „Praca Budowniczego” jako fotograf i rysownik od 2 lutego 1958 roku do marca 1959 (wtedy miał 14,5 lat). Miejscowość ta jest obecnie pod okupacją rosyjską. W latach 1960–1965 służył jako marynarz na Morzu Czarnym, m.in. w marynarce wojennej ZSRR w Gruzji. W tym czasie dużo pisał i rysował dla gazet wojskowych i gruzińskiej gazety „Sowietskaja Adżaria”. W 1966 powrócił na tereny rodzinne, do Nadwórnej, gdzie mieszkali jego rodzice. Został tam zatrudniony w redakcji gazety rejonowej. Po dwóch latach przeniósł się do Lwowa, gdzie pracował jako dziennikarz gazety „Wilna Ukraina”, następnie jako reporter filmowy w Telewizji Lwowskiej.

Sfotografował zdewastowany Cmentarz Orląt

Z okresu lwowskiego w archiwum Lubomira Winnika zachowały się unikatowe klisze zdewastowanego Cmentarza Orląt Lwowskich. W 1971 roku wywiózł je do Polski.

– Mieszkałem we Lwowie, bywałem na tym cmentarzu. Podziwiałem piękne pomniki, grobowce, widziałem też zdewastowane nagrobki, obsmarowane graffiti. Byłem przekonany, że nawet i te resztki znikną, dlatego fotografowałem. Dla historii. Wspierała mnie jedna pani. Wydaje się, że była to krewna Wacława Kuchara, piłkarza „Pogoni” lwowskiej. Ona zabezpieczała, żeby ktoś mnie nie zaskoczył. Bo gdyby mnie tam złapali, pojechałbym nie do Polski, a w przeciwną stronę świata. I tak fotografowałem. Ale jakże to przewieźć do Polski? Negatywy filmowe włożyłem do kapsuły zamykanej hermetycznie. Gdyby na granicy to otworzono, błony by się prześwietliły i nikt nie zobaczyłby co na nich jest. Nie zostały otwarte i w ten sposób przerzuciłem to do Polski. W Polsce chciałem to wydrukować, ale w redakcji mi powiedziano: panie, zapomnij o tym. Kiedy dwa lata później byłem już w Zurichu, udałem się do redakcji pisma „Szwajcarska Rodzina”. Zaproponowałem te zdjęcia. Jednym z redaktorów był Czech, który powiedział: „A co nas Polacy obchodzą? Co to Szwajcarię obchodzi?”. Odpowiedziałem mu: „Ale to też Europa. To też część naszej kultury, naszej cywilizacji. Czy to polskie, czy niemieckie – nie należy tego dewastować”. Oni jednak tym się nie zainteresowali. Potem, po nawiązaniu kontaktów z Radiem Wolna Europa, rozgłośnią polską, jeździłem do Monachium. Poznałem tam dyrektora Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Było spotkanie z całą redakcją. Mówili o mnie, że przyjechał rodak zza Bugu. Powiedziałem też o tych zdjęciach, pokazałem. Byli zaskoczeni i powiedzieli, że w Londynie jest jakieś towarzystwo polskie, nie pamiętam jak się nazywało, i że dla nich to byłoby interesujące. Zrobiłem z tych negatywów przezrocza i wysłałem komuś do Londynu. Co oni z tym zrobili, już nie pamiętam, ale parę lat temu ktoś mi powiedział, że te zdjęcia zostały opublikowane w jakimś polskim wydaniu na Zachodzie. Nikt mnie o to nie pytał. Jeżeli będą te zdjęcia was interesować, to dam zrobić z negatywów dobre odbitki dla publikacji.

Po powrocie do Szwajcarii Lubomir Winnik dotrzymał słowa i wysłał do publikacji w Kurierze Galicyjskim te unikatowe zdjęcia, które zrobił 28 sierpnia 1971 roku. Wtedy też zanotował, w jakim stanie znajdowały się nagrobki. Na przykład:

„Lewa „odnoga” Bramy Głównej i jej zniszczone lewe ramię. Na ziemi widać ślady ciężkich pojazdów gąsieniczych – „tankowyje tiagaczi” – czyli ciągników pancernych. Ujęcie w stronę północno-zachodnią”.

fot. Lubomir Winnik. Zdjęcie udostępnione dla Kuriera Galicyjskiego bezpośrednio przez autora
fot. Lubomir Winnik. Zdjęcie udostępnione dla Kuriera Galicyjskiego bezpośrednio przez autora

„Grobowiec inż. Gustawa Muldnera. Nieopodal znajdował się jeszcze jeden grobowiec wykonany w takiej samej konwencji. Brzmienie namalowanych wyrazów rosyjskich: 1. Durak – głupiec. 2. Gena – (czyta się Giena) imię rosyjskie Gennadij. 3. Bocman – prawdopodobnie bosmann. 4. Hippi – po angielsku. 5. Małyj – czyli mały. 6. Wowa – skrót imienia Wołodia”.

fot. Lubomir Winnik. Zdjęcie udostępnione dla Kuriera Galicyjskiego bezpośrednio przez autora

„Widoczne są cztery grobowce i winkiel piątego. Pierwszy grobowiec zachował tylko kamienne obramowanie. Pozostał także cokół zerwanego metalowego świecznika. Drugi grób zachował płytę, lecz zniszczona została płyta pionowa z epitafium. W tym miejscu sterczą dwa metalowe pręty zbrojeń…”.

fot. Lubomir Winnik. Zdjęcie udostępnione dla Kuriera Galicyjskiego bezpośrednio przez autora
fot. Lubomir Winnik. Zdjęcie udostępnione dla Kuriera Galicyjskiego bezpośrednio przez autora

W dziennikarstwie polskim

We wrześniu 1971 roku Lubomir Winnik wyemigrował do PRL.

– To był właściwie przypadek losowy – wyjaśnił w naszej rozmowie. – Byłem w Warszawie tylko dwa lata i w tym czasie bardzo dużo zrobiłem. To był bardzo intensywny okres w mojej pracy dziennikarskiej. Miałem dużo spotkań. Fotografowałem i rozmawiałem z Jaroszewiczem, Gierkiem, z Kępą. Fotografowałem w czasie wizyty Nixona, Tito… Oprócz redakcji „Stolicy”, gdzie byłem zatrudniony, współpracowałem z tygodnikiem „Za i przeciw”, „Nasze Zdrowie”, „Perspektywy”, „Hejnał Mariacki”, „Szpilki”, „Polityka”. Mam fantastyczne zdjęcia z otwarcia wieczorem piwnic Zamku Królewskiego. Mogę je wam udostępnić do dyspozycji. Potem z biblioteki naprzeciw fotografowałem ten zamek każdego miesiąca, obserwowałem jak rosły mury. Gdy pierwsze cegły zaczęto kłaść, ja również nosiłem. Potem honorarium za swoje rysunki warszawskie ofiarowałem na budowę Centrum Zdrowia Dziecka. Mam fantastyczne zdjęcia jak prymas Stefan Wyszyński idzie na czele kolumny do katedry diecezji szczecińsko-kamieńskiej, która jeszcze nie miała dachu. Można z tego ogromną wystawę zrobić, mam blisko 500–600 zdjęć, tylko kto to sfinansuje?

Ucieczka do Szwajcarii

W październiku 1973 roku Lubomir Winnik uciekł do Szwajcarii. Opowiada jak przezwyciężył wszelkie trudności przybysza z ZSSR. Jego pierwsze rysunki i karykatury ukazały się już rok później na łamach „Meyers Modeblatt”, „Tages-Anzeiger”, „Die Weltwoche” i „Neue Zürcher Nachrichten”. Przez sześć lat był rysownikiem magazynu satyrycznego „Nebelspalter”. Jego pierwsze teksty w języku niemieckim ukazywały się początkowo w formie listów do redakcji „Neue Zürcher Zeitung” i „Glaube in der Zweiten Welt”. Z biegiem czasu pisał, fotografował, rysował i projektował plakaty i foldery dla licznych agencji reklamowych oraz dla wielu klientów. Przez lata był reporterem berlińskiej gazety „Junge Freiheit”, w której pisze przede wszystkim o Europie Środkowo-Wschodniej. Od 2010 roku coraz bardziej poświęca się literaturze i wydaje książki w języku niemieckim.

Jeszcze raz wracamy do jego współpracy z Polską Redakcją „Wolnej Europy”

– Pisałem dla nich teksty, słuchowiska – wspominał Lubomir Winnik. – Ich interesowały przede wszystkim stosunki polsko-ukraińskie, jak Polacy i Ukraińcy żyją. W stronach rodzinnych nie widziałem takiej niechęci czy jakiejś animozji do Polaków czy polskości. Jeżeli ktoś mówi, że ktoś kogoś zabił, to trzeba udowodnić. Żyli setki lat ze sobą i nikt tam żadnych animozji nie miał, nikt tam się nie odgradzał. Pamiętam, moi rodzice opowiadali o festynach ukraińskich i że to było „za Polski”. Nigdy nic nie słyszałem od rodziców, że ktoś kogoś dyskryminował. Były jakieś pacyfikacje, ale nie w tym regionie. Tata mówił, że flagi ukraińskie były zawieszane i tryzuby. A co zrobili Rosjanie z nami? Wszystkiego zabronili. Mam tylko pozytywne wspomnienie o polskości. Tata mówił normalnie po polsku, mama słabo, bo była prostą kobietą, mimo tego, że mamy polską krew, tak jak w Galicji to wszystko jest pomieszane. I to jest nonsens mówić, że jest jakaś czysta krew. A poza tym, kto kim jest? Uważam, że nie zależy to od urodzenia, lecz od wychowania. Kto kim się czuje. Polakiem, Turkiem, czy jeszcze kimś innym. Liczy się to, w jakiej atmosferze, w jakim otoczeniu zostałeś wychowany. Niemiec może być Polakiem, był przecież Józef Unrug, słynny niemiecki admirał, który służył Polakom, Niemcy go wyklęli. Kościuszko był amerykańskim generałem, pochowany został w Szwajcarii.

Konstanty Czawaga i Lubomir Winnik, Lwów, 2024

Jakie doświadczenia wyniósł Pan z życia wśród przedstawicieli różnych narodów w Szwajcarii?

Kiedy po wojnie na Bałkanach szukano tam jakiegoś politycznego modelu w celu uregulowania konfliktów, bo tam jest odwieczna beczka prochu, to chciano wybrać model szwajcarski – cztery kultury. Jest jedno państwo, ale cztery kultury i każda ma równe prawa. Nikt nikomu się nie wtrąca, każdy w swoim kantonie mówi w swoim języku. Gdy przyjeżdżam do włoskiego, to mówię po włosku. Oni żyją na swojej ziemi. To jest ta różnica, powiedzmy, pomiędzy Ukrainą a Szwajcarią, że Ukrainę Rosjanie najeżdżali i okupowali, a w Szwajcarii każda językowa grupa żyje na ziemi swoich przodków. Oni nie zostali okupowani, oni przyłączyli się do Szwajcarii na przestrzeni stuleci. Dobrowolnie. Oni przystąpili do Konfederacji Szwajcarskiej dobrowolnie.

Nie udało się tego modelu użyć na terenach byłej Jugosławii.

Wydaje mi się, że powodem jest słowiańska nietolerancja, niecierpliwość i wywyższanie się nad innymi. A w Szwajcarii nie wolno się wywyższać. Wszyscy mają jednakowe prawa, jednakowe obowiązki i nie ma wyższych i niższych. Nie usiłują niemieccy Szwajcarzy germanizować francuskich Szwajcarów czy odwrotnie. Jest język retoromański – używany wśród najmniejszej liczby mieszkańców w Szwajcarii w najmniejszym kantonie, i cała Szwajcaria ratuje ten język, żeby nie zniknął, nie przepadł. Język retoromański jest ładny, melodyjny, bardzo mi się podoba. Czy gdzie w innym kraju jest ratowany zanikający język? I nikt do nikogo nie ma pretensji. Wszystkie kantony reprezentowane są w parlamencie. Rząd składa sie tylko z siedmiu osób i u nas nie ma opozycji politycznej, bo w rządzie zawsze są wszystkie partie parlamentarnie przedstawione. Kto jest opozycją? Cały naród. Cały naród jest kontra rządu. Poza tym w Szwajcarii wszystkie problemy rozwiązuje się przez referendum.

Dookoła Wilczego Szańca

O Wilczym Szańcu powstały filmy, jest wiele książek. Trzeba było znaleźć jakieś podejście nowe, publicystyczne?

To wynikło spontanicznie. W 2017 roku udałem się do Olsztyna ze zleceniem berlińskiej gazety „Junge Freiheit”, aby napisać reportaż o pewnym panu, który kolekcjonuje rolnicze maszyny. Zebrał ich setki, tysiące i o tym pisałem w tej gazecie. Po drodze, w wolnym czasie pojechaliśmy do Wilczego Szańca. Zobaczyłem to wszystko i tam przyszła mi myśl, którą potem rozwinąłem w tekście pt. „Wilczy Szaniec nonkonformistyczne refleksje w kwaterze głównej Hitlera”. Była to pierwsza myśl, która mi przyszła do głowy w bunkrze Herlinga, na którego dachu Polacy teraz smażą kiełbaski, urządzają pikniki. Wtedy pomyślałem: hm, w Niemczech wszystkie niemieckie symbole jak hakenkreuze, są zabronione i urządza się prawdziwe polowanie, jak na czarownice, na rzekomych nazistów, których nie ma, całą zaś winę zwala się jedynie na Hitlera. Co jest nieprawdą, bo Hitler był tylko pionkiem w rękach niemieckiego przemysłowego kapitału i przemysłowców i oni potrzebowali kogoś takiego, kto zrealizuje ich plany poszerzenia dla nich przestrzeni na Wschód. To oni uczynili Hitlera Hitlerem, a nie odwrotnie. Niemcy zaprzeczają temu z całych sił, zwalając winę za drugą wojnę światową tylko na jedną osobę, na Hitlera.

Jeden z rozdziałów swej książki Lubomir Winnik nazwał „Twórcy dyktatorów”. Tam, w Wilczym Szańcu, autor zastanawia się, w jaki sposób dyktatorzy dochodzą do władzy: „Najczęściej historia zna najbardziej powszechną metodę – zawsze byli powoływani do życia lub sadzani na tronach przez grupy interesów. Czy to rzymscy cesarze, których czczono jak bogów, ale tylko tak długo, jak długo byli posłuszni, bo inaczej czekała na nich trucizna albo pchnięcie pretoriańskim mieczem i szybko z człowieka-boga robiły się zwykłe ludzkie zwłoki. Francuzi na przykład zbuntowali się przeciwko władzy królewskiej, zgilotynowali swojego króla i arystokratów, aby chwilę potem mieć nowego króla i dyktatora zarazem – cesarza Napoleona. Tak długo, jak długo plądrował na rzecz Francji całą Europę, Francuzi chętnie go słuchali. Jedna wpadka – bitwa pod Waterloo – wystarczyła, żeby go szybko zapomnieli. Dopiero po jego śmierci sprowadzili jego zwłoki do Francji. Jako bohatera, z którego krwawych czynów Francuzi są dumni do dziś. Voilà! Rosjanie ze swej strony tylko raz, w roku 1918, zdobyli się na to, żeby zamordować cara z całą rodziną. Mentalnie jednak i tak nie byli zdolni do życia bez carów. Bardzo szybko intronizowano Lenina, potem Stalina…, a teraz Putina. Podobne przykłady można mnożyć w nieskończoność, historia aż się od nich roi: dyktatorzy byli najczęściej chętnymi realizatorami życzeń swoich twórców. Rzadko bywało odwrotnie.

Pan napisał tę książkę po niemiecku, dla czytelnika niemieckiego.

Ta książka była skierowana do Szwajcarów niemieckojęzycznych. Jaka była reakcja? To trudno określić, ponieważ Szwajcarzy nie znają dobrze nawet historii własnej. To zależy, kto czyta. Jeżeli są prawicowi, to im może to się nie spodoba. Jeżeli lewicowi, to może inaczej. A prywatnie, to może dowiedzą się o czymś nowym. W każdym razie w Szwajcarii negatywnej krytyki nie było.

Zdaniem autora, na ile ta książka jest aktualna?

Teraz jest aktualna, ponieważ widzi się, jak tyrani przychodzą i odchodzą, albo jak władza się zmienia, a tyrani zostają. Jak wszystko w życiu płynie, przemija i powraca. To co było stare, nagle się okazuje bardzo aktualne. Taki jest bieg rzeczy, tacy są ludzie.

Czy książka ukaże się też w języku ukraińskim?

Tego jeszcze nie wiem. W Polsce znalazłem sponsora, który zapłacił za tłumaczenie i druk. Jeśli znajdzie się sponsor w Ukrainie, to książka może ukazać się w trzech językach – po niemiecku, po polsku i po ukraińsku.

Przechadzka lwowską starówką

Po spotkaniu z Lubomirem Winnikiem i jego małżonką Ireną w Parku Kościuszki idziemy razem przez Rynek lwowski. Kolegę ze Szwajcarii denerwuje muzyką donoszącą się z większości kawiarenek, nie może też spokojnie patrzeć na łuszczące się ściany zabytkowych kamienic i wszelkie nowoczesne przebudowy w tej dzielnicy miasta. Wcześniej moi rozmówcy odwiedzili krewnych i znajomych w obwodzie iwanofrankiwskim. Pani Irena pochodzi z okolic Kołomyi, jest dziennikarką i malarką. Posiada Kartę Polaka.

– Mam takie refleksje, że chyba lepiej publicznie się nie wypowiadać – mówi Lubomir Winnik. – Podczas naszego pobytu do Kołomyi przywieziono dwie trumny z zabitymi żołnierzami. Wystawione były w sali i klęczeli tam krewni, ta żałoba jest straszna. Widzę z jakim pietyzmem, z jakim oddaniem ludzie walczą o Ukrainę, a z drugiej strony patrzę, jak inni jeżdżą tymi „czołgami”, tymi ogromnymi samochodami, jak tylko kasę robią. Widzę te kontrasty. Nie chcę kogoś obrazić, ale wygląda na to, że są dwie Ukrainy. Jedni są świadomi, a drugim wszystko „wisi”, wszystko mają w dupie, swoją zupę jedzą, swoje geszefty robią itd. Szkoda. Przepiękny kraj. Gdy się sporo lat tutaj nie było, jedzie się przez tę Galicję – przepiękne krajobrazy, dziewicza przyroda, bogata ziemia. Już widać pierwsze kroki jakiejś normalności. Sklepy są pełne jedzenia, fantastycznie wyposażone, czyściutko. Żywność jest zdrowa. Tu jest raj, tylko trzeba pokoju. I świadomych obywateli tej ziemi, czy są to Ukraińcy czy Polacy, Żydzi czy inni, ci, którzy żyją tutaj od stuleci. To by wyprzedziło i Szwajcarię, i Holandię, bo tu są zasoby. Bo co w Szwajcarii jest poza lodowcami? Lód i góry. Nie ma żadnych bogactw naturalnych, a tutaj jest wszystko i ludzie są pracowici.

Jak w Szwajcarii odbierają sytuację na Ukrainie?

Przeciętny obywatel wiadomości czerpie z telewizji albo z przynależności do partii. Mieszkamy we włoskim kantonie Ticino, gdzie są partie prawe i komunistyczna. Z młotami, sierpami latają. Oni są absolutnie proputinowscy i ich narracja jest słowo w słowo prorosyjska. Przez dziesięć lat byłem członkiem prawej partii, do której miałem zaufanie. Jednak jeszcze przed wojną Rosji z Ukrainą zauważyłem, że partia ta sympatyzuje z Rosjanami. Okazało się, że ta partia była antykomunistyczna, ale nie była antyrosyjska. Kiedy zaczęła się wojna zobaczyłem że ta partia pisze, iż Ukraina napadła na Rosję i że Ukraińcy są faszystami. To znaczy, że ludzie, którzy należą do tej partii, ulegają propagandzie. Teraz nie głosuję ani na lewych, ani na prawych. Czy też informacje z „Euronews”… W szwajcarskich szkołach nie uczą historii, literatury. Polityka pokrywa się z biznesem.

Czy społeczeństwo nie wyczuwa zagrożenia ze strony Putina?

Od 1848 roku to państwo nie zaznało wojen, nie zaznało dwóch wojen światowych, nie przeżyło tych tragedii. Pojęcie o przemocy, że ktoś kogoś może zaatakować brzmi prawie jak fantazja. A po co ma mnie atakować? Więc jak na mnie nie napada, to po co mam się zbroić? Szwajcarskie czy zachodnie społeczeństwo generalnie jest nieświadome tego zagrożenia. Oni tego nie przyjmują do wiadomości, ponieważ jest to od nich daleko. Nie obawiają się, nie chcą wiedzieć, że rakieta stamtąd leci parę minut czy do Ukrainy, czy do Szwajcarii, czy gdziekolwiek.

Żegnamy się. Kilka lat temu Lubomir Winnik uczestniczył w Forum Wydawców we Lwowie, miał też wystawę fotograficzną. Może jeszcze kiedyś przywiezie swoje zdjęcia i dzieła artystyczne.

Z przedmowy do książki „Wilczy Szaniec. Nonkonformistyczne refleksje z kwatery głównej Hitlera”:

„Napaść, inwazja, okupacja, zdobycie oraz idąca z tym ramię w ramię przemoc: skrytobójstwo, mordy, zniewolenie, wytrzebienie, wybijanie całych narodów – wszystko to były już od zarania dziejów najskuteczniejsze, najczęstsze i zupełnie normalne sposoby prowadzenia wszelkich wojen. Wskutek tego znikały całe grupy etniczne, kultury i cywilizacje. I nawet jeśli teza ta zabrzmi paradoksalnie, ci, którzy na tym ucierpieli, sami byli sobie winni. Najczęściej byli bowiem zbyt słabi. Słabi wskutek małej liczebności, słabi wskutek niedoceniania zagrażającego im niebezpieczeństwa, słabi przez swoje naiwne poczucie bezpieczeństwa i zepsutą moralność, słabi wskutek uśpionej czujności i woli walki.

Współczesność nie zdołała jeszcze dokonać w psychice człowieka – stosunkowo młodego gatunku ssaków –„humanizacji” jego krwiożerczych, ukierunkowanych wyłącznie na własną korzyść instynktów. Najwyraźniej potrzeba jeszcze do tego paru milionów lat ewolucji, jeśli oczywiście przeżyje on jakoś nagromadzone zasoby broni masowego rażenia, czy to biologicznej, czy nuklearnej natury. Jeden przypadek lub wypadek wystarczą, aby po wielekroć zniszczyć Ziemię i wszelkie życie na niej.

Jest to tylko jedna alarmująca strona gwałtownego rozwoju technologicznego homo sapiens – podpatrzonego rzekomo u istot pozaziemskich – który to rozwój w rękach tego gatunku powoduje dodatkowo niebywałą koncentrację władzy, a tym samym nieokiełznane poczucie wyższości wobec słabszych. Mogące temu zapobiegać międzynarodowe wysiłki jak dotąd przy wszystkich konfliktach z rzadka tylko okazywały się skuteczne, ponieważ tak zwana wspólnota państw to zwykłe gremium cynicznych impotentów, gdzie każdy ma na uwadze swoje własne interesy. W ten sposób zarówno dawne, jak i nowe mocarstwa, identycznie jak to było w minionych tysiącleciach, na zawsze zachowuję swoją dominację i prawo silniejszego. Nic się nie zmieniło!

Cóż zatem robić?

Nie liczyć na innych. Nie poddawać się dziecinnej wierze w idealny świat, a zamiast tego trzeźwo starać się być mocnym. I zamiast narzekać, kłócić się i wątpić, z największym zapałem przygotowywać się do tego, co doświadczeni realiści, czyli starożytni Rzymianie, ubrali w te jakże dosadne i mądre słowa: Si vis pacem para bellum! (Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny).

Oczywiście przyjdzie też wtedy czas tych wszystkich naiwnych i z gruntu dobrych ludzi, którzy z pełnym zaangażowaniem rozpoczną walkę o wieczny pokój i sprawiedliwość. Walkę, której nie da się wygrać bez wojny!

Bunkry Wilczego Szańca to nieme ostrzeżenie przed nieobliczalnością tego świata i utajonymi głębiami ludzkiej duszy.

Miejmy się na baczności!

Lubomir T. Winnik”.

Konstanty Czawaga

Przez całe życie pracuje jako reporter, jest podróżnikiem i poszukiwaczem ciekawych osobowości do reportaży i wywiadów. Skupiony głównie na tematach związanych z relacjami polsko-ukraińskimi i życiem religijnym. Zamiłowany w Huculszczyźnie i Bukowinie, gdzie ładuje swoje akumulatory.

X