Światełko w tunelu

Raporty dotyczące poziomu korupcji na świecie w wielu państwach nie należą do najbardziej oczekiwanych rankingów.

Tegoroczny „Indeks Percepcji Korupcji 2015” przygotowany przez Międzynarodową Organizację „Transparency International” na pewno nie został ciepło przyjęty na Ukrainie – 130 miejsce wśród 168 państw świata, gdzie 1 lokata na liście oznacza najniższy stopień skorumpowania struktur państwowych, nie jest powodem do dumy. Żadnym tu pocieszeniem nie jest też fakt, że to i tak lepiej, niż było – 144 miejsce w 2013 roku, 142 rok temu… A jednak wciąż to najgorszy wskaźnik w Europie, nawet Rosja uplasowała się na 119 pozycji.

Choć zawsze można by powiedzieć, że to jeszcze nie szary koniec, jak w rankingu wolności gospodarczej przygotowanym przez Heritage Foundation i gazetę „The Wall Street Journal”, gdzie Ukraina zajmuje 162 pozycję, ostatnią wśród państw Europy.

Same liczby to jednak za mało, by zastanawiać się nad problemem i skalą zjawiska. Istotne jest to, za co tak naprawdę Ukraina wspięła się o cztery oczka w górę – to tylko i aż poprawa sytuacji w zakresie wykrywania korupcji i coraz częstsze poruszanie tematu przez media, przez co władze mają być podobno zmobilizowane do zwalczania tego zjawiska. Większe znacznie ma tu fakt, że twórcy raportu jednocześnie zwracają uwagę na to, że pogorszyły się relacje pomiędzy władzą ze środowiskami biznesu (co brzmi tak, jak gdyby światy te dzieliła na Ukrainie przepaść, podczas gdy jedyne, co może je dzielić, to strefy wpływów i interesy), odnotowano także wzrost poziomu korupcji w sferze usług komunalnych i w organach podatkowych. Z tego płynie wniosek, że w kwestii korupcji na Ukrainie zmieniło się jedno – częściej się o niej mówi, za to ona sama ma się cały czas dobrze.

Ukraińcy zdają sobie sprawę z tego, że walka z tym zjawiskiem od początku istnienia niepodległego państwa jest niczym innym, jak tylko utopią. Tak, jak w latach 90. XX wieku można jeszcze było zasłaniać się postradziecką spuścizną, deformacją mentalności i złymi nawykami, tak po ćwierć wieku niezależności odwoływanie się do komunistycznej przeszłości przestaje mieć rację bytu. Ukraińcy są skorumpowani nie dlatego, że nie potrafią być inni, a dlatego, że chcą tacy być. Jest to system wygodny i wbrew pozorom bardzo klarowny, maluczkim pozwala zachowywać przy pomocy koperty złudną kontrolę nad rzeczywistością, a oligarchom i politykom pozwala na utrzymanie rzeczywistej władzy nad pieniędzmi i polityką.

Problem tkwi w tym, że niewiele osób jest chyba świadomych, że żonglowanie korupcyjnymi zachowaniami może mieć rację bytu tylko w rzeczywistości ograniczonej do kraju, w którym „wszyscy tak robią”, natomiast blokuje możliwość współpracy z tak zwaną resztą świata.

Ten świat, a przynajmniej Unia Europejska, inwestując w Ukrainę pieniądze oczekuje, że staną się one motywacją tak dla reform, jak i równolegle dla walki z nieczystymi zagraniami w polityce i gospodarce. Trudno bowiem wyobrazić sobie współpracę ekonomiczną z krajem, w którym część interesów załatwia się pod stołem. Żaden szanujący się inwestor z Zachodu nie będzie chciał ryzykować tego rodzaju kontaktów, a co za tym idzie Międzynarodowy Fundusz Walutowy straci wiarę w to, że Kijów naprawdę potrzebuje jego wsparcia. Oczekiwania, że zostanie wprowadzona przejrzystość wyboru i mianowania szefów przedsiębiorstw państwowych, sprawozdań finansowych, szeroko idące reformy, a nade wszystko walka z korupcją są w pełni uzasadnione. Tymczasem wciąż nie sposób oprzeć się wrażeniu, że nawet za Narodowym Biurem Antykorupcyjnym stoi coś więcej, niż chęć nadzorowania przestrzegania jasnych reguł gry, że jest to tylko ukłon w stronę Brukseli, podobnie jak zmiana prawa o zamówieniach publicznych, zwiększająca poziom konkurencji i wyznaczająca przejrzyste zasady przystępowania do przetargów, ale też i jak strategiczne zadania Ministerstwa Finansów na rok 2016, przedstawione w lutym przez minister Natalię Jareśko. Nie pierwszy raz usłyszeliśmy o planowanej walce z korupcją, reformach podatkowych, kontroli nad wykorzystaniem środków budżetowych, wzmocnieniu sektora bankowego.

Wszystko to brzmiałoby może przekonująco, gdyby nie dwie sprawy. Po pierwsze – tego rodzaju deklaracje „już były”, a po drugie, zamachu na wiarygodność pani minister dokonał jej kolega z rządu, minister rozwoju gospodarczego i handlu Ukrainy Ajwaras Abramowiczius. Zupełnie niespodziewanie postanowił podać się do dymisji, a jakby tego było mało, przyznał, że powodem jego decyzji była nie tylko odgórna próba narzucenia mu następcy, ale też brak zgody na bycie marionetką i „przykrywką dla jawnej korupcji”. Minister nie chciał opowiadać o sukcesach ukraińskiej gospodarki w sytuacji, gdy „za jego plecami rozwiązywane są jakieś sprawy w interesie poszczególnych ludzi”. Abramowiczus oskarżył przy tym zastępcę przewodniczącego parlamentarnej frakcji Bloku Petra Poroszenki Ihora Kononenko o lobbowanie podczas wyznaczania kierowników przedsiębiorstw państwowych oraz blokowanie prywatyzacji, aby móc kontrolować przepływ pieniędzy w państwie. Prócz tego, minister trafnie zwrócił uwagę na fakt nienależytego wynagradzania urzędników państwowych, co jego zdaniem w prostej drodze prowadzi do zachowań korupcyjnych.

Sprawa być może przeszłaby bez większego echa i tylko nieliczni kiwaliby w zadumie głowami nad odwagą ministra, który nie zawahał się postawić interesu państwa ponad ciepłą posadką, gdyby nie zdecydowana reakcja ambasadorów Kanady, Francji, Niemiec, Włoch, Litwy, Norwegii, Szwecji, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Unii Europejskiej, którzy wysoko ocenili postawę Abramowicziusa, a jednocześnie wezwali ukraińskich polityków do porzucenia partykularnych interesów. Z kolei dyrektor MFW Christine Lagarde stwierdziła, że niepokoi ją „powolny postęp ukraińskich władz w usprawnianiu zarządzania, walce z korupcją oraz ograniczaniu wpływów biznesu w polityce”, a bez postępów w tych dziedzinach nie sposób sobie wyobrazić kontynuację programu naprawczego MFW dla Ukrainy. Tym samym Kijów znalazł się, a może raczej uświadomił sobie, w jak trudnej sytuacji się znajduje. Z perspektywy Zachodu, w obecnej chwili Ukraina może mieć ostatnią szansę, by zapewnić sobie dostatni, a przede wszystkim niezależny byt i trudno z taką diagnozą się nie zgodzić, a na pierwszy plan jak zwykle wysforowały się pieniądze.

Kurs hrywny znów spadł i na nic tu się zdaje przekonywanie społeczeństwa, że to normalne zjawisko w gospodarce, obywatele odczuwają je w swoich portfelach na tyle dotkliwie, że mogą poczuć się zmęczeni taką normalnością. Pytaniem jednak pozostaje jak z tym problemem się uporać, skoro zdaniem prezydenta Poroszenki źródłem korupcji na Ukrainie, a co za tym idzie wszechobecnego kryzysu, są politycy. Nie znaczy to, że głowa państwa zmieni ekipę rządzącą. Jaceniuk pozostanie na swoim stanowisku, jak można przypuszczać także dlatego, że rozbicie w tej chwili skostniałych układów wydaje się po prostu niemożliwe. Z drugiej strony, próby ich reformowania będą oznaczały przykrycie korupcji swoistym sarkofagiem i tylko kwestią czasu będzie to, czy on się rozsypie, czy korupcja z niego po prostu wylezie.

Jednocześnie Natalia Jareśko poinformowała, że MFW wstrzyma instrument rozszerzonego wsparcia finansowego, jeśli na Ukrainie zmieni się rząd. Tym samym jego skład staje nietykalny i co najwyżej można spodziewać się znalezienia kozła ofiarnego, którego pokazowo odsunie się od władzy wmawiając światu, że to personifikacja korupcji. Czy nadaje się do tego Kononenko? Trudno prognozować. Jeżeli prezydent zdecyduje się go poświęcić będzie to sporym zaskoczeniem, prawdopodobnie jednak cena, jaką musiałby zapłacić, byłaby zbyt wysoka. Ofiarą może zostać zatem nawet sam Abramowiczius, który już i tak zrezygnował, a można go ukazać jako kogoś, kto zdezerterował pod ciężarem problemów, podczas gdy pozostali politycy konsekwentnie walczą o lepszą Ukrainę.

Sam Abramowiczius uważa, że najlepszą gwarancją zmian na Ukrainie byłby rząd technokratów ze stojącą na jego czele właśnie minister finansów; polityk o litewskich korzeniach typuje urodzoną w USA Natalię Jareśko na premiera. Być może ma w tym rację, bo jak dotąd ukraińskimi patriotami okazują się być ci, którzy Ukraińcami nie są. A może, skoro nie da się zmienić rządzących, należy poczekać na zmianę myślenia obywateli? Co prawda, czekamy na nią już bardzo długo, na kolejnych majdanach ludzie walczyli nie o to, o co trzeba, bo zabiegali o zmianę fasady, zamiast domagać się reform i nadzorować ich realizację, ale podobno pojawiło się światełko w tunelu i przedstawiciele dużych i średnich przedsiębiorstw zjednoczyli się w „Ukraińską biznes-inicjatywę”. Podpisano wręcz kuriozalną deklarację „o zobowiązaniu się do uczciwego płacenia podatków i rezygnacji z nieprzezroczystego finansowania polityków”, zatem o tym, co jest standardem w cywilizowanym świecie. Biznesmeni mają nadzieję, że uda im się w ten sposób zreformować własne firmy, stworzyć godnie opłacane miejsca pracy, przyciągnąć na Ukrainę inwestorów zza granicy, naprawiać państwo od dołu.

Niektórzy uważają, że to krok w dobrym kierunku, można mieć jednak sporo wątpliwości. Skoro potrzebne tu było sporządzanie odrębnego dokumentu, zawiązywanie inicjatywy, w której każdy każdemu będzie mógł patrzeć na ręce, to można przypuszczać, że znów nic z tego nie wyjdzie. Ludzie naprawdę uczciwi nie potrzebowaliby takich deklaracji, po prostu zaczęliby te podatki płacić i zadbaliby o pracowników. Wzajemna kontrola będzie fikcją, gdyż prędzej czy później ktoś się z kimś dogada, ktoś na coś przymknie oko… Ot, będziemy mieć w miniaturze procesy, które trwają na Ukrainie od dobrych 25 lat. Znów nic się nie zmieni.

Aby zmiany takie mogły zaistnieć tym razem trzeba by chyba jednak posłuchać prezydenta. Skoro politycy są źródłem korupcji – zmienić polityków. Tak po prostu. Bo prawo może być najlepiej napisane, ale ktoś go jeszcze musi przestrzegać, a przy takiej ekipie rządzącej szanse na to są chyba niewielkie, skoro ceną za uczciwość jest odejście z rządu.

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 3 (247) 16-29 lutego 2016

X