Senat Rzeczpospolitej Polskiej przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia 2022 Rokiem Brunona Schulza Bruno Schulz, "Dedykacja" (Introdukcja), 1920, cliché-verre na papierze, 13,5 x 18 cm, fot. Muzeum Narodowe w Krakowie

Senat Rzeczpospolitej Polskiej przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia 2022 Rokiem Brunona Schulza

„Jestem z Drohobycza”! – oświadcza Piotr Prokopiak – współczesny polski pisarz z województwa zachodniopomorskiego i ja mu wierzę! Przecież Drohobycz Brunona Schulza nie jest konkretnym miastem na mapie ukraińskiej Galicji. To mikrokosmos bez konkretnej topograficznej lokalizacji. To wszechświat, w którym jest miejsce dla każdego, kto odczuwa cynamonową pikanterię opowiadań klasyka polskiej literatury. Każdy, kto choć raz wgłębił się w metafizyczną rzeczywistość „Sklepów cynamonowych” czy „Sanatorium pod klepsydrą”, ma prawo czuć się mieszkańcem (ewentualnie sytuacyjnym gościem) miasta, którego pierwotna treść dawno znikła, aczkolwiek ustawicznie ożywa jako coś ponadczasowe, niepodległe destruktywnym prawom ludzkiego życia.

Piotr Prokopiak – poeta, prozaik, autor sześciu książek poetyckich i pięciu prozatorskich, członek Związku Literatów Polskich – przez wiele lat myślami i sercem przebywa w Drohobyczu, który od pierwszej do ostatniej godziny krótkiego życia był miastem jednego „z trzech muszkieterów polskiej awangardy z okresu międzywojennego” (W. Gombrowicz). Błądzi po jego ulicach, odwiedza domy, kawiarnie pamiętające ekscentrycznego Brunona. Rozmawia z jego przyjaciółmi i uczniami. Studiuje nowe, ujawnione fakty z biografii i odnalezione przez badaczy zdjęcia. Stara się nie pominąć żadnej nowości wydawniczej dotyczącej ulubionego pisarza.

Jak mówi sam autor przedstawionego czytelniczej uwadze artykułu, dla niego „twórczość Schulza jest przewodnikiem w inny, lepszy, przyjazny świat. To powrót do poruszeń serca z jego własnej genialnej epoki”. Z taką ciepłą rzetelnością może odnosić się do utworów oraz biografii pisarza tylko prawdziwy znawca i miłośnik. Pozwolę sobie skonstatować, że pośród mnogiej rzeszy zwolenników, czyli mieszkańców kraju, a właściwie schulzowego miasta (kreowanego przez wyobraźnię geniusza) za jednego z jego godnych obywateli można uznać Piotra Prokopiaka.

Switłana Bresławska

pisarka, krytyk literacki, tłumaczka,

prezes Oddziału NZPU w Iwano-Frankiwsku

Jestem z Drohobycza

Na całym świecie populacja drohobyczan rośnie z roku na rok. Domyślam się, iż jest to najbardziej „zaludnione” miasto Ukrainy (cóż z tego, że alegorycznie). Najbardziej uczęszczane, wytęsknione, ukochane… Nie inaczej jest ze mną. Jestem drohobyczaninem z litery i ducha. Ducha, który codziennie wiedzie mnie ku miastu nad Tyśmienicą. Choć nigdy fizycznie nie przemierzyłem żadnej z jego ulic, to jednak w opłotkach jaźni jestem tam, codziennie, niezależnie od aktualnego przebywania mojej cielesnej formy. Ten stan rzeczy utrzymuje się od ponad trzydziestu lat. To wtedy, jako nastoletni chłopak znalazłem Księgę-Autentyk, który pozwolił przebudzić się, nawiązać enigmatyczną łączność z mitycznym praźródłem. To wtedy zostałem obdarzony „trzecim okiem” i zyskałem możliwość wstępu na szlak ku pierwotnemu sensowi. To wtedy również, po raz pierwszy „podążyłem” do krainy zamkniętej w samowystarczalnym mikrokosmosie. Pojąłem, że nie tak mają się rzeczy, jak widzą je źrenice profanów, że „coś” kryje się pod podszewką oswojonej i pozornie literalnej rzeczywistości. Zatem korzystne jest objawienie, nawiedzenie za pomocą sakralnego obcowania z lekturą. Efektem będzie uświadomienie wyższego ładu, niezmiennego porządku świata, który w momencie iluminacji jest najcudniejszym z doznań jednostki. Ma się rozumieć, nie mam na myśli formuły-idei, ale pewną postać rzeczy. Płynną, bez granic, rozlewającą się nibynóżkami w najmniej spodziewanym kierunku, wypełniającą załomy i chaszcze niezliczonych światów we wszechświecie. Tu nie ma drogi na skróty. W pierwszej kolejności trzeba odczytać niepowtarzalny czas (kairos) swojego nawiedzenia. Najlepszą ilustracją będzie przywołanie historii starotestamentowego Izraela, który często rozmijał się (nie rozpoznawał) chwili swojego spotkania z Jahwe. Aczkolwiek (i chyba najważniejsze), żeby właściwie odcyfrować pozasłowne oświecenie, ziarno dobyte z praźródeł musi paść na podatny grunt chłonnej i eterycznej istoty.

W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód…

Tak rozpoczyna się podróż w magiczny klimat olśnienia marzeniem, stanowiący swoisty interior magnetyzujących labiryntów słownych. Każdy, kto zasmakuje, kto wejdzie we właściwy tryb somnambulicznej percepcji świata, tego pochłoną źródła, przyczynki do całkiem nowych konstrukcji dziecięcych fascynacji. W moim przypadku stało się tak za sprawą literackiego dzieła autora nieodmiennie związanego z miastem wymienionym w nagłówku niniejszego artykułu. Powinienem więc uściślić tytułową deklarację. Kiedy mówię Drohobycz, myślę Bruno Schulz. W mojej świadomości to dwa nierozerwalnie powiązane z sobą elementy. Wręcz przenikające się, stanowiące słowa-klucze do mozaiki skojarzeń i interpretacji. Choć w następnych latach pojawiło się wiele innych, inspirujących lektur, to spotkanie z twórczością klasyka z ulicy Floriańskiej (obecnie Jurija Drohobycza) stanowi cezurę i punkt odniesienia dla wszelkich prób porządkowania zamętu otaczającej rzeczywistości.

Ilekroć wspominam jego osobę, mam przed oczami zdjęcie z 1937 roku. Przedstawia grono profesorów gimnazjum Władysława Jagiełły. Twórca „Sklepów cynamonowych” stoi pośrodku, w drugim rzędzie. Drobny, niski, niepozorny… Jak gdyby dla żartu ustawiony obok mężczyzny o ogromnej posturze, sprawia wrażenie wystraszonego ptaszka (proszę wybaczyć mi porównanie). Cały Schulz! Nawet swoją aparycją i postawą życiową prowokujący członków lokalnej społeczności do drwin. Pośród nauczycieli – ostatni z ostatnich. Ratujący się opowiadaniem bajek, aby przywołać do porządku rozwrzeszczaną, krnąbrną, uczniowską czeredę. Autor dziwacznych rysunków i niezrozumiałych dla szerszej publiczności książek. Ot, Schulz! Ot, cudak! Chodzący pod ścianami ze spuszczoną głową. Niezbyt urodziwy, o podejrzanych skłonnościach erotycznych. Równie dobrze mogłoby go nie być. Jeśliby nagle zniknął spośród poukładanej społeczności – żadna strata. Wszak niby jest, a go nie ma. Po prostu, aż drażni swoim wycofaniem.

Dramat cichego, skromnego geniusza odstającego od norm uświęconych przez małomiasteczkową wspólnotę, nastawioną na zysk, karierę i podziw. Gdzie ze sprytnego bogacenia uczyniono cnotę. Samotność porażająca, wysysająca energię witalną do granic rozpaczy. Do tego nielubiana praca, odrywająca od jedynego w swoim rodzaju powołania, wykonywana tylko po to, aby podtrzymać funkcje życiowe organizmu. Pisarz, który zamiast oddać się twórczej kreacji, zmuszony jest rozdrabniać cenny czas poślednim zajęciem. Podatny na depresję i całym sobą odczuwający ból istnienia.

Los Bruno Schulza jest aktem oskarżenia wobec świata! Bo wielu jemu podobnych doświadczało i doświadcza podobnego nieszczęścia. A ilu zostało stłamszonych, wdeptanych w glebę powszechności? To oczywiście pytanie retoryczne.

Wróćmy do wspomnianego zdjęcia. Patrzę na zastygłe w kadrze twarze ludzi. Zastanawiam się bez cienia złośliwości. Kto (poza wąską grupą znawców) pamięta choćby z imienia i nazwiska o uśmiechniętych, pięknych dziewczynach i przystojniakach z ostatniego rzędu? Kto wymieni, jak się nazywali siedzący, nobliwi kapłani i profesorzy z pierwszego (jeden z nich pysznie i dumnie wypina brzuch)? Kto wspomni towarzyszy stojących pośrodku obok drohobyckiego pisarza? Gdzie się podziało ich samozadowolenie i pogoda ducha? Tak, tak, z nich wszystkich ostał się tylko ten potulny, „szary” Schulz. Aż ciśnie się na usta ewangeliczne stwierdzenie, te o ostatnich, którzy zostaną pierwszymi. Choć wcale nie chodzi mi tu o żadną satysfakcję i hierarchię ważności. Raczej o pewną koszmarną zasadę, jaką kieruje się nasz świat.

Tymczasem Bruno Schulz ze swoim skromnym (około 700 stron druku) dorobkiem literackim, zawładnął wyobraźnią czytelników na całym świecie. Niemożliwym jest zliczyć wydań, przekładów, opracowań i sztuk ukazujących się na temat jego twórczości. Próby ekranizacji, przedstawienia teatralne, happeningi, festiwale, wszystkie te przedsięwzięcia nadal przypominają, że inwencja twórcza autora „Sanatorium pod klepsydrą” na zawsze pozostanie niezgłębiona, uniwersalna i ponadczasowa. Cokolwiek bym o niej napisał, zawsze będzie za mało.

W tym miejscu warto nadmienić o niesamowitym, ukazującym się w Gdańsku kwartalniku „Schulz/Forum”. Ta uniwersytecka publikacja w każdym numerze potwierdza, że schulzowska tematyka jest niewyczerpana i ciągle pojawiają się nowe fakty czekające na wyśledzenie. Niedawno świat schulzologów obiegła prawdziwie ekscytująca sensacja. Otóż pani Łesia Chomycz – badaczka z Drohobycza, wertując przedwojenne egzemplarze „Świtu”, pisma urzędników naftowych w Borysławiu, odnalazła nieznany tekst Bruno Schulza pt. „Undula”. Odkrycie tegoż opowiadania opublikowanego w 1922 roku, poza wartościami artystycznymi przyczyniło się również do skorygowania opinii na temat początków pisarskich bohatera niniejszego artykułu. Mianowicie pozwoliło cofnąć o dekadę jego debiut literacki. Z tego, co wiem, „Undula” doczekała się już tłumaczeń na języki obce, np. hiszpański… i (dodam na marginesie) tchnęła we mnie nadzieję na odnalezienie „Mesjasza” – legendarnego, zaginionego rękopisu powieści. Zatem chwała odkrywcom i niezłomnym tropicielom! Chwała Jerzemu Ficowskiemu bez którego mecenatu, nie wiadomo jak potoczyłaby się pośmiertna „kariera” Bruno Schulza!

Tak… pośmiertna. Minie zaledwie pięć lat od wykonania rzeczonej fotografii, a kula wystrzelona przez nazistowskiego bandytę (jego nazwisko nie jest warte wspomnienia) postawi końcową kropkę na życiu najwybitniejszego, polskojęzycznego literata. Często się zastanawiam, jak potoczyłby się dalsze losy autora „Drugiej jesieni”, gdyby przeżył wojnę. Co do jednego jestem pewny. Bruno Schulz byłby stuprocentowym, polskim kandydatem do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury!

Zresztą, jaka pośmiertna? Nie! Kajam się i cofam słowa z poprzedniego akapitu. Przecież Bruno Schulz żyje, a jego ocalałe dzieło nadal skłania do kojącej dreszcze egzystencji mityzacji rzeczywistości! Do „wędrówki sceptyka” gdzie splątany gąszcz traw, chwastów i bodiaków buzuje w ogniu popołudnia. Wówczas, o ile poddamy się nurtowi cofniętego (zawieszonego) czasu, zrozumiemy, iż rzecz sprowadza się do prostego relatywizmu, a śmierć wielkiego Brunona nie doszła do skutku, ta śmierć, która go w naszej ojczyźnie dosięgła. Realność „trzynastego miesiąca” staje się oczywista, a stamtąd już blisko do jasnego splendoru „genialnej epoki”.

Rok obecny jest ze wszech miar jubileuszowy. Przypada w nim 130 rocznica urodzin „zawiadowcy gabinetu rysunkowego”, a zarazem 80 rocznica śmierci (oczywiście tej pozornej, ziemskiej). Z tej okazji senat Rzeczpospolitej Polskiej przyjął uchwałę w sprawie ustanowienia 2022 Rokiem Brunona Schulza. W uchwale określono Schulza „jako człowieka o niezwykłej wyobraźni, inteligencji i kreatywności, artysty o żydowskich korzeniach, który trwale zapisał się na kartach polskiej literatury”. Nie można pominąć jeszcze jednego jubileuszu, który uświadomiłem sobie w trakcie pisania tego artykułu. Otóż według ostatnich ustaleń w tym roku minie dokładnie 100 lat od debiutu literackiego autora „Unduli”.

Rzeczywistość właściwie nie istnieje. Jest tylko jedna prawda i rzeczywistość, ta stworzona przez artystę… Owo specyficzne stwierdzenie, które według relacji Andrzeja Chciuka pochodzi od Schulza, niejako potwierdza inny wielki, polski pisarz – Jerzy Pilch. Powiada on: ważniejsze to, co napisałem, a nie, jak było naprawdę. Z kolei Olga Tokarczuk w swoich rozważaniach o Krainie Metaksy opowiada o fikcji, która jest jakimś rodzajem prawdy. Prawdy wykraczającej poza fakty i wydarzenia, odwołującej się bezpośrednio do naszego ich doświadczania. To, co wyobrażone stanowi pierwsze stadium istnienia przyjmując status realności nadzwyczajnej. Mit nigdy się nie wydarzył, ale trwa zawsze – podsumowuje noblistka. Dlatego funkcją literatury jest regeneracja pierwotnych mitów – uzupełnię, powołując się na „Słownik schulzowski”.

Schulzowska mityzacja rzeczywistości, której rezultatem (i zapisem) są jego opowiadania, jej wielopoziomowość i hipnotyzująca głębia, pozwala zajrzeć pod podszewkę świadomości. Zanurzyć się w czeluściach mnogich sensów, które w wyniku niespodziewanych permutacji wciąż i wciąż otwierają kolejne drzwi poznania. Dlatego, ilekroć sięgam po „Sklepy cynamonowe” oraz „Sanatorium pod klepsydrą” nie mogę się oprzeć wrażeniu, że paradoksalnie, znów czytam te książki po raz pierwszy w życiu. Bruno Schulz, ten natchniony architekt wyobraźni, operujący bukietem fenomenalnych środków artystycznych, z profetyczną mocą ingeruje w duszę odbiorcy, by w sposób nadprzyrodzony tworzyć wciąż nowe światy. Upraszczając: sens zawarty w dziele, ujawnia się poza nim. Na tym polega potęga tej prozy, która wciąż trwa w ustawicznym rozwoju. W ten sposób galicyjski artysta pokonał śmierć.

Reasumując, pozwolę sobie na małą, krotochwilną dygresję. Kiedy tylko widzę osobę pochyloną nad dorobkiem Brunona Schulza albo ściskającą w dłoni egzemplarz jego książki, myślę sobie z nutką życzliwego ukontentowania: oho, to zapewne jakiś dorastający do dzieciństwa drohobyczanin… znaczy się, krajan, ziomek, brat…

Piotr Prokopiak

pisarz, członek Związku Literatów Polskich

(Szczecinek, województwo Zachodniopomorskie)

Tekst ukazał się w nr 1 (389), 17 – 31 stycznia 2022

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X