Pieczenie na wojennym ogniu rys. pixabay.com/pl

Pieczenie na wojennym ogniu

Na pytanie, czy stoimy u progu wojny, którą Rosja rozpęta na Ukrainie, a która ogarnie kolejne państwa i przerodzi się w szeroko zakrojony konflikt, nikt nie odpowie dziś w wiążący sposób. Brak dostępu do najcenniejszych w tej sytuacji danych wywiadowczych uniemożliwia rzetelną ocenę sytuacji, zatem każda próba prognozowania jej rozwoju w pewnym sensie skazana jest na niepowodzenie. Nikt nie wie, ale wielu spekuluje, czy Rosji zależy na zajęciu całego obszaru Ukrainy, opanowaniu korytarza prowadzącego na Krym, czy jej wojska wejdą „tylko” do już ogarniętych konfliktem zbrojnym separatystycznych republik Donbasu. Niewielu też pewnie zastanawia się, jakie jeszcze korzyści można przy tym zyskać.

Jedną z nich miało być, podkreślane przez wielu analityków, rozbicie jedności zachodniego świata, która szybko okazała się wybrakowana – tu na tle dość zgodnej postawy wielu państw zdecydowanie wyróżniają się Niemcy. Dla nich odcięcie od rosyjskich dostaw gazu i zablokowanie Nord Stream 2, przedstawianego przez Berlin jako element współpracy gospodarczej, a nie gry politycznej, będzie znaczącym problemem. Zamknięcie elektrowni jądrowych i wygaszanie węglowych zmusza Niemcy do zabezpieczenia dostaw gazu, a te w znacznej mierze, pochodzą właśnie z Rosji. Stąd też wynikała niechęć tamtejszych decydentów wobec rozważanego zablokowania Rosjanom dostępu do systemu rozliczeń finansowych SWIFT, ale przede wszystkim szeroko komentowano odmówienie Ukrainie wsparcia militarnego.

Źle przyjęto ominięcie niemieckiej przestrzeni powietrznej przez brytyjskie samoloty transportowe z pomocą wojskową dla Ukrainy oraz niemiecką blokadę dostaw broni z Estonii na Ukrainę, choć był to sprzęt wcale nie najnowszy: haubice były przed laty częścią wyposażenia Armii Ludowej NRD. Powołując się przy tym na doświadczenia historyczne i tłumacząc, że skuteczniejsze powinny okazać się naciski gospodarcze, niż przekazanie broni, niemieccy politycy ustawili się po stronie potencjalnych zwolenników porozumienia z Moskwą, a przynajmniej tak interpretowane są ich decyzje. W tym kontekście zapowiedź rozważania wszystkich opcji działania, gdyby doszło do ataku na Ukrainę, odczytywana jest jak czysto dyplomatyczna deklaracja, za którą prawdopodobnie nie pójdą realne poczynania. Natomiast pomysły przekazania Ukraińcom w lutym bieżącego roku kompletnego szpitala polowego, czy przesłania nad Dniepr 5000 hełmów, zabrzmiały jak ponury żart, niestosowny w obecnej sytuacji. Tym bardziej, że Niemcy nie stronią od handlu bronią z takimi krajami, jak Egipt.

Gdy dodać do tego wypowiedzi, które trudno określić mianem „niefortunnych”, takie jak wiceadmirała Schönbacha, mówiącego o zrozumieniu dla polityki Putina oraz pewności, że Krym nigdy nie powróci do Ukrainy, czy też szefa CSU Markusa Södera, który wykluczył możliwość wejścia Ukrainy do NATO w bliskiej przyszłości i zanegował sens sankcji wobec Rosji, trudno dziwić się opiniom, że niemiecka polityka „współgra z rosyjską propagandą” i wpływa negatywnie na relacje dwustronne.

Kijów nie kryje już dziś swojego rozczarowania postawą sojusznika i nawet dymisja dowódcy niemieckiej marynarki nie wpłynie znacząco na zmianę opinii Ukraińców. Działania Berlina zostały określone przez komisje parlamentarne ds. integracji europejskiej i spraw zagranicznych mianem nieodpowiedzialnych i krótkowzrocznych, a to, co bywa nazywane polityką ustępstw, jest zdaniem Ukrainy zachętą do wojny.

W tej sytuacji słowa prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który dowodzi, że Europa „jest całkowicie zjednoczona”, nie brzmią wiarygodnie, a wezwanie do dialogu z Rosją rodzi obawy o to, że apel ten ma drugie dno. W Polsce nietrudno jest znaleźć wypowiedzi dowodzące, że Paryż stanie po stronie Berlina i od Francuzów nie należy spodziewać się zdecydowanej reakcji na poczynania Kremla. Tym samym słabnie przekonanie Polaków o skuteczności tak Unii Europejskiej, jak i NATO, podważany jest sens członkostwa w strukturach, które postrzegane są jako niezdolne do zapewnienia swoim partnerom bezpieczeństwa. Liczne są także opinie poddające w wątpliwość wywiązanie się z podobnych zobowiązań wobec państw znajdujących się w strukturach Paktu Północnoatlantyckiego, przy czym przywoływana jest sytuacja z września 1939 roku, kiedy to Polska otrzymała zaledwie symboliczne wsparcie.

Negowanie sensu istnienia UE i NATO i głosy mówiące, że Zachód gotów jest poświęcić Ukrainę, są niewątpliwie sukcesem Rosji. Przy tej okazji w polskiej przestrzeni medialnej i wirtualnej pojawił się jeszcze jeden wątek, w zasadzie nie nowy, bo powracający dość regularnie, jakim są wezwania do zaniechania współpracy z Ukrainą.

Gdy 27 stycznia Sejm RP podjął uchwałę w sprawie solidarności z Ukrainą i zaapelował do rządów państw NATO i Unii Europejskiej o udzielenie wsparcia państwu znajdującemu się w obliczu wojny oraz o stanowczą reakcję wobec agresji ze strony Rosji, z miejsca pojawiły się pytania, czy „tranzyt kolejowy już UA uruchomiła dla Polski?”. Część internautów skupiła się na kwestiach, które na pewno nie są dziś pierwszoplanowe, ale bez wątpienia są probierzem nastrojów społecznych, poglądów, a szerzej: siły oddziaływania propagandy.

Wśród tych tematów dość nieoczekiwanym była rzeczona sprawa sporu transportowego między Polską a Ukrainą, trwającego od 30 listopada 2021 roku. Wtedy to koleje ukraińskie zakazały przewozu przesyłek nadawanych do Polski tranzytem przez terytorium Ukrainy z i do wskazanych piętnastu państw. Polskie Koleje Państwowe uznały, że to działanie sprzeczne z międzynarodową konwencją Umowy o Międzynarodowej Kolejowej Komunikacji Towarowej i dwustronnymi porozumieniami w zakresie transportu kolejowego. Specjaliści orzekli, że to jeden z największych kryzysów w dziejach stosunków gospodarczych obu państw i dodali, że Ukraina próbuje w ten sposób wymusić na Polsce zwiększenie kontyngentu zezwoleń na przewozy samochodowe.

W komentarzach do tych wypowiedzi z rzadka pojawiały się wyrazy przekonania, że stanowisko strony polskiej wynika z prób storpedowania ukraińskiej konkurencji, przeczy temu, że jesteśmy sojusznikiem Ukrainy i jeśli w ten sposób będzie się ją wspierać, to już wkrótce negocjować będziemy w Moskwie, a nie Kijowie. Częściej anonimowi komentatorzy deklarowali nadzieję, że „Rosja zrobi porządek z Ukrainą”, zajmie jej terytorium, a wtedy, w jakiś niepojęty sposób, Polacy wezmą sobie Lwów.

Być może pobrzmiewają w tym echa propozycji, jaką w 2014 roku złożył Polsce, Węgrom i Rumunii Władimir Żyrinowski, a może to wyraz wyższości i nieuzasadnionych niczym roszczeń, ale czegokolwiek byśmy tu nie powiedzieli musimy pamiętać, że przede wszystkim jest to efekt propagandy i dezinformacji, której celem jest wybudowanie muru między Ukrainą i Polską.

Trudno uwierzyć, że nagle Polacy stali się ekspertami w dziedzinie transportu, czy szerzej, ekonomii, tymczasem algorytmy w mediach społecznościowych podsuwają użytkownikom treści, które, opatrzone negatywnymi komentarzami, tworzą atmosferę, w jakiej wręcz zasadne stają się pytania o to, czy Ukraińcy są aż tak niewdzięczni, a może nierozsądni (bo przecież i oni na konflikcie tracą) i wreszcie czy w ogóle powinniśmy stawać po ich stronie. Jeśli dodać do tego wzmianki o Deutsche Bahn przejmującym kontrolę nad ukraińskimi kolejami i działającym na niekorzyść Polski coraz bardziej prawdopodobnym się staje, że ktoś celowo podsyca animozje, sprawia, że wśród Polaków narasta syndrom oblężonej twierdzy i jedynego uczciwego kraju pomiędzy zdrajcami, a przede wszystkim coraz więcej osób poddaje w wątpliwość dotychczasowe sojusze.

Nie warto pomagać Ukrainie, skoro przez tamtejszych decydentów traci nasz biznes. Nie należy wspierać kraju, w którym rządzą banderowcy. Lepiej, by Rosjanie zajęli państwo, które nie pomaga mniejszości polskiej, a wręcz ją dyskryminuje, nie zezwala na ekshumacje, głosi „nieskrępowane roszczenia terytorialne” i nie przeprosiło za Wołyń. Coraz powszechniejsze komentarze, często pisane z fałszywych, opłacanych kont, głoszą, że „Ukraina to taki kłopotliwy sąsiad”, który z czasem może wzrosnąć w siłę i zaatakować Polskę. „W przypadku konfliktu Polska powinna zająć część Ukrainy jako strefę buforową i rozdać broń cywilom w wieku poborowym” – pisze internauta, a inni mu sekundują.

Rosja z kolei przedstawiana jest jako kraj, który nie ma nic wspólnego ze spuścizną Związku Radzieckiego, za to mogący uchronić Polaków przed sąsiadowaniem z „mocno uzbrojonym” wrogiem. Z kolei Moskwa, w przeciwieństwie do Kijowa, zdaniem internetowych aktywistów, nie ma żadnych powodów, by zaatakować Polskę. Wręcz może ją uratować „dobijając nacjonalizm faszystowski”. „Czas dogadać się z Rosją” – pisze ktoś deklarujący, że jest mieszkańcem Lublina, a jego słowa nie spotykają się z żadną krytyką.

Takie bezrefleksyjne powtarzanie kremlowskiej propagandy to pieczeń, która smaży się już od lat, ale teraz nabiera wyjątkowego smaczku. Powtarzając, że Krym był „od zawsze” rosyjski, dajemy sobie prawo do pretensji wobec dawnych Kresów wschodnich. Mówiąc, że Ukraina nie jest żadnym państwem, bo ma za sobą raptem trzydzieści lat niepodległości, negujemy prawo do niezależności Pribałtyki i wpisujemy się tym samym w narrację Kremla. Twierdząc, że to NATO będzie winne wojnie z Rosją, użyźniamy grunt, na którym z czasem wyrośnie pokolenie żądające pozablokowości.

Rosja nie tylko gra dziś wojną konwencjonalną, ale przede wszystkim toczy walkę na froncie wojny informacyjnej. Niby wszyscy o tym wiemy, a chyba jednak zapominamy, koncentrując uwagę na liczbie wojsk i politycznych przepychankach.

29 stycznia służba prasowa rosyjskiego Zachodniego Okręgu Wojskowego podała informację, że sprawdzian gotowości bojowej wojsk lądowych i lotniczych, jakim były ćwiczenia prowadzone m.in. w regionach graniczących z Ukrainą, dobiegł końca i wojska wracają do miejsc stałej dyslokacji. Polskie media nie nagłaśniały tej sprawy, aby znaleźć wzmiankę na ten temat trzeba było skrupulatnie przeszukać Internet. Może dziennikarze podeszli do doniesień cytowanych przez Interfax z daleko idącym sceptycyzmem? Może nie chcieli robić nikomu złudnych nadziei?

A może wojna jest tematem, który lepiej podgrzewać? Podobnie jak pieczenie, które skwierczą na wojennym ogniu.

Agnieszka Sawicz

Tekst ukazał się w nr 2 (390), 31 stycznia – 14 lutego 2022

Prof. dr hab. Agnieszka Sawicz pracuje na Wydziale Historycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, a z Kurierem Galicyjskim współpracuje od 2009 r. Zajmuje się historią współczesnej Ukrainy, polityką rosyjską i z pasją śledzi wszelkie fałszywe informacje. Lubi irlandzką muzykę, gorzką czekoladę i górskie wyprawy. Od 2013 r. jest też etatową wiedźmą, autorką ukazujących się w wirtualnej przestrzeni „Zapisków Wiedźmy”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X