Rycerze Niebiańskiej Sotni

Rycerze Niebiańskiej Sotni Zona i córki Andrija Dygdałowicza (fot. Grażyna Myślińska)

Bohaterowie nie umierają – ale zostawiają najbliższych: rodziców, żony, dzieci.

Materiały do tego reportażu zbierałam w marcu 2014 roku. Jeszcze trwała żałoba i nie obeschły łzy na twarzach. To były trudne dla obydwu stron spotkania. Z większością moich rozmówców utrzymuję kontakt do dziś. Czas powoli goi rany, życie toczy się dalej. Tekst zostawiam jednak w wersji, w jakiej wtedy powstał. Niech będzie zapisem tamtych dni.

Dygdałowicz będzie miał memoriał
Koledzy Andrija Dygdałowicza z położonych na granicy Lwowa Sokolnik chcą zrobić memoriał piłkarski jego imienia. Andrij był przez lata bramkarzem. Ostatnio grał w drużynie weteranów. – Był świetnym bramkarzem – wspomina Petro Sałahaj, kolega z boiska, dyrektor jednej z największych na Ukrainie drukarni prasowych. Nawet jako weteran był nie gorszy od bramkarza pierwszego składu.

Dygdałowicz miał jeszcze jeden talent – był mistrzem w gotowaniu kuliszu (kulisz, kulesz) to kozacka potrawa. Gotuje się go w wielkim kotle nad ogniskiem. Głównymi składnikami są kasza i mięso – aut.). Przed treningiem lub meczem Andrij rozpalał ognisko i nastawiał kulisz w wielkim kotle na trójnogu. – Po meczu gromadziliśmy się przy ogniu i gadaliśmy o wszystkim. To była nasza tradycja – Lubomir Bek, kolega z drużyny uśmiecha się z rozrzewnieniem. Bek, emerytowany szef lwowskich wodociągów, zdrowie pozostawił w Czarnobylu, gdzie jako oficer wojsk chemicznych likwidował skutki wybuchu reaktora. Z futbolu jednak nie zrezygnował.

Sokolniki żyją futbolem. Z boiska, na którym grają sokolniccy weterani, widać zbudowany na Euro 2012 stadion Arena Lwów. Juniorzy miejscowego klubu Sokoł w sezonie 2012/2013 zostali mistrzami obwodu lwowskiego. – Jest sprawą oczywistą, że najlepszym upamiętnieniem naszego Andrija będzie duży turniej piłkarski jego imienia – kwituje wójt Michał Krysa.

– Na Majdan zaprowadziły go geny – nie ma wątpliwości żona Andrija Natalia. Z dwóch braci jego babki, Izydor Butkowski, ksiądz grekokatolicki, 25 lat przebywał w sowieckich łagrach. Drugi, Iwan Butkowski, pułkownik UPA, w 1947 roku razem ze swoją sotnią przedostał się do Bawarii. Zmarł w Monachium.

Pobrali się w sobotę, 29 lutego 1992 roku. Ludzie mówili, że to zła wróżba. – Nie zwracaliśmy na to uwagi – wspomina Natalia. – Młodzi byliśmy, Andrij miał 19 lat. Wysoki, przystojny, wysportowany. W rok później urodziła się Andrijana. Druga córka, Nastia przyszła na świat 9 lat później. – Po ślubie postawiłam warunek – albo ja, albo piłka! A on na to: Natalia, jak to tak? Przecież i ty, i piłka. I tak zostało.

Interesował się historią. Wolał kupować książki, nie ubrania. Mawiał: po co mi druga kurtka? Lepiej kupić nową książkę. Znał na pamięć chyba wszystkie ballady Wysockiego. Gdy Andrijana podrosła, spróbowali prowadzić wesołe miasteczko. Ciągle w drodze. Najgorsze były łapówki, które trzeba było płacić urzędnikom za zezwolenia. I ciągłe zginanie karku. Tego nie mógł znieść. Któregoś dnia powiedział: wystarczy; będę pracował na budowach, a ty Natalio, będziesz siedziała w domu.

Na początku grudnia 2013 roku pojechał do Lwowa. Natalia dobrze pamięta ten dzien. Mówił że na godzinę. No i prawda, na lwowskim Majdanie dłużej nie był, bo odjeżdżał busik do Kijowa i Andrij do niego wsiadł. Tam go sprawdzili. A on w Pomarańczowej Rewolucji był u Parubija, więc Parubij go wziął do Afgańskiej Sotni, gwardii Majdanu. Od innych różnili się czerwonymi kamizelkami. Z daleka było ich widać.

– Na pierwszy „urlop” przyjechał przed Bożym Narodzeniem – Natalia gorzko się uśmiecha. – Gumowa kula prawie pozbawiła go prawego oka. Kurtka rozerwana, nie nadawała się do reperacji. Chodzić nie mógł. Nogi miał sine. Berkutowcy bili po nogach, bo tam nasi chłopcy jeszcze nie mieli osłon. Lekarze robili co mogli, ale 80 procent wzroku w prawym oku stracił. Doszedł trochę do siebie i znowu wyjechał do Kijowa. – Boję się o tych młodych chłopców na Majdanie – powiedział. – Oni zapalczywi są.

Medal „Za obronę Euromajdanu” mieli mu wręczyć za życia, rankiem 20 lutego. Miał być jednym z pierwszych odznaczonych, legitymacja ma numer 05. Już mają go dekorować, gdy padają strzały. Z przodu krzyczą, że chłopak ranny, wołają pomocy. Andrij mówi – poczekajcie chwilę, jeszcze nie zasłużyłem. I idzie tam, skąd słychać wołanie.

Andrijana i Nastia, córki Andrija, wciąż patrzą na ostatnie chwile życia ojca. Dzięki nagraniu umieszczonemu na YouTube, znają na pamięć każdy jego ruch. Widać jak osłonięty metalową tarczą idzie ku rannemu, jak przywołuje kolegę, a później pada na ziemię.

– Nie mogłam go powstrzymać – usprawiedliwia się Natalia. – Nie taka jest rola żony. Kobieta może doradzać, ale nie może decydować. A on decyzję podjął słuszną.

– Nie zostawimy rodziny Andrija samej sobie – deklaruje wójt. – Pomagamy jak możemy. Na razie najpilniejsze – wyremontujemy dach na domu, przecieka. Rada gminy już postanowiła podarować córkom działkę w środku wsi i wybudować tam dom.

Nazar Wojtowicz będzie miał szkołę
Pokój Nazara Wojtowicza wygląda tak, jakby chłopak właśnie przyjechał ze szkoły do domu. Na biurku z komputerem leży komórkowy Samsung, mazaki, pędzelki, terpentyna do gruntowania płótna, tuba z rysunkami. W lewym rogu pokoju duże łóżko przykryte narzutą w niebieskie róże. Naprzeciw sztalugi z nieukończonym obrazem z martwą naturą. Tuż obok kolekcja staroci: drewniana kierzanka do ubijania masła, zaśniedziały prymus, patefon. Na parapecie książka: Jurij Gorlis Gorski „Zimny jar”. Wydana po raz pierwszy w 1937 roku, opowiada o walce Ukraińców o niepodległe państwo po I wojnie światowej. Była tak popularna, że w oddziałach towarzystwa „Proswita” odbywały się jej publiczne czytania. Nazar skończył czytać na stronie 17. Na regale przy drzwiach skoroszyt z genealogią rodziny i zdjęcia zakrwawionego Nazara na Majdanie.

Do tego pokoju wchodzi tylko ojciec.

– Nazar żył historią i malowaniem – mówi.

Jednego go mieli.

Nauczycielka rysunku i malarstwa Tatiana Panczenko i matka jego przyjaciela z podstawówki wiejska bibliotekarka Natalia Kuzina niezależnie od siebie powiedziały: nie można go było nie lubić. Natalia dodała jeszcze, że pożerał książki historyczne. – Może był za młody, żeby rozumieć, czym jest miłość do ojczyzny, ale często mówił, że boli go niesprawiedliwość i to, jak władza pomiata własnym narodem.

Na pomiatanie był wrażliwy. Dziadkowie ze strony matki i ojca doświadczyli tego aż nadto dotkliwie. Do 1945 roku mieszkali w Polsce w powiecie lubaczowskim i pod Przemyślem. Byli obywatelami polskimi narodowości ukraińskiej. Mieli własne gospodarstwa. Po wojnie, bez pytania o zdanie, sowieci przesiedlili ich pod Zbaraż do wsi, której mieszkańców wywieziono z kolei do Polski. Zamiast ziemi dostali etaty w spółdzielni.

Panczenko przypomina sobie, że w pracach Nazara niezależnie od tego, czy to była fotografia, rysunek, czy obraz zawsze znajdowały się motywy patriotyczne. Zapamiętała piękne zdjęcie czerwonej kaliny, stylizowany rysunek tryzuba, portret Kozaka.

Od rodziców miał kategoryczny zakaz wyjazdu do Kijowa. Długo był posłuszny. Gdy zaczęli ginąć ludzie, a nad Majdanem zawisła groźba likwidacji, nie wytrzymał i wsiadł do autobusu z ochotnikami. Dotarł rankiem 20 lutego. Nie zdążył się nawet zarejestrować. Z ulicy Instytuckiej krzyczeli o pomoc. Pobiegł. Kula trafiła go w oko. W Niebiańskiej Sotni jest najmłodszy. I będzie chyba najmłodszym patronem szkoły na całej Ukrainie.

Mama Ustyma Holodniuka Ira, ze zdjeciem syna (fot. Grażyna Myślińska)

Ustym Hołodniuk ma sotnię
W historii Majdanu, dzięki polskiej telewizji, Ustym zapisał się jako chłopiec w błękitnym hełmie. Był na Majdanie od 22 listopada. Po tygodniu przyjechał na krótko do domu z sinymi od pałek plecami i dwunastoma szwami na głowie. Na wyrzuty ojca odparł – tato, a jak ty jechałeś na pomarańczową rewolucję, to pytałeś rodziców o zgodę?

Drugi raz wpadł do domu w Wigilię Bożego Narodzenia. – Bardzo był już zmieniony – opowiada ojciec. – Zmężniał. Na głowie miał osełedec (wąski kosmyk włosów na czubku ogolonej głowy, noszony przez Kozaków zaporoskich – aut.). Mówię: synu, ty wiesz, że osełedec nie każdy może nosić, tylko prawdziwy wojownik? – Tato, ja już bojowy chrzest przeszedłem, zasłużyłem. – Nie wiedziałem, że kilka dni wcześniej na piersi wybuchł mu hukowy granat. Nieprzytomnego Ustyma z pola walki wyciągnęła koleżanka z jego sotni Alona. Posiedział dwa tygodnie, zaliczył zimową sesję egzaminacyjną i w poniedziałek 20 stycznia znowu pojechał na Majdan. Tam było coraz goręcej.

W połowie lutego Hołodniuk senior, urzędnik państwowy, napisał do zwierzchnika podanie o urlop lub zwolnienie. – Narastał we mnie straszny niepokój. Musiałem być koło Ustyma, niezależnie od konsekwencji – wyjaśnił. Dostał urlop.

Ostatni raz wiedzieli się na Majdanie w nocy z 19 na 20 lutego. Każdy szedł do swoich zadań. – Pocałowałem go w tę kozacką czuprynkę, musiał się pochylić, wysoki był, wyższy ode mnie – wspomina ojciec. – O 10:20 dostałem telefon, że Ustym nie żyje. Pobiegłem do hotelu Ukraina, tam ściągali rannych i zabitych. Leżeli pokotem w hotelowym holu. Ustyma poznałem po niebieskim hełmie. Twarz miał zmasakrowaną. Usiadłem z wrażenia. O dwa metry dalej lekarze operowali rannego. Krew była wszędzie.

W telefonie syna znalazł smsa, którego nie zdążył wysłać do narzeczonej: „Niewolników do nieba nie wpuszczają”. Ostatni wpis z notesu Ustyma to strofa wiersza: „Nas biut, no my idiemo, vilni my rodylys, vilni my pomremo (biją nas, ale my idziemy, rodziliśmy się wolni i wolni umrzemy – aut.).

Nie ma dnia, żeby nie wracał myślą do tamtego poranka 20 lutego. – Jako oficer milicji z wieloletnim stażem, wiem jedno: to była starannie przygotowana zasadzka. Dowodzący akcją musieli być przekonani, że zastrzelenie kilkunastu ludzi z pierwszej linii sprawi, że reszta wpadnie w panikę i ucieknie. Nie przewidzieli, że tłum zgęstnieje i pójdzie naprzód.

O Juriju Galendzie z Zarudzia, komendancie Sotni Tarnopolskiej na Majdanie, Ustym mówił: „mój majdanowy ojciec”. Galenda został ciężko ranny w przeddzień śmierci Ustyma. Beruktowcy nogi położyli mu na krawężniku, korpus na trotuarze i skakali, żeby połamanych nóg nie dało się złożyć. Nie docenili ortopedów ze szpitala we Wrocławiu. Tam gdzie nie dało się złożyć kości, lekarze powkładali tytanowe gwoździe i Galenda ma szanse chodzić. Na wspomnienie o Ustymie Galenda płacze. – To mój największy ból, że ten chłopiec zginął. Może gdybym był na miejscu tego dnia, on by ocalał.

Matka Ustyma krzyczała tylko wtedy, gdy do rodzinnego domu przywieźli zwłoki syna. Cały Zbaraż wyszedł na spotkanie. Ludzie stali w szpalerze ze świecami, krzyczeli „Sława”, płonęły znicze na chodnikach. Szły dziewczyny i chłopcy z jego 38. Sotni, którą nazywali 38. Sotnią Ustyma Hołodniuka. To wtedy, gdy zobaczyła odkrytą trumnę, a w niej białego jak papier Ustymka, z jej piersi wyrwał się krzyk.

– Tak może krzyczeć tylko matka, której zamordowali syna – wspomina Alona Stadnik „Śnieżnobiała”, z 38. Sotni, która w grudniu wyciągała nieprzytomnego Ustyma z pola walki. – Ten krzyk rozrywał duszę. Wolałabym umrzeć niż tego słuchać – ale ja wciąż żyłam, a Ustym był martwy.

Czas przemknął w mgnieniu oka.

– Nie zauważyłam kiedy dorósł – dziwi się matka. – Tak niedawno szykowałam go do pierwszej klasy, pierwszej komunii. Zdaje się, że wczoraj tu siedział i czytał „Władcę pierścieni”. Kiedy miał 12 lat zaczął lepić z plasteliny kozaków. Miał cały chutor malutkich, precyzyjnie ulepionych ludzików z chatami.

Na grobie Ustyma stanie kozacki krzyż i mała barykada, która przypomni o miejscu, w którym zginął. Rada Miejska w Brzeżanach jednogłośnie przyznała Ustymowi tytuł honorowego obywatela.

Ola Ilkiv z rodzicami i córką (fot. Grażyna Myślińska)

Bohdan Ilkiw ma grób na Cmentarzu Łyczakowskim
W czasie Wielkiego Postu w Szczercu co niedzielę odbywała się procesja Drogi Krzyżowej. Trasa wiodła obok dwóch domów: tego, w którym urodził się Ilkiw, i tego, w którym mieszkał z żoną i teściami. Jesienią 1983 roku 21-letni wówczas Bohdan zainteresował się Olą. Był już po służbie wojskowej. Pracował jako pomocnik maszynisty u wujka, starego kolejarza. – Wielu chłopców zabiegało o moje względy – wspomina Ola, wdowa po Bohdanie – ale on tańczył tylko ze mną. Patrzył we mnie jak w obrazek. Tak się prowadzaliśmy dwa i pół roku, aż nie wytrzymałam i mówię mu: Bohdanie, czas mija, albo my się pobieramy, albo rozchodzimy. W 1986 roku wzięliśmy ślub. Zamieszkaliśmy u moich rodziców. Dochowaliśmy się dwóch córek. W rok po ślubie przyszła na świat Natalia. W 1994 roku urodziła się Maria. Dobre życie mieliśmy. Po latach kochaliśmy się bardziej jak na początku. Tyle lat, a nigdy nie szliśmy spać pokłóceni. Zawsze rozmawialiśmy i dochodziliśmy do porozumienia. On był małomówny, spokojny, ja bardziej nerwowa, rozgadana. Dopełnialiśmy się.

W 2004 roku polityka pierwszy raz wyciągnęła Bohdana z domu. Pojechał do Kijowa wziąć udział w Pomarańczowej Rewolucji. Później znowu był zwykłym maszynistą kolejowym. Aż do Majdanu. Pojechał do Kijowa w grudniu i zapisał się do samoobrony w Sotni Stryjskiej. Jako maszynista, po dyżurach miewał nawet 72 godziny wolnego. Wtedy jeździł na Majdan. 19 lutego, w dzień po krwawym wtorku, z rynku w Pustomytach marszrutkami pojechało bronić rewolucji 45 mężczyzn z okolicy. Wśród nich Bohdan. Nazajutrz było jeszcze ciemno, gdy zadzwonił do żony. – Olu, jestem poważnie ranny, nie wiem czy przeżyję. – W słuchawce słychać było wystrzały. Bohdan mówił bardzo spokojnym głosem. – Co z tobą? – pytam – Gdzie dostałeś? – Nie czuję nóg i pleców. Z brzucha wypadają mi kiszki, widzę wątrobę. Później cisza.

Był jednym z pierwszych poważnie rannych. Zabrali go do 17 Szpitala w Kijowie. Operowali. Podłączyli pod aparaturę, sztuczne serce, sztuczną nerkę. Przytomności nie odzyskał, ale żył jeszcze 2 dni. Tych dramatycznych godzin Ola nigdy nie zapomni.

– Wieczorem z siostrą i bratem Bohdana siadamy do samochodu i jedziemy. Z nadzieją że przeżyje. Wprawdzie lekarz przez telefon mówił, że stan beznadziejny, ale co u ludzi niemożliwe, u Boga jest możliwe. Modlimy się całą drogę. W piątek rano jesteśmy przy łóżku. Nie zareagował na głos, ani na uściśnięcie dłoni. W szpitalu pełno ludzi. Dzwonię po księdza, by męża na ostatnią drogę przygotował. Ksiądz przychodzi szybko, udziela ostatniego namaszczenia. Nie jemy, nie pijemy, nie śpimy. W sobotę, dokładnie o 12:30 serce się zatrzymało.

Pogrzeb odbywał się we Lwowie. Przyszły dziesiątki tysięcy ludzi. Onieśmielona skalą ceremonii, Ola stanęła przed trudnym wyzwaniem.

– Biskup z katedry świętego Jura poprosił, żebym powiedziała kilka słów do zgromadzonych. To było zaskoczenie dla mnie. Nie miałam przygotowanej żadnej mowy. Patrzyłam na trumnę z Bohdanem, ogarniałam wzrokiem tłum i miałam w głowie straszną pustkę. A później zaczęłam mówić, a właściwie Bóg przemówił przeze mnie. Powiedziałam: Mój mąż zginął na Majdanie, bo bronił prawa ludzi i prawa Ukrainy do lepszego życia. Został za to zastrzelony. Ale, proszę, nie krzyczcie „śmierć wrogom”. Zło rodzi tylko kolejne zło. Róbmy dobro, bo tak najlepiej wypełnimy testament tych, którzy za to oddali swoje życie na Majdanie.

Grażyna Myślińska
Tekst ukazał się w nr 3 (247) 16-29 lutego 2016

X