Pamięci prof. Romany Cielątkowskej (29.08.1959 – 22.01.2016)

Pamięci prof. Romany Cielątkowskej (29.08.1959 – 22.01.2016)

Życie z perspektywy życia widzimy inaczej niż z perspektywy śmierci. Wszystko jest jeszcze otwarte, możliwe, jeszcze się dzieje i tyle planów przed nami.

Gdy przeminie, gdy nagle zostanie przerwane, stajemy bezradni. W zagubieniu niezdolni do podjęcia wędrówki na niespodziewanie opustoszałej drodze.

W biegu
Ze Lwowa przyszedł list od głównego konserwatora. W imieniu ukraińskich przyjaciół Lilia Onyszczenko pisała: Roma zawsze pogodna, uśmiechnięta, towarzyska, ciekawa poznania nowych ludzi, osoba, z którą nigdy nie było nudno, pełna mądrych myśli i ciekawych pomysłów. Profesor, co nie gardził żadną pracą, potrafiła zrozumieć każdego. Dwa zdania, którymi się najczęściej posługiwała w naszej wspólnej pracy: Zrób to pilnie! Potrzebuję szybko! Spieszyła się żyć, jakby czuła, że droga nie będzie długa.

Fot. z archiwum Kuriera Galicyjskiego

Taką Ją zapamiętamy: w biegu. Wiecznie gdzieś się spieszyła. Szybko jadła, jeszcze szybciej mówiła, nawet tak się śmiała: spontanicznie i serdecznie, ale krótko. Jej współpracownicy opowiadają, że nieraz nie mogli się zorientować, o którym z projektów akurat mówi, bo mówiła jednocześnie o wszystkich, które aktualnie realizowała. Warsztaty studenckie, inwentaryzacja cerkwi i nowy dach na kościele w Mariance, narada z cieślami przed wyprawą w Bieszczady czy na Ukrainę. A w międzyczasie wyjazd studialny na Syberię albo do Mongolii i organizacja międzynarodowej konferencji. Kto, co, kiedy i z kim? Dla kogo? Najlepiej wszyscy razem, natychmiast. Delegowała zadania, a jej własne życie przypominało maraton, bieg z przeszkodami i sprint jednocześnie. Pracowała nieprzerwanie, była architektem, nauczycielem akademickim na kilku uczelniach, promotorką prac dyplomowych, doktoratów, najmłodszym profesorem na Wydziale Architektury Gdańskiej Politechniki. Autorką 6 książek i ponad 60 artykułów. Doradcą w komisjach naukowych, ministerialnych oraz UNESCO.

Sztuka dawania
Zawsze w biegu, często dary dla ludzi w potrzebie, przyjaciół i ich dzieci wysyłała pocztą. Gdy kogoś z nas nie zastała w domu, wieszała torbę na klamce lub płocie. Jabłka z jej ogrodu, jajka od gospodarzy ze wsi, chleb bezglutenowy z piekarni w Starogardzie, ciepły sweter z Irlandii „specjalnie dla ciebie, z prawdziwej wełny”. Zielona herbata z Japonii. Książka, którą „musisz przeczytać, podkreśliłam kilka ważnych zdań, pogadamy, jak wrócę”.

„Tylko nie pisz o Romie za słodko”, radzi znajoma. „Ona nie dawała się głaskać i szanowała wyrazistość innych”. Ratowała, pomagała, obdarowywała. A jeśli sama nie mogła, zostawiała instrukcje, adresy, numery telefonów. Wyślij! Oddaj, przekaż, zawieź. To dobrzy ludzie, spodobają ci się.

I zawsze córka na pierwszym planie.

Powrót do źródeł
Ekspert Międzynarodowego Komitetu Naukowego Wspólnego Dziedzictwa ICOMOS i profesor nadzwyczajna, na miejsce rekonstrukcji kolejnego obiektu jechała z własną siekierą. Mieszkała bez udogodnień, czasem ze studentami i cieślami w baraku lub namiocie; nie wygoda była jej potrzebna do szczęścia. W trasę wyruszała zwykle nocą, samotnie, zapakowaną po dach, wysłużoną terenową Ładą. Bo wtedy drogi puste, można spokojnie przemyśleć, co jest do zrobienia.

Habilitowała się z modernizmu lwowskiego, ale tak naprawdę kochała dotyk surowego drewna, żelazo wykute u kowala, dzieło rąk przodków: stare cerkwie, stare domy, stare ikony. Zachowanie wspólnego dziedzictwa materialnego uważała za swój moralny obowiązek. W dzikim krajobrazie, którego człowiek nie zdołał jeszcze zniszczyć – odnajdywała siebie. Może dlatego tak blisko jej było do ludzi głębokiej wiary. To dla nich ratowała zapadnięte w ziemię prawosławne czasownie i maleńkie cerkiewki. Dla nich zgłębiła tajniki pisania ikon.

Stwierdzenie, że zajmowała się ocalaniem zabytków kresowych sakralnej architektury drewnianej, mówi o celach, ale nie oddaje żarliwej pasji i szaleńczej wręcz odwagi, z jaką o nie walczyła. Szła od zadania do zadania, a lista jest długa. Nigdy nie pracowała sama. Nie tylko dlatego, że rekonstrukcja wymaga współpracy konserwatorów, cieśli, stolarzy, kowali i szklarzy, kolegów z uczelni i studentów. Także dlatego, że wierzyła w naukę, jaka z tej pracy płynie. Dla niej świątynia to nie był obiekt architektoniczny, lecz ponadczasowe miejsce jedności z Bogiem. Takim miejscom, gdzie czas się zatrzymał, ofiarowywała nowe życie, by mogły trwać dalej.

Pożegnanie
30 stycznia 2016 w Starogardzie Gdańskim na ceremonii pożegnalnej odprawionej w rytach rzymsko i greckokatolickim zebraliśmy się z poczuciem, że jesteśmy tam dla Niej, ale i dzięki Niej. Dokładnie o tej samej porze we Lwowie, po mszy św. odprawionej w drewnianej cerkwi, przyjaciele przeszli do kościółka z Jazłowczyka – Jej kościółka – by na pożegnanie zaśpiewać Jej Wiecznaja pamiat.

W starogardzkim kościele św. Mateusza panował przenikliwy chłód, choć na zewnątrz padał niemal wiosenny deszcz. We Lwowie było podobno ładnie i słonecznie. Wieczorem odebrałam mail od Lilii: Postanowiliśmy umieścić tablice pamiątkowe na kościołach tu we Lwowie i w Rozłuczu.

Katarzyna Krenz
Tekst ukazał się w nr 3 (247) 16-29 lutego 2016

X