Różnie może być. Część 2

Różnie może być. Część 2

Ewelina opowiadała nam o wycieczkach do ruin lwowskiego zamku. Kiedyś chodziła tam z tatą i, jak była mała, myślała, że każde miasto musi mieć zamek taki, jaki jest we Lwowie.

– Ewelinko, to ty? – zaczepiła moją współlokatorkę jakaś kobieta. Okazało się, że jest z całą grupą turystów z Węgorzewa i że zna pana Witka. Myślała nawet, że pan Witek jest ze Lwowa, bo we Lwowie pan taki znany. Zamieniliśmy kilka zdań o tym, co już widzieli i co jeszcze mają zobaczyć. Pożegnaliśmy się.

– Wiesz, dlaczego mnie lubią? – spytał mnie pan Witek. Pokręciłam głową – Lubią mnie, bo wiem, gdzie jest Węgorzewo na mapie. Ta kobieta ma syna i on już był tu ze trzy razy na plenerze, a teraz idzie na ASP.

Każdy, kto przyjeżdża do Kamieńca, musi mieć w swojej kolekcji zdjęcie twierdzy. Zrobić zdjęcie w dzień nie jest trudno, nocą zresztą też, ale mieć nocne zdjęcie zamku od środka – to jest prawdziwa sztuka! Mieliśmy idealne warunki: gwiazdy świeciły na niebie, a zamek był zamknięty. Mimo oczywistej przeszkody, jaką była kłódka, padła komenda: hajda na zamek! Przed bramą stał strażnik. Padła kolejna komenda: dziewczęta do boju. Na pierwszy ogień poszłam ja, Ewelina i Tania. Dwie pierwsze głupio się uśmiechały, a trzecia wytłumaczyła nasze zamiary. Połowa sukcesu została osiągnięta, ale męskie argumenty okazały się niezbędne. Pan Witek podszedł, wręczył co miał do wręczenia i weszliśmy. Chyba za dużo mu dałem. Ech, najwyżej koledze postawi. Czy ty, Magda, widzisz, jak ja muszę się poświęcać, żebyś miała ciekawy reportaż? – zaśmiał się. – Teraz musicie zrobić mi zdjęcie! Stanę tak na baszcie i będę triumfował nad Turkami!

Później, dzięki wynalazkowi samowyzwalacza oraz sprawności Agaty i Łukasza, wszyscy zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę. Chodziliśmy po pustych, cichych, trochę strasznych i przede wszystkim nieziemsko ciemnych korytarzach. Schodziliśmy krętymi schodami świecąc sobie latareczką z telefonu komórkowego. Z baszt roztaczał się niezwykły widok. Teraz wyobraźcie sobie na tym wzgórzu Turków, widzicie ich?

Działanie na dwa fronty
W niedzielę o trzynastej zaczęła się msza. Usiadłam na ławce przed kościołem, by znów móc popatrzeć na ludzi. Między pochylonymi staruszkami odbywał się istny slalom na dość letnio ubranych dziewcząt i kobiet. W znacznej części były to turystki zwiedzające katedrę, ale ze względu na mszę nie śmiały do niej wchodzić i przeszkadzać w modlitwie. Wierni wydawali mi się tego dnia szczególnie wystrojeni. Według starego zwyczaju, cały tydzień można przecież nosić się skromnie, ale do kościoła trzeba ubrać się elegancko. Wokół świątyni panował hałas i nie mogłam wyłapać konkretnej treści z trzeszczących głośników. Po jakimś czasie uroczyste stroje okazały się uzasadnione. Wyjątkowo modne osoby były po prostu gośćmi weselnymi. Najpierw wyszła jedna para. Wcześniej nie widziałam tam dzieci, ale wokoło młodych w okamgnieniu zebrała się ich cała gromada. Nowożeńcom podano tacę pełną łakoci: cukierków, małych batoników i lizaków. Napięcie dzieci powoli rosło, a co sprytniejsi chłopcy już lekko przykucali, żeby móc być w każdym momencie gotowym do podskoku. W końcu panna młoda zaczęła rzucać słodycze w tłumik. Dzieciaki szybko napychały kieszenie, flesze błyskały, a pan młody oczywiście pocałował swoją panią. Po kilku minutach wyszła druga para. Sytuacja się powtórzyła. Z katedry wychodzili ludzie i wśród nich wyłapałam umówionego rozmówcę. Chciał jeszcze chwilę zostać z kolegami, więc mieliśmy się spotkać za dziesięć minut w stołówce Domu Pielgrzyma. Plany pokrzyżowała mi próba chóru, która właśnie tam i właśnie wtedy miała próbę. Pan Witek udostępnił nam swój pokój. Punktem wyjściowym naszej rozmowy były śluby.

Widziane „od środka” młodymi oczami
Tutaj jest ten problem, że na wsi ludzie nie idą na studia, bo nie widzą takiej potrzeby. Wiesz, jeżeli chodzi o moje plany, to nie będę ukrywać, że najpierw muszę coś skończyć, żeby jakoś w życiu stać. Praca, rodzina i byle dalej. Najczęściej młode rodziny mieszkają z rodzicami, a w Polsce zauważyłem, że nawet moi starsi znajomi jak nie mają na własne mieszkanie, to wynajmują.

A jak jest z rozwodami?
Teraz to jest więcej rozwodów niż ślubów. Istnieje taki stereotyp, że „mużyk”, czyli chłop, jak walnie w stół, to tak ma być. W Polsce zresztą trochę też, no bo w końcu Polacy – to też Słowianie. W mieście można zobaczyć w parku rodzinkę, jak sobie idą za rączki, ale to rzadkość. W Rosji jest jakaś dzikość. Tam w ogóle jest nie do pomyślenia, żeby młoda para, a starsza to w ogóle, razem spędzała więcej czasu, niż musi. Każdy ma raczej jakieś zadania. Żona siedzi z dziećmi i robi pranie – tak jest prawie w każdej rodzinie. Zauważyłem, że w Polsce i starsze pary, i młode działają bardziej partnersko, a nie na zasadzie hierarchii.

Skoro już mowa o rodzinie: czy tu spędziłeś swoje dzieciństwo?
Tak. Kiedyś były bardzo żywe spięcia na osiedlach. Moi znajomi, moi koledzy mówili, że Polak i to wcale nie było… wiesz… raczej mówili to z pogardą. Zawsze ja i moi bracia ze starszą siostrą (teraz wyszła za mąż za Polaka i są w Irlandii) patrzyliśmy na to z dystansem, ponieważ w domu rozmawialiśmy po polsku i ten klimat podtrzymywał się w człowieku. Poza tym byliśmy nauczeni, że tak trzeba. To pomagało. Teraz już otoczenie moich najbliższych przyjaciół wydoroślało i nie ma takich sytuacji, chociaż zdarza się czasem jakiś komentarz. Skończyłem polską szkołę i to otworzyło mi drzwi na uniwersytet. Dużo jej zawdzięczam.

Czułeś się źle jako dziecko z rodziny polskiej?
Trafiłaś w samo sedno. To raczej był dyskomfort. Czasami czułem, że wciąż jestem nie na swoim miejscu. To zależy od otoczenia. Są, za przeproszeniem, debile, którzy dziwnie patrzą na te sprawy, i są ludzie normalni, z którymi trzymam. Kiedy wyjeżdżam do Polski, a potem wracam, to często myślą: „no tak, wyjechałeś”. Jestem palaczem. Jak idziemy ulicą, to nie rzucam paczki na chodnik i to jest dla moich kolegów, jak oni mówią, „arystokracja”. Tłumaczę im, że to jest normalne zachowanie. Są kolosalne różnice w mentalności.

W Polsce też rzucają.
No tak, ale w Polsce jest dużo koszy na śmieci i nie idzie się z tą paczką w ręce przez pół miasta. Może, jak jest jakiś koncert na placu, to rzucają. Ja pewnie też bym rzucił, ale, żeby tak ktoś po prostu śmiecił, to nie widziałem.

To chyba sprawa wychowania.
Może i tak. Tak zostałem wychowany, ale w Polsce jest o wiele czyściej. Ulice są bardziej uporządkowane. Podoba mi się to. Kiedy widzę, że jest czysto, to ja nie będę zaśmiecał.

Jakie jeszcze widzisz różnice? Czy coś się zmienia?
Tutaj dużo się zmieniło. Postęp cywilizacyjny musi być, ale jest powolny. Coś się tam kręci politycznie. Jedna strona prorosyjska, druga proeuropejska. Jest to dużym kłopotem, jeżeli chodzi o politykę w naszym kraju.

Czy pomarańczowa rewolucja zmieniła coś w życiu codziennym?
W moim osobiście nic. W rodzinie zachowujemy się tak samo. Byłem na pierwszym roku, kiedy wybuchła pomarańczowa rewolucja, i tak się złożyło, że z Ukrainy na roku jestem tylko ja. W Poznaniu na rynku był mały wiec poparcia i na wykładzie, kiedy jest cały rok, puściłem listę, że kto chce, może się tam pojawić o dziewiętnastej. Jak już mówiłem, zdarzali się „źli ludzie”. Na pewno coś w tym wszystkim jest. Oglądałem wtedy telewizję i naprawdę mocno się wzruszyłem widząc te tłumy i to, że Ukraińcy wreszcie walczą o swoje. Tak się złożyło, że ta świadomość narodowa zawsze była kiepska. Zawsze Ukraina była albo pod Rzecząpospolitą, albo pod Rosją, ZSRR, a jeszcze były czasy austriackie. Nie było ducha przynależności, a teraz jest jego wielkie ożywienie. Po wyborze Juszczenki – który był kandydatem, powiedziałbym, nawet proukraińskim, bo Janukowycz jest prorosyjski – prawie cała telewizja przeszła na język ukraiński. Teraz już jest więcej gazet i billboardów po ukraińsku. Ukraiński jest teraz na topie i jest trendy. Dla mnie dziwne i nie do pomyślenia jest, że u nas w parlamencie rozmawiają po rosyjsku. No, wyobraź sobie, żeby w Polsce ktoś po rumuńsku gadał. Cały ten problem wschodniej Ukrainy, z którym musimy żyć… Były nawet plany, żeby centrum i zachód oddzielić od wschodu, który ciągnie nas w dół i nie daje się rozwijać, ale władze uznały to za nienajlepszy pomysł. Dla mnie lepsze jest mniejsze państwo, a nie takie wahające się pomiędzy samym sobą, zachodem a Rosją. Mieszkańcy wschodu wiedzą, że są Ukraińcami i na wiecach poparcia dla Janukowycza trzymali naszą flagę, ale mają inne poglądy. Trzeba to szanować, ale moi koledzy nie rozumieją, że mnie to wszystko dziwi. Ja rozumiem ludzi, którzy wychowali się w ZSRR z jednym językiem, ale bardzo nie lubię i bardzo mnie drażni fakt, że niektórzy nawet w samym Kijowie nie uczą dzieci ukraińskiego. Czegoś takiego nie ma na zachodzie. Naprawdę rozumiem starszych ludzi, bo oni od zawsze rozmawiali w tym języku, ale jakiś postęp musi być. Tyle.

Czy na Ukrainie jest jakiś stereotyp Polaka i Polski?
Co myślą Ukraińcy o Polakach, tak? Doniedawna Polska była krajem, gdzie można było dobrze zarobić, bo miała zupełnie inny poziom ekonomiczny i to było podziwiane. Polska też była krajem sowieckim i jakoś jej się udawało z tym poradzić. Wałęsa jest znany. Po pomarańczowej rewolucji stosunki polsko-ukraińskie uległy ociepleniu, bo Polska dużo pomogła. Kiedyś w Polsce był taki program w telewizji, wywiady z Mariuszem Lewandowskim, oglądałaś może? Na wschodzie jest tak, że póki pijesz z kimś wódkę, to jest O.K., ale na trzeźwo Polak jest wrogiem numer jeden. Oni myślą, że Polacy znów chcą zagarnąć Ukrainę i zwyczajnie się boją. Polak wzbudza tam agresję, ale tutaj nie. Kiedyś też było niezbyt miło, widzę moje dzieciństwo, ale z czego to wynikało, to ja nie wiem. Może to się bierze z obcości, bo jeżeli Ukraińcy mają jakąś wizję swojego kraju, to myślę, że jako osoba pochodzenia polskiego nie rozumiem jej.

Z tego, co mówisz, wynika, że działa tu zasada: nie znam, boję się, więc jestem agresywny?
Tak, właśnie tak. Ja muszę działać i działam na dwa fronty. Kiedy jestem w Polsce, bronię Ukraińców. Kiedy jestem tu, to staję po stronie Polaków. Nasuwa ci się pewnie pytanie, kim bardziej się czuję, ale ja nie umiem na to odpowiedzieć. Bardzo lubię i Polskę, i Ukrainę. Kibicuję obu krajom w dobrej drodze do przyszłości.

Czujesz się dzieckiem granicy?
Nie. Nie zastanawiam się czy jestem tym, czy tym. Czuję się fantastycznie będąc i Polakiem, i Ukraińcem. Polak obraźliwie to „przek”. Wzięło się to z tego, że wiele polskich słów zaczyna się na „prze”. Kiedy pijemy sobie z kolegami piwo pod ratuszem i przechodzą polscy turyści, to słyszę jak szepczą pod nosem: „O, przek idzie!”. Mnie to w zasadzie nie przeszkadza. Staram się nie zwracać na to uwagi, bo te słowa nie są bezpośrednio skierowane do mnie. Natomiast, jeśli z kimś się kłócę i on nazywa mnie z pogardą „przekiem”, to nie ukrywam, że włącza mi się agresor. Nie jestem przyzwyczajony do takiego traktowania. Moi znajomi są świadomi tego, że jestem też Polakiem.

A jak jest z religią?
Tu jest inaczej. W Polsce katolicyzm jest historyczny. Rosjanie nie widzą różnicy między katolikiem a Polakiem – to są synonimy. Jest taki głupi stereotyp, ze katolicyzm, to wiara polska, chociaż Kościół jest przecież powszechny. Na msze do cerkwi przychodzą same babcie. Jeśli chodzi o młodzież, to stanie kilka godzin w cerkwi wykracza poza ich możliwości. Następuje taka „chrześcijańska degradacja”. Natomiast Kościół katolicki wziął to sprytem i skrócił msze, wstawił ławki. Architektura też jest bardziej zachęcająca. Jeszcze Ci powiem, że wiara katolicka jest tutaj prawdziwsza, nie jest taka wymuszona. Jeżeli ludzie się modlą, to oni naprawdę to czują. W Polsce to się zdarza tylko wśród starszych. Tutaj często nie mówi się „cześć” albo „dzień dobry”, tylko „niech będzie pochwalony”. Choć wiadomo – wśród kolegów to niekoniecznie… W Polsce procesja Drogi Krzyżowej to normalka, a w Kamieńcu widzę szacunek i podziw w oczach ludzi, którzy w niej nie uczestniczą, np. tych, którzy jadą samochodem i muszą nas przepuścić. No a w Polsce jak młodzież idzie do kościoła, to zachowuje się różnie…

Kościół jest tu bardzo aktywny. Organizuje różne wyjazdy dla dzieci, itp. Opowiedz mi coś więcej, o jego działalności.
Owszem, organizuje. Sam też w takich uczestniczyłem. Poza tym też polska szkoła bardzo z nim współpracowała. Teraz religię mają chyba po ukraińsku, ale kiedyś była prowadzona po polsku przez siostry zakonne. Dziś nawet jeśli nie ma polskiej szkoły, to polskie dzieci zostały. Najpierw były plany, żeby język polski oddać w ręce Kościoła i żeby był tam nauczany. Twierdzili, że mamy kościół i on powinien nam pomagać. Szkoły nie ma, ale na szczęście są polskie klasy. W Polsce są organizowane msze dla studentów. Bardzo fajnie się czuję widząc młode rodziny z dziećmi albo pary w kościołach. Kiedy jestem tu, opowiadam o tych obrazkach z dumą. Moi koledzy mogą myśleć, że się wymądrzam, ale ja mówię im to tylko po to, by pokazać, że Polska nie jest gorsza.

Powiedziałeś mi, że nie chciałbyś zostawać w Polsce. Chcesz wrócić na Ukrainę. Dlaczego?
Chciałbym tu działać. Chciałbym robić coś dla tutejszych Polaków. Może założę jakąś agencję turystyczną albo organizację. Pociąga mnie to, bo bardzo nikły procent Polaków z Kamieńca, studiujących w Polsce, wraca – ok. 2 na 15. Wiele czynników się na to składa. Teraz nie mam dziewczyny, ale jak spotkam jakąś w Polsce, to nie wiem, czy chciałaby tu mieszkać. Mój brat został w Polsce.

Masz bardzo ciekawe plany. Kobieta, która nas oprowadzała po Stanisławowie, była taką działaczką i mówiła o wielu trudnościach ze strony władz. Nie boisz się tego?
No nie wiem. Nie znam aż tak bardzo struktury władz w Kamieńcu. Bardzo ważny jest kapitał zakładowy. W Polsce można się starać o jakiegoś sponsora czy pomoc, a tutaj nie. No nie wiem.

Trzymam kciuki, żeby wszystko było w porządku. Czy Kamieniec Podolski, pomimo burzliwej historii, pozostał choć w części miastem siedmiu kultur?
Czasem można spotkać Ormianina, ale raczej rzadko się to zdarza. Oni w ogóle nie dbają o swoją spuściznę. Mają katedrę, a zupełnie się nią nie zajmują. Żydów chyba w ogóle już nie ma. Zostali Ukraińcy i mniejszość polska.

Stepy akermańskie
W Chocimiu miałam dużo wolnego czasu. Najpierw pan Witek wygłosił krótki wykład z historii pod pomnikiem Piotra Sahajdacznego, a potem poszliśmy na zamek. Później wszyscy zajęli się pracą twórczą, a ja razem z Ulą chodziłam po dawnej twierdzy. Weszłyśmy do podziemi. Było tam kompletnie ciemno, a z sufitu kapała woda. Kamienną posadzkę zastępowało lepkie błoto. Miejsce idealne do scen grozy. Kiedy wychodziłyśmy, spotkałyśmy pana Witka. Poszliśmy do kawiarni.

– To czyj był ten pomnik? – spytała się Ula.

– Piotra Sahajdacznego. Tu kiedyś była postępująca ruina, ale teraz coś remontują. Nie wiem, kto dał na to pieniądze. Pojutrze zobaczycie wielki zamek, ale on nie robi takiego wrażenia, jak Kamieniec. Nazywa się Międzybóż.

– A jakie są plany na najbliższe dni?

– Teraz jedziemy do Okopów i nad Zbrucz. Dziesięć kilometrów do Żwańca i skręcamy w stronę Polski. Tam jest jakiś ważny kościół, ale nie będziemy już go zwiedzać. Potem będzie właśnie Zbrucz wpadający do Dniestru, czyli dawna Polska.

– Tak się zastanawiałam… Jak oni uczą historii w polskich szkołach?

– To jest tak, że wiedza na piątkę w Polsce nie może być piątkową wiedzą na Ukrainie. Rozwiązali to pytaniem tylko z faktów, a nie z ich interpretacji. Oni mają trzy historie: ukraińską, polską i powszechną. Mają wiedzieć: kto kogo zabił, kto kogo wziął do niewoli, kto wygrał i kto przegrał. No… Czy nie macie wrażenia, że strasznie długo siedzimy w tym Kamieńcu? Aha, no i jeszcze spotkamy się z proboszczem. Co robicie takie przestraszone miny? Jak się nie będziecie odzywać, to on nic wam nie zrobi.

Powoli zbliżał się czas zbiórki, więc poszłam na parking. Z różnych zakamarków wyłaniali się uczestnicy wycieczki, kierując się w stronę sklepików. Nasz kierowca siedział w autokarze, a jego żona stała w pobliżu.

– Czy Państwo zajmują się głownie przewozem wycieczek na Wschód?

– Niekoniecznie. Po prostu mąż często jeździ z Witkiem.

– No i jak się Pani podoba Ukraina?

– Akurat i w Kamieńcu, i w Stanisławowie nigdy wcześniej nie byłam. W tych miastach jest przyjemnie, ale Lwów nie za bardzo mi się podobał. Jest strasznie zniszczony… To niesamowite, że ten parking jest taki wielki, a tylko ze trzy budki stoją. Toaletę to mają okropną!

Następnym celem były Okopy św. Trójcy. Wysiedliśmy, zrobiliśmy pamiątkową fotkę i udaliśmy się w kierunku tego, co zostało z tutejszego kościoła. Po drodze minęliśmy kilku starszych panów na rowerach. Dowiedziałam się, że nieopodal mieszka staruszka, która przychodzi, kiedy widzi wycieczki, żeby poopowiadać i zarobić parę groszy. Na ścianach, które ledwo się trzymały, widać było resztki malowideł. Podłogę już dawno musiała zastąpić ziemia, bo gdzieniegdzie rosło drzewko. Nie zdążyłam się jeszcze dobrze rozejrzeć, kiedy zdałam sobie sprawę, że starowinka już jest. Zakrywając jedno oko chusteczką, rozmawiała z panem Witkiem i przekazała mu koperty. Kilka osób zebrało się wokoło niej w oczekiwaniu na opowieść. Przywitałam się.

– A panienka skąd?

– Z Warszawy – odpowiedziałam.

– Podobno była tu pani ochrzczona – chciała zachęcić do wspomnień Agata.

– Tak. Moja siostra też, w samo Boże Narodzenie.

– Pani się tu urodziła? – spróbowałam podtrzymać rozmowę, a kobieta pilnowała, by chusteczka ani na sekundę nie odsłoniła oka.

– Tak, tatuś mój w Myślenicach. Mi na oko robili operację we wtorek… Ja napisałam list i mają do mnie przyjechać. Już 9 sierpnia będą u mnie. Dzieci nie mam… tu mieszkam blisko. Dałam temu panu listy.

– Na pewno przekaże. Często tu zaglądają wycieczki?

– Ja mało przychodzę, ale usłyszałam, że autokar z Polski przyjechał i pomyślałam, że dam, to prędzej dojdą. Wy całą szkołą jesteście?

– Można tak powiedzieć.

– A ten pan przekaże te listy?

– Na pewno, my już dopilnujemy.

– Ja mu pieniędzy nie dała… Dostałam list w sobotę, ale już wtedy byłam na operacji. Pomyślałam, że napiszę, żeby wiedziała. Za dwa miesiące i tak zrobią mi następną na to samo oko, tylko się trochę podgoi. Ten pan z Warszawy? Taki pan z Warszawy pisze i przyjeżdża tutaj. Ma miłego wnuczka, sześć lat. Ja im autobusem wysłałam paczkę i dałam dla chłopca fujarkę i takiego niedźwiedzia, który, jak się go nacisnęło, to grał. No i tam orzechów, ziarnka troszkę. Oni już dostali i przysłali mi zdjęcie, jak gra ten chłopczyk na fujarce. Do widzenia!

– Do widzenia.

– Tylko uważajcie, bo tam jama!

Została przeprowadzona mała zbiórka pieniężna. Uzbierało się trochę ponad dwadzieścia hrywien dla babci, która ma ze sto albo dwieście hrywien emerytury. Mieliśmy też cukierki, ale nie było dzieci, które można by było poczęstować.

W drodze powrotnej zasnęłam na parę minut. Kiedy się obudziłam, spojrzałam do okna. Zauważyła to Emilia, która siedziała razem ze mną. Za szybą były tylko pola. Żadnego drzewa, żadnego gospodarstwa i ani jednego człowieka.

– Pamiętasz jak na polskim mieliśmy „Stepy akermańskie”? – spytała. – Mówiliśmy wtedy, że stepów nie można sobie wyobrazić… Że są jak morze z trawy i ziemi… Jeżeli prawdziwy step jest jeszcze bardziej bezkresny, to chyba już wiem, co Mickiewicz miał na myśli…

Pora obiadowa zawsze budziła wiele kontrowersji. Grupy, do których każdy był przydzielony, chciały się mieszać lub chodzić w te same miejsca. Ja miałam pełen komfort, bo ani nie malowałam, ani nie fotografowałam i mogłam wybrać sama, gdzie pójdę. Musiałam tylko powiedzieć, gdzie. Tym razem poszłam z Agatą (opiekunką grupy fotograficznej), panem Witkiem i Markiem (z grupy ukraińskiej). Pan Witek obiecał, że zaprowadzi nas w ciekawe miejsce. Naprawdę było w specyficzny sposób klimatyczne. Na środku głównego pomieszczenia stał pień prawdziwej brzozy. Do doklejanych gałązek przymocowano sztuczne listki i trzeba przyznać, że z daleka wyglądało to jak prawdziwe drzewo. Ściany były ciemnoseledynowe, a drzwi toalet od reszty pomieszczenia oddzielała kuta balustrada opleciona sztucznym bluszczem. Do tych drzwi przyklejono marne reprodukcje kobiet z „Pór dnia” Alfonsa Muchy. Tuż obok w ścianę wmontowano fontannę z syrenką. Druga sala nie miała tak bogatego wyposażenia. Kolory ścian były takie same, ale sufit… Sufit był imponujący i według mnie dość okropny, bo sterczał z niego gąszcz zielonych, niebieskich, żółtych i różowych stalagmitów i innych narośli wyglądających na styropianowe. No ale de gustibus non est disputandum. Za to cukier był w świetnych saszetkach z symbolami różnych znaków zodiaku. Panowie przy obiedzie doszli do wniosku, że młode Ukrainki są bardzo ładne, jednak później, tj. jak wychodzą za mąż, ich uroda przemija. Ciekawe, dlaczego…

Autokar podwiózł nas pod supermarket. Czekając na pozostałych podsłuchiwałam rozmowę młodszych dziewczynek. Niewiele zrozumiałam. Uśmiechnęłam się, a jedna z nieśmiałą minką pytała po polsku o różne rzeczy. Kiedy wyjaśniłam im, że nie jestem opiekunką żadnej z grup i nie znam odpowiedzi na ich wszystkie pytania, zaczęły ze mną rozmawiać swobodniej. Trzynastoletnie Natalia i Ania już były w Polsce. Pochwaliły się, że zwiedziły Muzeum Powstania Warszawskiego. Mama pierwszej jest Polką, a drugiej cała linia od praprababki jest z Polski. Za nimi chowała się mała Maja, dla której to była chyba pierwsza taka wyprawa bez rodziców. Spytałam, czy wiedzą, jaka będzie nasza najbliższa wycieczka. Natalia z powagą w głosie odpowiedziała mi, że jedziemy do Humania, a tam jest Zofiówka, którą dla jakiejś „princessy” pobudowali.

Od początku pleneru byliśmy ostrzegani przed proboszczem w Kamieńcu. Podobno, miał bardzo konserwatywne poglądy i nie chciał zbytnio dyskutować na trudne tematy. Należało wsłuchać się w to, co mówi, żeby wyłapać informację o ludziach z jego parafii. On żyje tam już od ponad 18 lat i jak sam twierdzi, dużo już soli zjadł z mieszkańcami Kamieńca. Według niego, kultura jest sposobem przeżywania czasu, którego cząstki wyznacza mu religia:

– Żyjemy w dwóch kalendarzach: my w gregoriańskim, oni w juliańskim. U nas Pan Jezus już się urodził, oni jeszcze poszczą; u nas już zmartwychwstał, a u nich jeszcze nie umarł. U nich dwa razy jest Nowy Rok. W niektórych rodzinach, jeśli są mieszane, Pan Jezus rodzi się i umiera dwa razy. Choć są dwa różne kalendarze, to jest jedna wiara i Bóg jest jeden. Gdybyście pojechali do krajów islamu, to usłyszelibyście i zobaczylibyście zupełnie inną muzykę, rytmikę, architekturę. Kalendarz też zupełnie inny. Tutaj wszyscy żyli obok siebie. Wszędzie rodzą się nowi ludzie, którzy prędzej czy później tu dojdą, więc trzeba tworzyć nową cywilizację, ale bez ognia i bez miecza.

Z jego twarzy promieniowała radość i głęboka satysfakcja ze spędzanych w Kamieńcu dni. Widać było, że to miejsce jest jego miejscem na ziemi:

– Kamieniec jest piękny i każdego dnia, kiedy tylko się obudzę, czuję się szczęśliwy, że tu jestem. To jest mój dom. Także w tej świątyni czuję się jak w domu. Tu mi nie zimno, tu mi nie głodno, tu mi nie smutno, tu mi nie nudno. Tutaj czuję się dobrze i dlatego chciałem, żebyśmy się spotkali właśnie w świątyni. Na to wszystko pracowały pokolenia. Ten kościół ma ponad 400 lat. (…) Czym są żuki dla pola, tym są Turcy i Tatarzy dla Podola, więc kiedy na nowo postawiliśmy naszą Matkę Bożą na minarecie, to ona się uśmiechnęła. No i teraz tak wygląda z niego, czy jakaś wycieczka z Warszawy z panem Witoldem nie przyjeżdża.

Na koniec zaprosił nas do wspólnej modlitwy i śpiewu pod pomnik Jana Pawła II. Odmówiliśmy jedną dziesiątkę różańca. Niektórym modlitwa szła słabo. Po wykonaniu Barki wszyscy rozeszli się do swoich pokoi.

W pokoju za ołtarzem, szczególnie wieczorami, rzadko kiedy panowała idealna cisza. Z dziewczynami rozmawiałyśmy na wszystkie tematy. Okazało się, że ani szesnastoletnia Tania, ani młodsze lwowianki tak naprawdę nie mają pojęcia o tym, co dzieje się w Polsce. Dziwiły się, kiedy opowiadałyśmy im o rzeczach, o których my słyszymy codziennie w informacjach. Przy okazji historii o nauczycielce plastyki Ewelina wyrecytowała „Kto ty jesteś?”. Zapytana, co dla niej znaczy ten wierszyk odpowiedziała: „Mam mamę Polkę. Mój tata… to ja nie wiem czy on Ukrainiec, czy co… Ja czuję się Polką. To nie jest tak, że ja kocham Polskę jako kraj, ale mam polskie korzenie. W ogóle ja myślę, że Lwów jest polskim miastem. Pewnie czułabym się w Polsce obco, bo tu mam wszystko i wszystkich, ale po kilku miesiącach przywykłabym. A was uczą tego wierszyka w szkole?”

Tylko pielgrzymi
We wtorek rano wszyscy mieliśmy wchodzić na minaret kamienieckiej katedry. Ja, niestety, postawiwszy kilka kroków, postanowiłam zrezygnować ze wspinaczki. Wstyd się przyznać, ale w korytarzyku było zbyt ciemno i ciasno. Kiedy starałam się dojść do siebie po zawrotach głowy, zostałam zaproszona przez pana Witka na wycieczkę na zamek razem z nim i panią Tanią, która dołączyła do ekipy pleneru.

– Pani Magda uczy się czy pracuje?

– Uczę się jeszcze.

– Ach, pewnie na żurnalistkę!

– Nie. Chyba chciałabym uczyć.

– No tak. U was dobrze być nauczycielem. U nas w klasie jest nawet po 38 osób, a u was po 23.

– Nieprawda. W mojej klasie są 34 osoby.

Tania uczy muzyki. Sama śpiewa i wydaje płyty. Ciężko mi się z nią rozmawiało, a jej pewnie ze mną, bo ani ja nie mówię po rosyjsku (po ukraińsku tym bardziej), ani ona po polsku. Mówiła mi coś o studiach na Ukrainie, a pan Witek mi przetłumaczył. Płatne uczelnie są lepsze, ale żeby tam się uczyć trzeba dać 1000 dolarów łapówki.

Doszliśmy do zamku. W jednej z sal była wystawa, a na niej m.in. zdjęcia. Jedno szczególnie zainteresowało Tanię; Takie zdjęcie mam w domu, bo mój prapradziadek był szlachcicem z Petersburga i służył u cara. Mój ojciec był żurnalistą, nawet dyrektorem, w Żwańcu, ale mało u nas żurnalistom płacą.

Opuściliśmy mury i wybraliśmy się na przechadzkę po okolicznych wzgórzach. Wokoło roztaczał się piękny widok na Kamieniec. Domki w wąwozie wydawały się jeszcze biedniejsze. Spośród drzew wyłaniał się nasz minaret. Tania wyciągnęła ręce, obejmując przestrzeń: Teraz i tu jestem królową, a to jest mój tron!

W kawiarni dość długo czekaliśmy na zamówienie, ale nic w tym dziwnego, bo ruch był spory.

– Jak ty to robisz Witek, że ludzie z tak różnymi charakterami, z różnych nacji się poznają? – spytała.

– Ale to tak ma być! Co z tego, że Polacy znają ukraińską wódkę, jeśli ludzi nie znają?

Potem Tania przeszła do rozmów o swojej karierze. Chciała, żeby pan Witek załatwił jej jakieś koncerty w Polsce.

– Ja mogę ludowe pieśni i polskie, i nasze śpiewać. Cokolwiek.

– Ale nasze to już polscy artyści śpiewają, po co ty masz je śpiewać. Ja znam tylko dwie wasze pieśni. Jedna to „Ukraina, Ukraina” – Tania, słysząc ten tytuł, zaczęła nucić, a pan Witek zwrócił się do mnie – To jest taka piosenka, która opisuje piękno ukraińskiej przyrody. Ciężko odkopać we mnie jakiekolwiek pokłady sentymentalizmu, ale akurat ten utwór się w tym sprawdza. Ona się mnie pyta, jak jest z tą współpracą ze Wschodem. Tu jest tak, że oni myślą, że jak ktoś jest na tyle głupi, żeby coś im dać, to będą brać, a im są starsi, tym chcą więcej. Dzieciaki myślą, że to tylko wczasy, a ja tak bym chciał, żeby się czegoś podczas nich nauczyły.

Niestety, prawdą jest, że niewielu uczestników wie, po co tak naprawdę uczestniczy w plenerze. Dla nich to tylko świetna zabawa… A to nie są kolonie. To ma czemuś służyć.

Tego dnia nie mogłam pozwolić sobie na przesiadywanie w kawiarni, bo umówiłam się z Aleksandrem Rasszczupkinem, który sprzedaje przed katedrą książki: religijne i dotyczące katedry. Sam także pisze o Kamieńcu i katedrze. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Kamieniec Podolski. Antemurale Christianorum”.

– Jak Pan zebrał informacje zawarte w tych publikacjach?

– Studiowałem historię w Kamieńcu. Tu nauczyłem się polskiego. Nie wiem, skąd to zainteresowanie, ale zajmuje ono ważną część w moim sercu. Sprzedaję je i to jest ofiara na remont katedry. Część kosztów przechodzi na rzecz ochrony życia nienarodzonych dzieci.

Każdą z tych informacji wydobywałam z trudem. Aleksander Rasszczupkin jest szalenie nieśmiałym i skromnym człowiekiem. Przy katedrze tego dnia było dużo turystów. Ustawiali się do zdjęć, małe dzieci biegały, a kobiety oglądały stoisko z różańcami i krzyżykami. Ciągle ktoś wchodził lub wychodził z katedry. Nie brakowało też roznegliżowanych dziewcząt i w duchu pytałam się sama siebie, czy wielce konserwatywny proboszcz miałby do nich uwagi, gdyby tędy przechodził. To były w większości turystki, a pogoda zadziwiająco sprzyjała i opalaniu, i odsłanianiu zarówno ramion, jak i kolan. Z tego ogólnie panującego gwaru trudno mi było dosłyszeć słowa mojego rozmówcy. Mówił bardzo powoli, zastanawiał się nad każdym słowem.

– Kochana, panienka nic z tego pana nie wyciągnie. On taki małomówny z reguły. Pisze pięknie i dużo, ale na publikę tak mówić… to nie bardzo – przysiadła się do nas młoda kobieta, a pan Aleksander się uśmiechnął.

– Ta pani pracuje tu przy katedrze, to przewodniczka – przedstawił ją.

– A ten pan, to tutaj najgłębsze badania robił i sama co nieco wzięłam z jego prac.

– Pewnie wiele godzin spędził pan w archiwach?

-Yes of course, z osiem, dziesięć lat.

– Pan jest historykiem, ja nie. Ja tak bardziej kulturowo się tym zajmuję. Wie panienka, jak ktoś lubi swój kraj, to trochę musi znać. Nauczyłam się polskiego, choć było ciężko. Ja myślę i mówię po ukraińsku, też po rosyjsku (po angielsku – dopowiedział pan Rasszczupkin) i wtedy mogę wyrazić wszystkie swoje myśli, to co mam głęboko, no a tak… Pana córka to po dwóch latach studiowania bardzo dobrze już mówi, pisze i czyta po polsku.

– Oj tak, ona mi pomagała. Te wszystkie „rz”, „ż”. Chciała studiować w Polsce angielską filologię, ale nie było woli Pana Boga.

– Skąd u niej taki zapał w nauce polskiego?
– Ona czuje się Polką.

– A Pan skąd jest?
– Z Syberii. Moja mama była Polką. Moja rodzina była i wywieziona, i represjonowana, i rozstrzelana. Nie pamiętam Syberii. Byłem wtedy bardzo mały. Do Kamieńca przyjechałem ze 40 lat temu – wracanie do dawnych czasów sprawiało mu większą trudność. Wydawał się nawet nieco zmęczony rozmową. Trudno było wyciągnąć jakiekolwiek informacje. Przewodniczka uśmiechała się z sąsiedniej ławeczki. Zaprosiłam ją do nas, bo wydawało mi się, że przy niej czuł się odrobinę swobodniej. W końcu zupełnie mnie nie znał.

– Dużo jest tu latem turystów?
– Sporo, ale w ostatnich latach mniej. Może dlatego, że Polska już w strefie Euro i wyjeżdża dalej na Europę. 5, 6 lat temu to było ogromne zainteresowanie. Codziennie przyjeżdżają jedna, dwie grupy.

– Szkoda, że tak mało. Jest tu bardzo ładnie i tak blisko.
– Ja sama byłam w Polsce jako pielgrzym w Krakowie i na Jasnej Górze, w Nysie. Byłam w 2001 z chórem katedralnym na festiwalu oraz w Wadowicach i Łagiewnikach. No i byłam jeszcze w pracy w Szklarskiej Porębie w hotelu jako pomocnica właściciela. Chciałabym jeszcze raz pojechać, bo jest propozycja gdzieś za Warszawą, ale jeszcze za bardzo nie wiem. Kiedyś dużo osób wyjeżdżało do pracy, ale teraz jest niełatwo, bo trzeba mieć zaproszenie. Sama doświadczyłam, że mnie wrócili z granicy, bo trzeba było mieć ze sobą 400 dolarów, a ja miałam być na utrzymaniu tych ludzi, do których jechałam. Parę dni temu słyszałam, że coś pozmieniali, ale nie wiem, czy to będzie tak, jak oni mówią. Wiza wcale nie jest gwarancją, że wyjedziesz.

– Coś się zmieniło od tych ostatnich wydarzeń na Ukrainie, o których było tak głośno?
– Nic.

– Na pewno macie Państwo szersze spojrzenie na ostatnie lata, na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych…
– No, to dzisiaj żyje się lepiej. Można mówić i chodzić do kościoła. Kościół dla mnie jest najważniejszy.

– A dla pani?
– Tak, bo moje nawrócenie miało miejsce w latach dziewięćdziesiątych. W ogóle nie byłam ochrzczona, miało to miejsce dopiero w 1998. To bardzo poważna rzecz dla człowieka, a dla Polaków niezrozumiała, bo u was nie ma, żeby ktoś się nie wychowywał w religii. Mało osób umie to docenić. Gdybym ja z tą wiarą była wychowana z mlekiem matki, a nie byłam… Nie rozumiem ludzi, którzy wiarę odsuwają na drugi plan. Tylko praca, kariera, zwykły byt – to nie jest ważne. Jestem szczęśliwa, bo Pan Bóg mi daje wszystko. Nie mam dużych potrzeb. Nie chcę wielkiego domu, bogactwa… Ja mam małe mieszkanie, ale gdybym chciała, to zrobiłabym już tę karierę dawno. Mogłam, jak mieszkałam w Kijowie, ale nie chciałam tego. Była we mnie taka myśl, żeby przyjąć chrzest, ale nie wiedziałam, jak. Chodziłam po różnych cerkwiach, no i znalazłam to, co jest prawdziwe. To nie są wysokie słowa, to jest po prostu wewnątrz mnie. Nie każdemu o tym mówię, bo mało kto rozumie.

W Kijowie pracowałam, studiowałam na uniwersytecie kulturę, a potem, jak już dziecko do szkoły szło, to też musiałam pracować, żeby jakoś żyć.

– Jak Pani wspomina czasy studenckie?
– Oj, ciekawie, ciekawie – uśmiechnęła się serdecznie. – Córce też mówię, że trzeba studiować, bo to bardzo ważne. Ludzie byli twórczy. Na każdym wydziale studenci zakładali swoje kluby twórczości ludowej albo historii, żeby człowiek wiedział coś o korzeniach. Ale muszę powiedzieć, że w tych książkach od historii nie zawsze była prawda. W Pana książkach to cała prawda, ale z podręczników do historii moje dziecko nic nie rozumiało. Kiedyś pyta mnie: „Mama, to tu jest Ukraina czy Polska, czy to Rosja?”. Dzieci tego nie rozumieją. To wszystko jeszcze z czasów caratu, kiedy robili wszystko, żeby nasza historia była zamazana. Za caratu pisali, że tu jest Rosja. Za czasów radzieckich też. A teraz już po tradycji nowi historycy przepisują po staremu i nikt nie chce wiedzieć, że to nie jest prawda. To trzeba, żeby z Pana książki przepisać do podręczników (śmieje się).

– My tak sobie rozmawiamy o tym, co dla Pani jest ważne, a Pan tylko się przysłuchuje. Co dla Pana jest ważne?
– Na pierwszym miejscu jest Bóg, na drugim – moja rodzina, a na trzecim – historia Podola, właśnie Katedra. Ona jest sercem Podola i ludzi, którzy tu mieszkają. To serce wciąż bije. Za czasów komunistycznych było strasznie. Jak ludzie przychodzili do kościoła, to było straszne. Kościół był do cna zniszczony. Biskup Piotr Mańkowski zmarł w Polsce, był wygnany z Kamieńca… Straszna historia. Był proboszczem na początku poprzedniego wieku, Rosjanie go zesłali, w 1918 został biskupem. Potem musiał wyjechać, a za czasów okupacji zniszczono mu grób. Gubernator zapytał go, dlaczego to wszystko robił, a on odpowiedział, że dla Boga. Straszna historia. Teraz wiara jest ludziom obojętna i to też jest straszne. Strona materialna jest na pierwszym miejscu.

– Jak Pan odbiera i wspomina wcześniejsze plenery?
– Chyba nijak. Takie dzieciaki.

– Co Pan myśli o idei współpracy ze Wschodem?
– Pozytywnie. To może dać przyjaźń pomiędzy narodami. A tego, niestety, nie ma. To widać głównie w polityce… pozycja Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, a szkoda. Ich księża bardziej zajmują się polityką, niż duszpasterstwem. Myślę tak przez ostatnie wybory. W cerkwi nie było Boga, był tam portret Janukowycza.

– Jak Pan odbierał więc całą pomarańczową rewolucję?
– Pozytywnie. Starali się, żeby ludzie żyli jak ludzie, a nie jak bydło. Zmieniła trochę, pozytywnie. Mam nadzieję, że będzie więcej.

– Kiedy rozmawiałam z młodym chłopakiem z Podola, to mówił mi o takim słowie „przek”…
– Oj, tak, tak. To znaczy Polak. Chociażby wczoraj taki jeden pan do mnie powiedział po rosyjsku „Was, Polaków, wsiech nadał wybić z Ukrainy”. Tu mieszkają „homo sovietikus” – taka narodowość. Nie Polacy, nie Ukraińcy, ale ludzie sowieccy i od nich takie słowa można usłyszeć. No, ale za dwa, trzy lata… Po wyborach może tego nie będzie. Może będzie jakaś współpraca. Może różne wymiany dzieci…To słowo wynika z kultury, wychowania i nieznajomości.

– Kiedy myśli Pan „Ukraina”, co ma Pan przed oczyma?
– Moją ojczyznę. Różne kultury, tradycje, różnych ludzi, ale jeden naród – patriotów swej ziemi. To jest Ukraina, ale nie Ukraina sowiecka ani rosyjska, bo to są moi nieprzyjaciele. Sowiecka była straszna. W Kamieńcu nie było kościoła. Moja mama została sama z małym bratem, jej ojca rozstrzelano, jej matka umarła w obozie. Całe życie się bała.

Rozmowa znowu zaczęła się urywać. Sporo osób interesowało się stoiskiem mojego rozmówcy. Nie chciałam przeszkadzać, więc podziękowałam i już miałam się żegnać, gdy spytałam o imię pani przewodniczki.

– Nazywam się Tatiana Łukaszczuk-Witkowska – uśmiechnęła się. – Tak, to polskie nazwisko od strony taty. Tutaj dużo ludzi ma takie korzenie. Na katechezie, kiedy przygotowywałam się do chrztu, ksiądz zapytał, dlaczego przyszłam akurat do Kościoła katolickiego. Może dla niego to nie był taki poważny argument, ale mu odpowiedziałam, że to wołanie przodków (śmiech). Argumentem prawdziwym jest to, że człowiek szuka Boga.

– A pan, jakiej narodowości tak naprawdę jest?
– W moich żyłach płynie krew polska, ukraińska i rosyjska. Jestem katolikiem obrządku rzymskokatolickiego. My na tej ziemi – tylko pielgrzymi, a nasza ojczyzna tam, w niebie.

– Ja słyszałam, że to tak jest, że krew katolicka w końcu w którymś pokoleniu musi zwyciężyć.

Przywitaliśmy się z przechodzącym organistą i zamieniliśmy z nim kilka słów. Pani Tatiana była ciekawa, co ja tu właściwie robię, kim jestem i jakie mam plany. Po tej rozmowie miałam trochę mieszane uczucia, bo momentami odnosiłam wrażenie, że nie rozmawiałam z prawdziwymi ludźmi, tylko świętymi.

Wieczorem rozpętała się straszna burza i były przerwy w dostawie prądu. Jednak nam to nie przeszkadzało. Zjedliśmy kolację po ciemku, a potem jeszcze dobrą godzinę siedzieliśmy, żartując i rozmawiając. Kiedy za oknem trochę się uspokoiło, poszłam z panem Witkiem złapać taksówkę, żeby jak najszybciej dojechać do organisty, który dziś zaprosił nas do siebie. Taksówki w Kamieńcu są zazwyczaj w strasznym stanie. Jeden z uczestników pleneru, Łukasz, opowiadał mi, że w trakcie jazdy coś zaczęło dymić z przodu, a kierowca jak gdyby nigdy nic wysiadł nalał pod maskę trochę wody i jechał dalej. W trakcie kursu zdarzyło się to kilkakrotnie, a taryfiarz za każdym razem nie był ani zmartwiony stanem samochodu, ani nim zirytowany. Taksówka, w której my jechaliśmy, nie miała żadnej awarii. Na podłodze było linoleum, a przy pasach wisiały jakieś kable. W strugach deszczu bardzo szybko dojechaliśmy na miejsce.

Mieszkanie, w którym się znaleźliśmy, urządzono ze smakiem. W dużym pokoju już czekał na nas suto zastawiony stół ze śnieżnobiałym i wykrochmalonym obrusem. Wszystkie meble były z prawdziwego drewna i musiały służyć rodzinie od wielu lat. Na masywnych półkach stały równo poukładane książki. Wśród nich wypatrzyłam Biblię, Sienkiewicza, Żeromskiego, Mickiewicza, słowniki i piękne albumy. Wizerunkom Chrystusa i Matki Boskiej na szafkach towarzyszyły pejzaże z widokami Kamieńca. Na lakierowanym pianinie stał wazon z kolorowymi palemkami wielkanocnymi i małą biało-czerwoną flagą.

Do Domu Pielgrzyma również wróciliśmy dość późno taksówką. Nie znam się na samochodach, ale to, co zobaczyłam, zrobiło na mnie duże wrażenie. Podobnie jak cena za przejazd, bo wracaliśmy właściwie w nocy w luksusie, a zapłaciliśmy mniej, niż wcześniej. Żeby w Polsce były takie taksówki!

Następnego dnia czekało nas już tylko poranne pakowanie. Ta noc była ostatnia w Kamieńcu Podolskim.

Przed pomnikiem Lenina
Wyruszyliśmy w drogę. Naszym pierwszym celem był zamek w Międzybożu. Przewodniczka, którą nam tam przydzielono, była okropnie nudna i jak karabin wystrzelała z siebie wszystkie wykute na pamięć zdania bez większych emocji. Część muzealna była odnowiona, ale dawna cześć pałacowa okazała się kompletną ruiną. Wchodziliśmy do niej po deskach. Natomiast porozrzucane deski służyły za posadzkę. Na szczęście, trwają tam prace remontowe. Po zamkowym dziedzińcu wałęsali się miejscowi chłopcy, ale szybko zostali wygonieni przez pracowników.

– Teraz jedziemy do ukraińskiej Częstochowy – oświadczył pan Witek. Po kościele w Latyczowie oprowadzał nas dominikanin, który był zupełnym przeciwieństwem przewodniczki z Międzyboża. Żartował i zapraszał nas na następne wakacje. Tam również trwały prace budowlane. Widać było, że tereny przykościelne, dzięki działaniom zakonników, szybko się rozwijają. Podobno niedawno rozbili tam swoje namioty jadący na Krym studenci z Wrocławia.

W Niemirowie, miejscu produkcji ukraińskich alkoholi, miała odbyć się przerwa na obiad, jednak problemy ze znalezieniem lokalu były bardzo duże. W jednym serwowano pierogi z kapustą lub serem i barszcz, ale nie było toalety. Ktoś na ulicy polecił nam „Orchideę”, ale wypędzili nas, bo już jakaś grupa zajęła wszystkie stoliki. W menu mieli tylko pierogi i zupę jarzynową. Poza tym jak twierdzili: restauracja w ogóle dziś nie działa. Kolejna miła nieznajoma powiedziała, że przy dworcu, całkiem niedaleko – około 5 minut stąd – można dobrze zjeść. Po drodze minęliśmy budkę z hot-dogami. Szliśmy dość długo, aż w końcu część z nas – zdesperowana i głodna – weszła do sklepu spożywczego. Przed nim spotkaliśmy miłą nieznajomą, która zdziwiona spytała, czy nie mamy samochodu, bo do polecanego przez nią miejsca na piechotę jest trochę daleko. Postanowiliśmy więc wrócić po hot-dogi. Budkę, jak się okazało po chwili, zamknięto. Zrezygnowani wracaliśmy po barszcz i pierogi w barze bez toalety, gdy nagle ktoś zauważył restaurację. Weszliśmy. Delikatne światło sączyło się z kinkietów i oblewało tapetę w ciepłym odcieniu beżu. Panie, tam pracujące, były bardzo zdziwione, że ktoś je odwiedził. Toalety też nie było, ale za dwie hrywny się znalazła – całkowicie normalna, czyściutka, z pięknymi kafelkami. Tylko napis na drzwiach głosił: „Toaleta nieczynna”. Wszystko byłoby wspaniałe, gdyby nie historia z uciekającymi schabowymi, która powstała w trakcie ponad godzinnego oczekiwania na obiad dla 10 osób. Znaczna część z nas popierała teorię, według której kotlety albo ziemniaki uciekały i mogli je podać dopiero po złapaniu. W trakcie pościgu oczywiście wystygły. Inni twierdzili, że to specjalna taktyka, której zasad sama do końca nie jestem pewna.

Późnym wieczorem dotarliśmy do Humania. Na obrzeżach miasta na ziemi walały się kamienie, które wyglądały jakby ktoś specjalnie tak je rozrzucił, żeby były pod ręką w razie potrzeby. Pan Witek oświadczył nam, że pomnik Lenina wskazuje na nasz hotel, więc nie może być on dobry. Niektórzy już w nim byli i opowiadali o zardzewiałej beczce z wodą, prześcieradłach prasowanych, ale niepranych oraz inne ciekawe historie.

Na początku nie wyglądało to źle. Pomyślałam nawet, że tylko sobie żartowali, bo hotel wydawał się całkiem normalny. Wzięcie prysznica z ciepłą woda kosztowało 5 hrywien, ale był on czynny od 6 rano do 10 wieczorem. Przyjechaliśmy o 17 minut za późno, by z niego skorzystać. Dostałam dwójkę z Emilką. Pokoik był nieduży. Ściany pokrywała ładna tapeta. Nad łóżkiem Emilii wisiał kołchoźnik, który kiedyś, służąc szerzeniu propagandy, dzielnie bronił się przed wyłączeniem i zmianą programu. Prześcieradła i pościel były brudne, więc postanowiłyśmy spać w ubraniu. Rozmawiałyśmy. W pewnym momencie po podłodze przebiegł wielki karaluch. Spojrzałyśmy po sobie porozumiewawczo. Zardzewiała beczka też była. Na szczęście ja traktuję takie warunki bardziej jako przygodę, niż karę Bożą. Mimo wszystko miło było opuścić hotel na całodzienną wycieczkę.

Po Zofijówce, założonej przez Szczęsnego Potockiego dla pewnej „princessy”, czyli dla jego żony Zofii, oprowadzał nas mężczyzna, z urody przypominający rdzennego mieszkańca Ameryki Północnej. Mówił piękną polszczyzną, cytował Trembeckiego i był wprost zakochany w tym parku. Zapytany przez pana Witka, dlaczego mają w Humaniu pomnik Lenina, bardzo się zdziwił i odpowiedział pytaniem: „A czyj pomnik mielibyśmy postawić?”.

W Zofiówce spędziliśmy kilka godzin. Potem wsiedliśmy do autokaru, żeby pojechać do Targowicy. Droga w jedną stronę zabrała nam półtorej godziny. Zrobiliśmy sobie zbiorowe zdjęcie. Cały pobyt w Targowicy trwał niecałe 10 minut. Wszyscy byli wściekli, głodni i znudzeni. Kiepskie nastroje złagodził pan Witek uroczym: „Dziękuję wam w imieniu historii”.

Po południu poszliśmy na cmentarz żydowski w Humaniu, na którym pochowany jest Nachman z Bracławia. Niestety, nawet chłopcy nie mogli wejść, bo wprowadzono zasadę, że tylko Żydzi maja tam wstęp. W dzielnicy żydowskiej pierwszy raz w życiu zobaczyłam prawdziwych chasydów. Słychać było dźwięki ich muzyki i rozmowy w jidysz. W kiosku z szyldem „Only kosher food” można było kupić kukurydzę w puszce, colę light, fantę i normalne słodycze. Do hotelu wróciliśmy okrężną drogą przez ul. Radziecką.

Następnego dnia rano znów przeleciał po schodach karaluch. Oddaliśmy klucze i zapakowaliśmy bagaże do autokaru. Kiosk z prasą był oznaczony trzema napisami: po rosyjsku, ukraińsku i angielsku. W drodze do Lwowa zatrzymała nas policja i po negocjacjach zapłaciliśmy 40 hrywien mandatu. Mieliśmy szczęście, bo nie sprawdzili, kogo przewozimy. Na Ukrainie nie wolno bez zgody specjalnej instytucji przewozić dzieci i młodzież ukraińską. Poza tym pan Witek pobił rekord 417 punktów, grając na komórce w grę, dźwięki której jednych doprowadzały do szału, a innych rozbawiały do łez.

Do Lwowa dojechaliśmy bardzo późnym wieczorem. Lwowianki były bardzo podekscytowane. Dziś odłączały się od nas i na kilka dni wracały do swoich domów. We Lwowie mieszkaliśmy u polskich rodzin. Ja mieszkałam u pani Jadwigi. Od razu po wejściu do domu usadziła nas przy stole i poczęstowała pomidorową z kluskami, kurczakiem i kaszą gryczaną. Gdy zjedliśmy, skierowała nas do łóżek. Była bardzo miła, ale budziła we mnie lęk. Prawie cały czas w jej mieszkaniu słyszałam telewizor, ale oglądano tylko polskie programy.

Ludu kochany
O 12 następnego dnia mieliśmy się wszyscy spotkać przed bramą główną Cmentarza Łyczakowskiego. Pani Jadwiga, zapytana jak tam najszybciej dojść, bez słowa zaprowadziła nas do kuchni i kazała wyjrzeć przez okno. Po drugiej stronie ulicy z niewielkiego wzgórza wyrastał las krzyży i kamiennych nagrobków. Wyjaśniła nam, jak mamy iść, ale my i tak wybraliśmy drogę przez cmentarz.

Cmentarz Łyczakowski jest jedną z najstarszych nekropolii w Europie. Na nim leżą m.in. Maria Konopnicka, Artur Gorottger, Władysław Bełza, Karol Szajnocha, Iwan Franko, Julian Konstanty Ordon, Stefan Banach i Gabriela Zapolska. Poza tym nagrobki były wykonywane przez słynnych rzeźbiarzy i po dziś dzień zachwycają. Największe wrażenie zrobiła na mnie leżąca piękność dłuta Juliana Markowskiego na grobowcu Reginy Markowskiej, która występowała na deskach lwowskiego teatru. Na cmentarzu Orląt Lwowskich w ciszy odsłuchaliśmy krótkiego wykładu historycznego i zapaliliśmy znicze. Później oczywiście odbyła się długa wycieczka po Lwowie, ale warto było trochę się pomęczyć, bo zobaczyliśmy prawie wszystko, co warte jest zobaczenia w tym mieście.

Popołudnia i wieczory zależały od prywatnych uzgodnień z naszymi gospodarzami, więc mogliśmy się w miarę samodzielnie poruszać po okolicy. Możliwości były trzy: na piechotę, taksówkami lub tramwajami. Pierwszy był najbardziej popularny ze względów oczywistych, taksówek użyliśmy tak naprawdę dwa razy w czasie dwóch wieczorów, a tramwajami jeździliśmy prawie cały czas. We Lwowie powstała jedna z pierwszych linii tramwajowych w Europie. Szczerze powiedziawszy, tramwaje, którymi podróżowaliśmy, też pamiętały przynajmniej kilka pokoleń. Trzęsło w nich niemiłosiernie i na zakrętach myślałam, że za chwilę wyskoczymy z torów. Było to jednak bardziej zabawne, niż niebezpieczne. Wchodząc do lwowskiego tramwaju, należy zapłacić 50 kopiejek pani, która sprzedaje bilety. Pewnego razu, gdy zjeżdżaliśmy z górki, coś skrzypnęło, tramwaj gwałtownie zahamował, a z kabiny wyskoczyła, załamując ręce, bileterka. Zauważywszy zaniepokojone miny ludzi, ze stoickim spokojem rzekła: „Ludu kochany, wysiadajcie! No co ja wam zrobię jak stanął!? Chcąc nie chcąc, wszyscy musieli wysiadać, bo coś się popsuło”.

Pewnego popołudnia ja i Emilia umówiłyśmy się z kilkoma osobami z Polski na wspólny wypad. Mieliśmy się spotkać przed bramą główną cmentarza. Sklepik, stojący po drugiej stronie ulicy, był już zamknięty. Usiadłyśmy na ławeczce. Było jeszcze sporo przed czasem i w duchu liczyłam na to, że reszta dołączy do nas trochę wcześniej, niż było to ustalone. Po jakichś dziesięciu minutach dosiadł się do nas młody mężczyzna, ubrany w jeansy i zwykłą koszulę. W ręce trzymał piwo. Wcześniej też coś pił. Przywitał się i usiłował z nami porozmawiać. Trochę się przestraszyłam, bo nikogo nie było w okolicy. Nie mogłyśmy go zrozumieć i on nas chyba też nie za bardzo. Nie był agresywny, ale nie chciał się też od nas odczepić. Taras, bo tak miał na imię, mówił nam coś o swojej żonie i o tym, że jak był mały, chorował na ospę i opiekowała się nim siostra. Starałyśmy się go przekonać, że jest już po porze obiadowej i pewnie jego żona martwi się o niego. Zaczął nas wypytywać o Kraków, bo był tam jako chłopiec i mało już pamięta, a chciałby kiedyś jeszcze zwiedzić to miasto. Na domiar złego nasi towarzysze się spóźniali, ale nawet ich przybycie nie zraziło Tarasa. Odprowadził nas na przystanek tramwajowy. Tramwaj szybko podjechał, a on bardzo grzecznie i miło nas pożegnał oraz zapewniał, że polskie dziewoczki są najmilsze na świecie.

W dniu powrotu do Polski żar lał się z nieba. W autokarze ledwo można było wytrzymać. Przed granicą grupa ukraińska musiała wysiąść i przekroczyć ją na piechotę, bo nie mieliśmy zgody na ich przewóz. Stronę ukraińską przekroczyliśmy bez problemu, jednak w Polsce zatrzymano nas na dłużej i nawet przeszukano jedną z walizek. Później zjedliśmy obiad w restauracji, stylizowanej na staropolską karczmę. Podano wielki półmisek różnego rodzaju mięs.

Nikt z Polaków nie chciał wracać do domu. Dla jednych był to powrót do szarej codzienności, a dla innych – koniec przygody. Jadąc na Ukrainę, tak naprawdę nic o niej nie wiedziałam. Istniała dla mnie jej historia, ale nie było ludzi. Nie znałam też prawdziwych realiów. Zobaczyłam zniszczone domy, ale też małe rezydencje i wystrojone aż do przesady młode kobiety ze Stanisławowa. Słyszałam o nienawiści, ale jej nie odczułam. Może byłam tam za krótko, żeby zobaczyć i poczuć wszystkie jej aspekty, ale na pewno przestała być dla mnie czarno-białym filmem bez głębszego wyrazu. Obraz Ukrainy jest pełen barw i pełen kontrastów.

Magdalena Kurowska
Tekst ukazał się w nr 1 (53) 15 stycznia 2008

X