Pytają dlaczego

Pytają dlaczego

Dlaczego „stałem” na kijowskim Majdanie? Bo tak było trzeba po prostu!

Nie, ja nie jestem wcale buntownikiem, rewolucjonistą, bohaterem, wojownikiem. Zwyczajny ze mnie brodaty grubas, pięćdziesięcioletni idealista, filozof i poeta, historyk w okularach. Do tego jeszcze chory, z laseczką, niezbyt zwinny i szybki (to mało powiedziane!). Jaka może być korzyść z takiego kogoś tam, gdzie trzeba biegać, spać na mrozie, nadstawiać karku? Raczej niewielka. Wiem o tym dobrze i wiedziałem to i wtedy, ale pojechałem. Tam było moje miejsce i tyle. Dlaczego tak właśnie? To długa historia.

Kiedy po zakończeniu „Pomarańczowej Rewolucji” niewiele się na lepsze na Ukrainie zmieniło, powiedziałem sobie – dosyć. Pomyślałem: „Ty stary baranie! Znowu się dałeś nabrać! Nieprzespane noce, wożenie transportów z pomocą z Polski, dziesiątki napisanych listów, setki rozmów z Przyjaciółmi z całego świata, apele o solidarność z Ukrainą, a na sam koniec – misja obserwacyjna na Zakarpaciu i… nic! Miało być lepiej, a zrobiło się gorzej! Najpierw Rewolucja, a potem politycy, pieniądze, konflikty, kłamstwa i jaki rezultat? Po kilku latach – Janukowycz prezydentem! Nigdy więcej! Żadnych rewolucji, zrywów, akcji! Nawet – już jeśli kiedyś coś dziać się zacznie – stój z boku i tyle! Chcesz być idealistą? A bardzo proszę, bądź sobie! Tylko już nigdy nie bądź naiwniakiem! Koniec!”. Ja naprawdę tak sobie myślałem! Zdaje się, że nie tylko ja. Zawód, zniechęcenie, rozczarowanie, poczucie beznadziejności i bezradności było powszechne. Tak było aż do listopada 2013 roku.

Gdy w listopadzie „wybuchł” Euromajdan w Kijowie, przez pierwszych dni kilka milczałem. Pomny porażki poprzednich mych nadziei, pamiętając o tym jak politycy i oligarchowie zdradzili, wykorzystali, sprzedali to wszystko co było nam w „Pomarańczowej Rewolucji” drogie, siedziałem cicho w mym Drohobyczu, a nawet wtedy gdy odczuwałem „porywy ducha” dyscyplinowałem go przypominając sobie wszystkie solenne obietnice po poprzedniej porażce sobie złożone. Tak było. Aż do momentu, gdy dowiedziałem się, że moi wolontariusze, ci którym o patriotyzmie, wierze, miłości i nadziei całymi latami opowiadam, pojechali do Kijowa.

Właśnie to, a nie pobicie pod Kolumną Wolności studentów i demonstrantów, wyrwało mnie z letargu. Dotarło bowiem do mnie, że niezależnie od tego czy zwyciężymy, czy ziszczą się nadzieje, czy przegramy i przyjdzie mi kolejny raz rany w duszy goić – muszę o PRAWDĘ walczyć i tyle! Cóż bowiem ze mnie za opiekun i wychowawca młodzieży, jeśli szacunku dla prawdy, uczciwości ją uczę, o miłości do Ojczyzny mówię, o wierze i nadziei opowiadam, jeśli w momencie próby, w czas gdy czynami trzeba słowa potwierdzić, chłodno będę kalkulował i za plecami „moich dzieci” chował się będę? Co z mą Wiarą, Miłością i Nadzieją, gdy Oni tam, a ja tu? Przecież, jeśli tak zostanie, to niewiary dam świadectwo. Przecież ja, Polak, kocham Ukrainę i wierzę, że Jej losy Tam się decydują i jakże to tak? Pamięci o rozczarowaniach dawnych pozwolę nową nadzieję zadławić? NIE! Założyłem więc ciepłe majtki (starszym już panem jestem), zasznurowałem mocno buty i ruszyłem do akcji.

Nie, nie od razu pojechałem do Kijowa. Najpierw były akcje organizowania opatrunków, lekarstw, żywności i ciepłych ubrań dla protestujących. Były też dziesiątki listów rozsyłanych po całym świecie i opowiadających o tym co się na Ukrainie dzieje, czym jest i dlaczego się Euromajdan zaczął. Był wyjazd do Polski i spotkania, spotkania, spotkania, rozmowy… I potem pojechałem. Trafiłem do „Winnickiego Kurenia”. Był to wojskowy zielony namiot postawiony tuż przy budynku Profspiłok, zaraz przy „trzeciej barykadzie”. Winniczanie, tak młodzi chłopcy, jak i starsi panowie, przyjęli mnie z otwartymi ramionami. Powiedziałem im kim i dlaczego tam jestem i… zostałem jednym z nich! To był wielki zaszczyt dla mnie. Po pewnym czasie zrozumiałem, dla nich też było ważne że byłem z nimi. To, że mieli „swojego Polaka”, było potwierdzeniem tego, że inne narody rozumieją, że są z nimi i wspierają. W grudniu, w styczniu, jeszcze przed lutowymi walkami, przed „kijowskimi negocjacjami”, przed ucieczką Janukowycza – było to bardzo ważne. Przecież, mimo wiary i nadziei, nikt jeszcze nie wiedział jak to wszystko się skończy. Internet, prasa, telewizja dyszały apokaliptycznymi wizjami czołgów miażdżących namiotowe miasteczko, „Berkutu” rozszarpującego, rozstrzeliwującego i pałującego demonstrantów, „bratniej” rosyjskiej pomocy dla Janukowycza i Azarowa. W ten czas obecność na Euromajdanie Polaków, Litwinów, Białorusinów i innych jeszcze miała swoją wagę. Ja (wtedy jeszcze 150 kg) byłem tego istotną częścią.

Dla tych, którzy nie wiedzą i dla tych którzy na Majdanie nie byli. Majdan Niezależności był prawdziwym terytorium braterstwa i wolności. Wszyscy tam byliśmy braćmi. Niesamowita życzliwość, uczynność, światło w oczach – to byli „Majdanersi”. Można było liczyć na pomoc każdego, nawet obcej osoby. Ba! Nie trzeba było nawet o tą pomoc prosić! Zjednoczeni wiarą w lepszą dla Ukrainy przyszłość, młodzi i starzy, ze wschodu i z zachodu, ukrainomowni i rosyjskojęzyczni – trwali tak w oporze przeciwko temu co jest POZA MAJDANEM, jak i w gotowości służenia temu co PO MAJDANIE się narodzi. Stali tam, marzli, chorowali, a potem ginęli. Nie, nie dla polityków, partii czy pieniędzy, ale dla swej Ojczyzny, dla matek, żon, dzieci. Za sprawiedliwość, prawdę i za uczciwość. Miałem szczęście być jednym z nich.

Fot. Artur Deska

Fotografowałem, rozmawiałem, spotykałem się z obcymi mi ludźmi, którzy po kilku zamienionych słowach stawali się mi Przyjaciółmi. „Moi” winniczanie, widząc że jestem chory, chodzę z laską, ciężko mi długo stać na nogach, wyciągnęli ze sterty kloców kilka drewnianych pieńków, jakąś dyktę i urządzili mi „stanowisko” tuż przy „trzeciej barykadzie” w sąsiedztwie „Kurenia”. Tam spotykałem się z mymi wolontariuszami „stojącymi” na Majdanie, fotografowałem, poznawałem nowych Przyjaciół (wiele z tych przyjaźni trwa do dzisiaj). Tam ci sami winniczanie, często starsi panowie z twardymi spracowanymi na gospodarce dłońmi, podchodzili do mnie troskliwie pytając czy nie zmarzłem czasami, czy nie zapomniałem wziąć mych leków (często zapominam), czy nie jestem przypadkiem głodny. Niekiedy, o nic mnie nie pytając, sami z własnej inicjatywy, przynosili mi chleb i sało, miseczkę zupy, ząbek czosnku (to tak, żebym się nie przeziębił, bo „przecież tyle godzin już siedzisz na mrozie”). Czasami podchodzili zwyczajnie, tylko po to by kilka słów zamienić, zapalić wspólnie (oni papierosy, ja fajkę), uśmiechnąć się i pomóc w dotrwaniu do rana. Kiedy to wspominam – jeszcze dzisiaj ciepło na sercu mi się robi.

Jeszcze w końcu grudnia, podczas pierwszego na Majdanie pobytu, przywiozłem do Kijowa polską flagę. Taką z orłem, biało-czerwoną. Na drugi dzień przebywania wśród winniczan zapytałem: „pozwolicie mi ją nad Kureniem, obok synio-żowtej powiesić?”. Zrobili to z radością! Szukali najpierw odpowiednio długiej żerdzi (a znalezienie jej nie było łatwe), potem kombinowali jak tą żerdź tak umocować, by wiatr flagę poruszał i by ta dostojnie nad Majdanem falowała. Kiedy po kolejnym już pobycie na Majdanie, w styczniu 2014 roku wyjeżdżałem na dłużej do Polski – ona tam została. Zostały też historie opowiadane o Polaku który na Majdanie „jadł z jednej miski” z chłopcami z Winnicy i który powiózł w świat ich opowieści o ukraińskiej nadziei.

Fot. Artur Deska

Nie było mnie na Ukrainie w gorące lutowe dni 2014 roku. Nie było mnie na Majdanie. Wyjechałem do Polski, by się trochę podleczyć, znaleźć nową dla Majdanu pomoc, opowiedzieć o tym, co i dlaczego się w Kijowie dzieje. Walki na Majdanie oglądałem przez internet i płakałem z bezsilności i żalu. Modliłem się za wszystkich, którzy wtedy byli TAM – szczególnie za Przyjaciół i „moich” winniczan. Już 27 lutego byłem z powrotem w Kijowie. Profspiłki jeszcze dymiły, a na Majdanie wszędzie unosił się smród spalenizny. Po „Winnickim Kureniu” nie było nawet śladu – spłonął. Winniczan spotkałem – okopconych, w bandażach, utykających. Nie wszystkich – niektórzy z nich już ruszyli na wschód, bronić Ukrainy. Ci zaś których spotkałem – Wojownicy Majdanu, zmęczeni i brudni – opowiadali mi jak tydzień wcześniej bronili barykady. I jak wtedy, gdy płonęły profspiłki, spłonęły flagi – razem polska i ukraińska. Oni, niemłodzi już panowie, część z nich „po Afganistanie”, stali przede mną w przepraszającej pozie i ze łzami w oczach tłumaczyli – „Widzisz Bracie, taki był żar, taki dym – że nie sposób było je uratować. Wybacz, proszę…”

Minęły dwa lata. Wiele się wydarzyło – wojna na wschodzie, dziesiątki transportów humanitarnych, okupacja Krymu, uchodźcy w Drohobyczu, wyjazdy na granicę, kamizelki, mundury, ambulansy, zabici, ranni, jeńcy, wdowy, sieroty… Wszystko ważne. A ja nadal Majdan wspominam – miseczkę zupy przez pana Iwana na barykadę mi przyniesioną, światło w oczach ludzi i te dwie płonące flagi nad Majdanem…

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 4 (248) 29 lutego – 17 marca

X