„Nauczyłem Ananda jeść ryby…”

„Nauczyłem Ananda jeść ryby…” Karykatura Margeira Péturssona

Margeir Pétursson – szachista urodzony w Islandii 15 lutego 1960 roku. Mistrz Islandii (1985, 1986), zwycięzca Turnieju Krajów Północy (1987), uczestniczył w 11 światowych olimpiadach szachowych w latach 1976-1996. Uczestniczył w trzech turniejach o mistrzostwo świata. Arcymistrz klasy międzynarodowej w roku 1986. Z wykształcenia prawnik i ekonomista. Dziś – przewodniczący zarządu banku „Lviv”, mieszka we Lwowie.

Wielu znanych szachistów łączyło grę na turniejach z sukcesami w pracy zawodowej, osiągając w obu dziedzinach wspaniałe wyniki. Wymienię kilka nazwisk: Michaił Botwinnik, elektromechanik z wykształcenia, pomiędzy turniejami o mistrzostwo świata obronił rozprawę doktorską; jego kolega i rywal Milan Widmar był znanym arcymistrzem i też doktorem elektrotechniki; dr Zigbert Tarrash – wielokrotny pretendent na tytuł mistrzowski na co dzień był lekarzem; lekarzem-rentgenologiem był też przedwojenny szachista ukraiński Fedir Bohatyrczuk; natomiast mistrz świata z lat 30. ub. wieku Max Euwe był nauczycielem. Dziś niestety, chcąc osiągnąć sukces w innej niż szachy dziedzinie zawodowi szachiści zmuszeni są opuścić wielki sport. Najlepszym tego przykładem jest kariera wielokrotnego mistrza świata Garri Kasparowa, który przerzucił się na karierę polityczną, a jego konkurent Joel Lautier, jeden z nielicznych, któremu udało się w dziesięciu partiach z Kasparowym osiągnąć wynik dodatni (2 wygrane, 1 przegrana i 7 remisów), obecnie jest biznesmenem i przewodniczącym roboczej grupy Stowarzyszenia Europejskiego Biznesu.

Do tej ostatniej grupy należy również arcymistrz z Islandii Margeir Pétursson, który już od kilku lat mieszka we Lwowie i jest prezesem zarządu banku „Lviv”. Spotkałem go niedawno podczas turnieju „Klubu lwowskich arcymistrzów”, założonego przez niego wspólnie z Adrianem Mychalczyszynem przed trzema laty. Zbiera on regularnie elitę szachową i to nie tylko z naszego miasta, ale i licznych gości. Obowiązkową częścią zawodów jest turniej błyskawiczny. Tym razem Margeir nie brał w turnieju udziału – przybył obserwować grę kolegów, a po zakończeniu turnieju z przyjemnością wręczył nagrodę zwycięzcy Martinowi Krawciwowi. Podczas gdy zawodnicy zmagali się o nagrodę, wypadła okazja zamienić kilka słów z arcymistrzem.

Panie Margeir, co sprowadziło pana do Lwowa z dalekiej Islandii?
Gdybym nadal zawodowo grał w szachy, na pewno bym do was nie dotarł, bo na Ukrainie prowadzi się niewiele turniejów szachowych wysokiego szczebla. Gdy zrozumiałem, że daleko w szachach nie zajdę, zacząłem studiować ekonomię, zostałem bankierem i od kilku lat mieszkam i pracuję we Lwowie. Trudno chyba w to uwierzyć, ale mieszkam przy ul. Fredry, obok klubu szachowego, a na dodatek w mieszkaniu znanego szachisty lwowskiego Leonida Szteina. To właśnie Sztein był pierwszym arcymistrzem, którego widziałem z bliska. W dalekim 1972 roku w Reykjaviku odbył się turniej międzynarodowy, w którym brał udział. Sztein nie został zwycięzcą, ale zapamiętałem jego interesującą grę przeciwko naszemu szachiście Gudmundurowi Sigurjonssonowi. Wtedy to poważnie zająłem się szachami, bo w tym roku w Reykjaviku odbywał się też mecz o mistrzostwo świata pomiędzy Robertem Fisherem a Borysem Spasskim. Wtedy to bum szachowy wzniósł się u nas na niespotykane wyżyny.

Czy oglądał pan ten pojedynek?
Tak. Byłem obecny na kilku partiach. Niełatwo było zdobyć bilet na mecz. Wystawaliśmy w długich kolejkach. Miałem trochę szczęścia, bo partie odkładano i bilety były ważne też na dogrywki. Nie każdy mógł pozwolić sobie na chodzenie na gry co dnia, więc na dogrywki wysyłano mnie. Było to dla mnie świętem oglądać światowe sławy z bliska. Wtedy tak szachy zawładnęły moją wyobraźnią, że postanowiłem też coś w nich osiągnąć. Ponieważ grałem jeszcze w piłkę, musiałem wybierać – wybrałem tę najstarsza grę.

Jak szybko przyszły pierwsze sukcesy?
Trenerów wysokiej klasy w Islandii wtedy nie było, dlatego wiele pracowałem sam i po czterech latach doszedłem do stopnia mistrza i wziąłem udział w mistrzostwach swego kraju. Tak trafiłem do reprezentacji Islandii, gdzie grałem przez 20 lat. 11 razy brałem udział w olimpiadach szachowych, uczestniczyłem w licznych międzynarodowych turniejach. W Hastings w Anglii na przełomie 1985-86 roku spotkałem lwowskiego arcymistrza Adriana Mychalczyszyna – wtedy zostaliśmy zwycięzcami turnieju noworocznego. Byłem pierwszy, a on ustąpił mi tylko o pół punktu.

Studiowałem prawo, ale w latach 80. miałem kilka szachowych sukcesów, więc grałem dużo i z pozytywnymi wynikami. Dwa razy zdobyłem mistrzostwo Islandii i zdobyłem tytuł arcymistrza. Kilka lat grałem zawodowo. Pomagałem koledze Jóhannowi Hjartarssonowi w 1988 roku, gdy grał w 1/16 mecz z Wiktorem Korcznojem, zwyciężając 4,5:3,5. Z reprezentacją Islandii wtedy liczono się już na świecie. W 1992 roku, gdy Ukraina po raz pierwszy wystąpiła na Olimpiadzie Szachowej i zajęła 9 miejsce, my byliśmy na 6.

Spotykał się pan na turniejach i poza nimi z wieloma wybitnymi szachistami. Jakie ma pan wrażenie z obcowania z tą światowa elitą?
Miałem to szczęście, że poznałem wielu znanych szachistów. Mam z tych spotkań wiele interesujących wspomnień. Opowiem o kilku z nich.

Przede wszystkim muszę się pochwalić, że ze spotkań z aktualnym mistrzem świata Magnusem Carlsenem mam wynik pozytywny – wygrałem z nim partię błyskawiczną w 2004 roku. Dziś też jest mistrzem gry błyskawicznej. Chyba więcej nie spotkamy się, więc będę jednym z nielicznych, kto go pokonał (śmiech). Z jego głównym przeciwnikiem Vishi Anandem znamy się od dawna, gdy nie był jeszcze żonaty i przyjeżdżał do nas do Reykjaviku. Wtedy był jaroszem, ale w Islandii nie ma za dużo jarzyn. Żeby zapewnić mu smaczne pożywienie, nauczyłem go jeść ryby różnego gatunku. Później żartował, że to właśnie dzięki rybom, które są bogate w fosfor, zdobył mistrzostwo świata. Gdy rozgrywałem grę błyskawiczną z Władimirem Kramnikiem, zrozumiałem, co to jest poziom mistrzowski – często nie mogłem przewidzieć bieg jego myśli. Takie same uczucie miałem przy grze z Wasylem Iwanczukiem – gramy niby na różnych poziomach: ja na ziemi, a on – gdzieś w kosmosie. Ale z Garri Kasparowem udało mi się doprowadzić do remisu. Jest wspaniałym szachistą, a teraz dobrym analitykiem wydarzeń na świecie, o czym świadczą jego artykuły w prasie amerykańskiej. Za to dyplomata z niego nieudany – jest zanadto emocjonalny i autorytarny, dlatego nie odnosi sukcesów w polityce. Borysa Spasskiego pamiętam jeszcze z roku 1972. Bliżej poznaliśmy się dopiero w roku 1988, gdy trenował naszą reprezentację przed olimpiadą. Bardzo inteligentny, wykształcona osoba z oryginalnym sposobem myślenia.

Interesujące jest to, że gdy w 1992 roku znów rozgrywano powtórne spotkanie Spasski-Fisher, udało mi się być tam jako dziennikarz i jako dojrzały szachista właściwie ocenić ich grę i przedstawić swoje wrażenia. Wiadomo, że swe ostatnie lata Robert Fisher spędził w Reykjaviku, mieście swego triumfu, gdzie zmarł i został pochowany. Nie miałem odwagi zapoznać się z nim, był bardzo podejrzliwy i nie chciał nikomu wierzyć. Nawet lekarzom – co właściwie doprowadziło do śmierci – bo jego choroba jest dziś uleczalna. Bardzo miłe wrażenie mam ze spotkań z Wasilijem Smysłowym, z którym w 1995 roku na turnieju z okazji jubileuszu arcymistrza Fridrica Olafssona, byłego prezesa FIDE, zremisowaliśmy. Jego pojmowanie szachów było nadzwyczajne, a sam był bardzo wierzącą i inteligentną osobą. Z Michaiłem Talem spotkaliśmy się w 1981 roku w Tallinnie. Później często do nas przyjeżdżał. Był bardzo cichy i skromny, tylko palił jednego papierosa po drugim.

Już od wielu lat nie bierze pan udziału w turniejach. Jednak w listopadzie ub. roku był pan wśród uczestników tradycyjnego turnieju w Pühajärve.
Po raz pierwszy w ZSRR byłem w 1981 roku, właśnie w Estonii. No to miałem tam przyjaciół, którzy mnie zaprosili. Ale zagrałem tam słabo. Organizatorzy wymyślili zasady gry z handikapem (wyrównanie szans przez stworzenie słabszemu z zawodników lepszych warunków – red.). Na całą partię dano 20 minut, a czas rozdzielano według pozycji uczestnika. Jeżeli uczestnicy są równi – to każdemu po 10 minut. Ponieważ w turnieju biorą też udział amatorzy, więc mnie jako arcymistrzowi dawano 2 minuty, a przeciwnikowi – 18. Za dwie minuty trudno nawet przesuwać figury po szachownicy, a nie ma mowy o zwycięstwie. Z takimi przeciwnikami straciłem dużo punktów, więc nie mam się czym chwalić. Ale za to spotkałem wielu przyjaciół i kolegów – i to było najprzyjemniejsze.

Czy jako prezes, jest pan zadowolony z działalności „Lwowskiego klubu arcymistrzów”?
Ależ tak, naturalnie. Bardzo miło jest spotykać się z silnymi lwowskimi zawodnikami, zagrać w grę błyskawiczną, porozmawiać. Czuję się tu, jakbym nigdy nie rozstawał się z szachami. Chociaż młodsi często mnie ogrywają, ale jestem wdzięczny szachowej społeczności Lwowa, że uważa mnie nadal za arcymistrza i że nadal słuchają się mnie figury na szachownicy. Dzięki stałej praktyce, zachowuję dość dobrą formę i pozwalam sobie od czasu do czasu zagrać w międzynarodowych turniejach. Czuję, że coś mogę, bo zostałem włączony do drużyny „Legendy Islandii”, która uczestniczyła w drużynowych mistrzostwach Europy. One odbyły się w mojej ojczyźnie i nasza federacja miała prawo wystawić dwie drużyny. Otóż poleciałem do Reykjaviku i wspólnie z kolegami z dawnych lat usiadłem do szachownicy.

Iwan Jaremko
Tekst ukazał się w nr 4 (248) 29 lutego – 17 marca

X