Przekleństwo historii

Historia, jako nauka akademicka, najwyraźniej, jest niezależnej Ukrainie niepotrzebna. Jednak, jako byt nienaukowy, rozchodzi się jak gorące bułeczki w mroźny dzień. Te zabawy i fajerwerki z historią w tle wydają się być koszmarnym snem, z którego nijak nie można się wybudzić. Coś jak pijatyka, po której nie nastaje kac, ani nie przychodzi otrzeźwienie.

A otrzeźwienie powinno było przyjść już w czasie prezydentury Wiktora Juszczenki z jego dziwnymi próbami przepisania historii za pomocą ustaw. Nie przepisał, sam się nie utrzymał, a państwo naraził na liczne rozłamy wewnętrzne i protesty ze strony państw europejskich. Od tego czasu dzieje się tak: nacjonaliści na Zachodzie przepychają jeden radykalny wariant historii, inni – swój, antagonistyczny do poprzedniego. Historia na Ukrainie przepełnia wszystko , ale jest to historia zinstrumentalizowana pod interesy określonego polityka, partii czy rządzącej kliki.

Ukraińscy politycy dobrze wyuczyli lekcję: jeżeli nie możesz zaproponować wyborcom czegoś konkretnego – mów o historii. Mów o niesprawiedliwości, której zaznali nasi przodkowie. Obiecaj naprawić tę niesprawiedliwość, wystawiając przynajmniej rachunek za poprzednie krzywdy obecnym potomkom dawnych ciemiężycieli. Obiecaj też brać za wzór najlepszych z naszych przodków, głoś swój monopol na głoszenie ich sławy. To tanio i skutecznie. Nie trzeba reformować państwa, walczyć z korupcją, pisać nowe ustawy. Niewymagający ukraiński elektorat na Wschodzie da się kupić na obronie swej sławetnej sowieckiej przeszłości, a na Zachodzie – stuprocentowy sukces zapewni nacjonalistyczna wersja historii. Tak i żyjemy.

Niedawno pod obrady Rady Najwyższej trafił projekt ustawy „O obchodach państwowych 75-lecia początku deportacji ukraińskich autochtonów z Łemkowszczyzny, Nadsania, Chełmszczyzny, Podlasia, Ziemi Lubaczowskiej i Zachodniej Bukowiny w latach 1944–1951”. Podobny projekt nie jest niczym nadzwyczajnym dla ukraińskiego parlamentu. Bywały i gorsze. Najwyraźniej Rada Najwyższa po raz kolejny próbuje zastąpić instytut historii. Jedynie pensje ustala sobie na poziomie poselskim, a nie pracowników naukowych instytutów akademickich.

Jest zupełnie oczywistym, że nie ma tu mowy o ustalaniu prawdy historycznej, czy o uczczeniu pamięci ofiar. Taka ustawa potrzebna jest deputowanym wyłącznie do mobilizacji elektoratu. Trzeba jednak przyznać, że gdyby do tej kwestii odnieść się z rozsądkiem, zbadać wydarzenia i przygotować argumentowany tekst, to ustawa mogłaby wspaniale ułożyć się w mądrą politykę dekomunizacji. Mogłaby zademonstrować na ile okrutne były reżimy: nazistowski i komunistyczny. Ale, niestety, nie o tym mowa.

Analizując nazwiska autorów projektu ustawy, a szczególnie wyjaśnień do niej, można z dużą dozą pewności powiedzieć, że ten tekst, który pojawił się w przededniu wyborów prezydenckich, za którymi wkrótce nastaną i wybory parlamentarne, po to, aby deputowani mieli możliwość reklamowania się i żerowania na patriotycznych uczuciach obywateli. Jest też grupa zainteresowana tym, aby dać „godną odpowiedź” Polakom, obwiniając ich nawet o ludobójstwo Ukraińców.

Tym razem wybitnymi historykami Rady Najwyższej okazało się aż 94 deputowanych z Julią Tymoszenko, Borysem Tarasiukiem, Dmytrem Dobrodomowym i Andrijem Antoniszczakiem na czele. Nie brakuje na liście podpisów takich postaci jak Biłozir, Rozenblat, Najem, Barna i Iryna Łucenko. Oznacza to, że temat ten będą wykorzystywać i Petro Poroszenko i Julia Tymoszenko.

Wiem, że pod obrady wniesiono jeszcze jeden projekt ustawy: bardziej rozsądny i umiarkowany. Ale niestety sądzę, że nie ma on szans w konfrontacji z osobami, które podpisały pierwszy dokument.

Należy tu podkreślić, że już w samej nazwie rzeczonej ustawy zauważalna jest manipulacja, poprzez używanie nazw terenów, które zamieszkiwały grupy etniczne, połączone wspólnym mianownikiem „autochtonicznych Ukraińców”. W krótkim wyjaśnieniu do ustawy słowo „autochtoniczny” użyte jest aż 19 razy. Prawdopodobnie tym razem autorzy projektu postanowili zastąpić termin „etniczne ziemie ukraińskie”, który wcześniej tak często używany był przez Wiktora Juszczenkę bardziej neutralnym terminem ziem zamieszkałych przez „autochtonów – Ukraińców”. Jednak użycie tego terminu w dokumencie prawnym, który ma przyjąć parlament Ukrainy, może zostać przyjęte jako próba rewanżu i chęć aneksji terenów innego niezależnego państwa. Oprócz tego prezentuje nas jako zwolenników teorii, według której narodowości stworzył Pan Bóg i dał im konkretne tereny.

Zwolennikami tej teorii na Ukrainie (i nie tylko tu) są ludzie i ugrupowania o skrajnie nacjonalistycznych poglądach. Gotowi są przypisywać wszystkim Ukraińcom, którzy po II wojnie światowej mieszkali na terenach komunistycznej Polski, najwyższy poziom narodowej świadomości. Zaliczają ich wszystkich do zwolenników UPA. Wyciągając wniosek, że władza komunistyczna uciekła się do wysiedlenia Ukraińców po to, aby pozbawić UPA zaplecza socjalnego. Właściwie, co do ostatniej tezy, tak i było, ale działania te odbywały się w ramach o wiele szerszego projektu: likwidacji etnicznie mieszanych terenów i przekształcenia ich w narodowo jednolite, szczególnie na ziemiach przygranicznych.

Stąd wskazana ustawa nie ma prawa wyrywać z kontekstu wyłącznie Ukraińców. Jeżeli już przyjmować taki dokument w parlamencie, to musi być w nim o deportacjach, wysiedleniach i przesiedleniach narodów, jako elemencie etnicznych czystek terenów przez autorytarny system komunistyczny.

Mowa dokumentu jest na wskroś sowiecka (różni ją chyba akcent na „autochtoniczności” narodu). Poszczególne akapity wzięte są jakby z sowieckich podręczników, oparte na walce klasowej mas pracujących. Dla przykładu:

„Przez wiele stuleci ukraińscy autochtoni na tych terenach doznawali stałego ucisku i prześladowań od kolonizatorów za swą wiarę, język, ziemię, licznych ludzkich ofiar, strat materialnych i duchowych, niejednorazowych przymusowych wysiedleń”.

Inaczej mówiąc, obywatelom Ukrainy proponuje się uwierzyć w naiwny obraz, że kiedyś był „złoty wiek” ukraińskości, ale przyszli kolonizatorzy i raj podpalili. Zrozumiałe, że wyzyskiwaczami ludu pracującego mogli być jedynie „przybłędy” i do tego innej krwi. Z podobnego opisu można było by się uśmiać, gdyby nie dotyczył on tragicznych wydarzeń i nie był rozpatrywany przez najwyższy ustawodawczy organ państwa.

Kolejnym nonsensem dokumentu jest to, że Ukraińcy, jako jednostka państwowa, figurują w nim na przestrzeni wieków. Nawet napotykamy w tekście słowo „tysiąclecie”. Jeżeli mówimy poważnie, a nie z punktu widzenia propagandy, to o pojawieniu się świadomości narodowej na tych terenach można mówić od końca XIX wieku. A co zrobić z masowym rusofilstwem z tegoż XIX wieku? Czy wszystkich zapiszemy jako świadomych Ukraińców? I nawet tych Rusinów-unitów, którzy bronili Lwowa i dwukrotnie wykupywali miasto od najazdu Bohdana Chmielnickiego, którzy nachodził Lwów raz z Tatrami, raz z bojarem Buturlinem?

Jednym słowem, klasowe podejście zostało podmienione na narodowe i, jeżeli w okresie sowieckim normą było mówienie o eksploatacji chłopów przez szlachtę, to automatyczne przeniesienie podobnej kalki na grunt narodowy robi to stwierdzenie antynaukowym. Redukcja wszystkich Ukraińców jedynie do poziomu chłopstwa jest sprawą antyhistoryczną i szkodliwą.

Na szczególną uwagę zasługuje terminologia ustawy. Znajdujemy tu tak interesujące sformułowania, jak „proces wysiedlenia określonych Ukraińców”. Ale kim są ci „określeni Ukraińcy”? Opis rujnacji tradycyjnego życia Ukraińców można byłoby zostawić, gdyby nie przenosić odpowiedzialności za jego zniszczenie na obecne państwo polskie, a zgodnie z prawdą historyczną oskarżać o to ówczesny polski reżim komunistyczny. Ale po co wówczas naszym „bojownikom” o sprawiedliwość historyczną ten dokument, jeżeli nie będzie on dolewał oliwy do ognia i tak już złożonych polsko-ukraińskich stosunków? Odnosi się wrażenie, że przyjęcie tej ustawy potrzebne jest właśnie do zaostrzenia i bez tego złożonych stosunków międzypaństwowych.

Ile warte są takie określenia: „praktycznie wstrzymano tysiącletnie istnienie najbardziej na zachód wysuniętej gałęzi ukraińskości” czy „przymusowa deportacja z ziem ojczystych”. Pozostało jedynie zacytować jakąś żałosną piosenkę o ciężkiej doli chłopów, a na głosowanie ustawy zaprosić chór im. Weriowki. Jeżeli mówić poważnie, to używanie określeń lirycznych w dokumencie prawnym niweluje jego znaczenie i wskazuje na niski poziom tych, kto dokument przygotowywał.

Obecnie można stwierdzić, że przyjęcie takiego dokumentu jeszcze bardziej utrudni międzypaństwowe stosunki pomiędzy Polską i Ukrainą. Zarówno przez użycie wyrazu „autochtoniczni Ukraińcy”, jak i przez próbę przełożenia całej odpowiedzialności za deportacje i przesiedlenia na współczesną Polskę. Ta ustawa może być rozpatrywana nie tylko jako próba ustalenia historycznej sprawiedliwości i forma uczczenia ofiar deportacji, ale jako odwet wobec współczesnej polskiej polityki historycznej. Ale nawet w tym przypadku czyni to pozycję ukraińską niezwykle słabą. Chociażby przez to, że w wyjaśnieniu mowa jest o autorytarnym Związku Sowieckim i prawie przemilczane jest, że przestępstw dokonywał komunistyczny rząd polski, a nie współczesna Polska.

Autorzy zapominają, że podobne manipulacje mogą mieć efekt zwrotny. Współczesna Ukraina, jak by na to nie patrzeć, jest spadkobierczynią Ukraińskiej Sowieckiej Republiki Socjalistycznej. Nie jakiejś tam mitycznej Ukrainy, o którą walczyli ukraińscy nacjonaliści, a tej, po której nasze państwo przejęło teren we współczesnych granicach i zachowało wszystkie międzynarodowe umowy, podpisane w okresie sowieckim. Według logiki dokumentu, jeżeli we wszystkim obwiniać współczesne państwo Polskie, to wówczas całą odpowiedzialność za działania ZSRS należy przełożyć na współczesną Ukrainę, spadkobierczynię USRS.

Wówczas należy mówić o setkach tysięcy Polaków, deportowanych z Ukrainy Zachodniej. A prowadząc mowę o stratach materialnych i duchowych deportowanych Ukraińców, należy pamiętać i o deportowanych Polakach i tych majątkach i kulturze materialnej, które pozostały w miastach i miasteczkach Zachodniej Ukrainy. Zawodowych historyków razi sformułowanie „świadczą liczne dokumenty archiwalne”, a nie konkretne monografie i badania historyków. Niedopuszczalnym jest dowolne wykorzystanie cytatów z nieopracowanych źródeł archiwalnych. Używanie wyrwanych z dokumentu cytatów, które świadczą o wręcz straszliwym stosunku Polaków do Ukraińców, poza naukowym kontekstem, jest niedopuszczalne.

Najbardziej o manipulacyjnym charakterze ustawy świadczy świadome mieszanie pojęć „deportacji” i „wyniszczania”. Sprawa w tym, że przemieszczanie ludności, któremu towarzyszą nawet wielkie cierpienia, straty czy gwałty, nie dorównuje fizycznemu zabójstwu. Tak samo niedopuszczalne jest wrzucanie do jednego garnka zbrojnych akcji polskiego podziemia (które w Polsce nazywane są „odwetowymi”) przeciwko ukraińskiej ludności cywilnej i przesiedlenie Ukraińców na podstawie umowy pomiędzy dwoma komunistycznymi rządami. To niweluje jedno i podważa drugie.

A już największe zdumienie wywołuje kwalifikacja wydarzeń, związanych z przesiedleniem, wysiedleniem i deportacją jako „ludobójstwo”. Powoływanie się na konwencję ONZ brzmi tu jako bluźnierstwo, ponieważ ludobójstwo przewiduje totalną fizyczną likwidację, a nie przemieszczanie. Bardzo dziwne, że ukraińscy ustawodawcy nie skonsultowali się z fachowymi prawnikami, aby nadać dokumentowi odpowiednią formę prawną.

I co najbardziej tyczy się „sowieckości” danego dokumentu. Świadczą o tym wnioski z ustawy. Deputowani, z pewnością, zapomnieli o tym, że na Ukrainie nie ma telewizji państwowej i nie mogą oni narzucać mediom, jakie programy należy przygotowywać i jaka ma być ich treść. To samo dotyczy zaleceń dla ministerstwa kultury i oświaty. Zacofanie deputowanych pokazuje to, jakie imprezy publiczne proponują oni przeprowadzać. Jeżeli dopuścić, że „godziny wychowawcze” będą prowadzone według zaleceń ustawy, to czekają na nas ciężkie czasy. W pamięci mam czasy sowieckie, szkołę i uniwersytet z ich patriotycznymi „godzinami wychowawczymi”, po których dzieci i studenci wyśmiewali zaproponowane do naśladowania wzorce.

Historia, nie jako dyscyplina naukowa, lecz jako środek i metoda wychowania społeczeństwa zawsze opiera się o wzorce. Stara się ideologicznie indoktrynować młodych ludzi, czym odbiera im zdolność do analizowania i krytycznego myślenia. Przytoczone tu przykłady po raz kolejny potwierdzają ich głębokie sowieckie korzenie. Czynią Ukrainę słabszą od wewnątrz i na zewnątrz.

Ukraina stałaby się tylko silniejszą i bardziej racjonalną, gdybyśmy doczekali czasów, gdy Rada Najwyższa zajmie się w końcu nie przeszłością, a dniem dzisiejszym i przyszłością. Gdyby kierujący krajem nie spekulowali na przeszłości, lecz rozwiązywali aktualne problemy socjalne i ekonomiczne.

A tak, cześć i chwała wszystkim tym, którzy ucierpieli od totalitarnych reżimów i ideologii. Nie są oni winni temu, że obecnie ktoś tańczy na ich kościach, udając powszechny smutek, a tak naprawdę banalnie boi się utraty władzy.

w wersji ukraińskiej artykuł ukazał się na stronie Zaxid.net

Wasyl Rasewycz
Tekst ukazał się w nr 17 (309) 18-27 września 2018

X