Próba Holocaustu

Próba Holocaustu

Tak naprawdę, o czym często i bardzo chętnie zapominamy, próba Holocaustu pojawiła się dwadzieścia pięć lat przed Oświęcimiem – na Bliskim Wschodzie.

Narodem, na którym w 1915 roku z powodzeniem wypróbowano zagładę, było półtora miliona Ormian. Wykonawcami ludobójstwa okazali się żołnierze, policja i paramilitarne bojówki tureckie. Żadnego ze zbrodniarzy nigdy nie postawiono przed sądem, nie ponieśli, więc nigdy żadnej kary, wprost przeciwnie – nagradzano ich medalami i orderami wojennymi i aż do końca swoich dni chodzili w glorii weteranów wielkiej wojny, zasłużonych dla swojej ojczyzny. Ale na tym wcale nie kończy się problem odpowiedzialności za to, co się wtedy stało.

Jeszcze bardziej anonimowi i bezkarni okazali się sprawcy tej zbrodni, o wiele cięższego kalibru, którzy w czasie pierwszej wojny światowej wpadli na pomysł „ostatecznego rozwiązania kwestii ormiańskiej”, po raz pierwszy potraktowali ją jako problem nieledwie produkcyjny i czysto techniczny, zaplanowali w najdrobniejszych szczegółach, a potem czuwali nad jej sprawnym przebiegiem. W sensie prawnym obciąża, więc ich sprawstwo kierownicze. Rzeź Ormian, o czym często nie wiedzą nawet badacze dziejów, jest także niemieckim wkładem w cywilizację, dziś całkowicie wymazanym z historii i ludzkiej pamięci. Czy to samo za jakiś czas spotka Oświęcim? Takie próby trwają od kilkunastu lat. Wśród osobników, którzy je podejmują, jak łatwo się domyślić, znajdziemy przede wszystkim samych sprawców i ich jakże licznych spadkobierców.

Szatan zjawił się punktualnie. Według demonologów w roku 1915 przejściowo przyjął postać Talaata Paszy, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Turcji. Ponurą rolę wyznaczono do odegrania Organizacji Specjalnej. O wszystkie nieszczęścia, jakie spadły na kraj, obwiniano Ormian, tak jak w dwadzieścia lat później uczynili to w Niemczech naziści, obrawszy swoim głównym wrogiem ludność żydowską. Mordy zaczęły się na początku roku pod pretekstem nielojalności, której rzekomo mieli dopuszczać się ormiańscy mieszkańcy, a w lipcu było po zbrodni; obecnie pozostało umiejętnie pozacierać ślady.

Karykatura ukazująca brytyjskie interesy na Bliskim Wschodzie z 1895, kiedy to świat usłyszał po raz pierwszy o pogromach. Kobieta reprezentuje Armenię. (Fot. pl.wikipedia.org)W tej ponurej historii spotykamy sporo zaskakujących analogii. Piesze kolumny Ormian, pędzone z północy do Aleppo w Syrii, przypominają, jako żywo, oświęcimskie „marsze śmierci”. Zanim pół miliona ludzi zagnano na pustynię w okolicach Deir ez-Zor, nie było rodzaju zbrodni, jakiego by się nie dopuszczono wobec bezbronnych. Ludzi topiono, spychano w przepaść, duchownych ormiańskich palono lub zakopywano żywcem w ziemi. Ulubioną rozrywką tureckich oprawców było przybijanie podków końskich ludziom do stóp. Reszty dokonał głód. 24 kwietnia masakra dotarła do Stambułu i dzień ten stał się datą symboliczną całego wydarzenia, które przeszło do historii jako Rzeź Ormian, w języku ormiańskim: Medz Jeghren. Tak się jednak złożyło, że najwięksi zbrodniarze korzystają z anonimowości.

Projekt wymordowania Ormian narodził się w głowach oficerów niemieckich z korpusu doradców przy armii tureckiej. Zaplanowany przez nich rozmach zbrodni był w owych czasach na pewno prekursorski. Równie nowatorskie okazało się zastosowanie najwyższego wymiaru kary wobec całego narodu, tylko z jednego powodu, że jest właśnie tym narodem. Niemiecki geniusz mógł do woli wyżywać się w organizowaniu deportacji i w racjonalnym rozmieszczeniu obozów, by możliwie najniższym nakładem sił i środków osiągnąć w krótkim czasie imponujący wynik końcowy – półtora miliona trupów. Wykonawcami z góry zaplanowanej zbrodni byli Turcy.

Niemcy lubili wyręczać się innymi. Na przykład w formacjach, walczących po stronie Hitlera w latach drugiej wojny światowej, walczyło ponad 2 miliony Rosjan. W świetle faktów, wymordowanie mieszkańców Getta Warszawskiego, o czym jakoś bardzo łatwo zapomniano, było wspólnym dziełem niemiecko-rosyjskim. To przecież w Treblince 120  jeńców sowieckich pomagało zgładzić 850 tysięcy Żydów. Z kolei w Sobiborze wykazali się w ludobójstwie Ukraińcy.

Auschwitz to nie było wyłączne dzieło nazistów. Heinrich Himmler miał wcześniej zdolnych, ale również niemieckich mistrzów. W ten sposób powstała w Niemczech swoista ciągłość zbrodniczej tradycji, ponieważ w życiu zbiorowym nic nie bierze się przecież z niczego. Zawsze istnieją jakieś przyczyny i źródła. Śmiem twierdzić, że Holocaust Ormian, po którym żadnemu ze sprawców nie spadł nigdy włos z głowy, ba, jego pomysłodawcy zdołali skutecznie usunąć swoje ślady z historii, bardzo rozzuchwalił potem hitlerowców. Nic tak nie demoralizuje, jak obecność zbrodniarza, któremu wszystko uchodzi na sucho. Obnosi się potem ze swoją bezkarnością, a nawet szydzi z ofiar. Zachęcając Niemców do skrupulatnej realizacji polityki ludobójstwa w okupowanych krajach, Hitler nieprzypadkowo powoływał się  na rok 1915, gdy pytał retorycznie: „Kto dziś pamięta jeszcze o rzezi Ormian?” Głupia Europa, która za każdym razem tak łatwo zapada na amnezję, poniekąd sama jest sobie winna.

Rzeź Ormian to jedna z wielu nie ukaranych zbrodni dwudziestowiecznych. Nikogo nie postawiono przed sądem. Z jednym wyjątkiem. W roku 1921 ormiański zamachowiec zabił w Niemczech Mefista, czyli Talaata Paszę. Dobre, chociaż i to. Ta kula należała się mu od dawna. Niemieccy autorzy zbrodni, czyli jej planiści i nadzorcy, już ponad dziewięćdziesiąt lat pozostają w cieniu.

Włodzimierz Paźniewski
Tekst ukazał się w nr 19 (71) 17-31 października 2008

X