Ten wyjazd o mały włos mógłby, z powodu smutnych okoliczności, nie dojść do skutku. Mowa o Stanisławie Łukasiewiczu – Lwowiaku „z krwi i kości” z wielkim sercem dla swego rodzinnego miasta. Przyjeżdża do Lwowa co roku na początku grudnia z pomocą dla osób starszych i samotnych. Z tej racji wśród mieszkańców Lwowa znany jest jako „św. Mikołaj z Poznania”. Tradycyjnie za każdym razem odwiedza nas w redakcji i opowiada o swojej działalności. Oddajmy mu słowo.

Panie Stanisławie, który to już Pana przyjazd do Lwowa z pomocą dla jego mieszkańców?
Z pomocą dla mieszkańców Ukrainy przyjeżdżam tu już po raz czterdziesty, pomijając trzy przyjazdy autobusów z Ukrainy do Poznania, do których ładowaliśmy przygotowaną pomoc do Lwowa, Stanisławowa, Stryja. W każdej akcji uczestniczę, organizuję, koordynuję i nią kieruję.
Czy tegoroczna akcja zbioru darów w Poznaniu była taka jak poprzednie?
Każda z naszych akcji ma nieco inny przebieg, w zależności od okoliczności. Tegoroczna wzorowana była na tej z początków pandemii, gdy zbieraliśmy nie żywność czy inne dary, lecz fundusze na pomoc mieszkańcom Lwowa. Osoby potrzebujące otrzymają równowartość tej sumy, na którą wcześniej przywoziliśmy paczki żywnościowe.
Przyjechaliście Państwo autobusem czy inną komunikacją?
Ten wyjazd zorganizowaliśmy w ten sposób, że dwie osoby samochodem osobowym dostarczyły mikołajkowe upominki dla dzieci, zaś reszta naszej grupy dotarła do Lwowa pociągiem z Przemyśla.
Czy nie mieliście Państwo problemów na granicy?
Nie. Przejazd przez granicę załatwiliśmy formalnie, przez zgłoszenie naszego przejazdu i po otrzymaniu specjalnego kodu, nasze dane zostały przekazane służbom granicznym. Na granicy odbywa się to jedynie przez podbicie paszportów – jazda do Lwowa.
Działalność lwowiaków w Poznaniu nie ogranicza się przecież tylko do corocznej pomocy?
Co roku organizujemy w Poznaniu Dni Lwowa. Za każdym razem ich przebieg jest modyfikowany, w tym roku mieliśmy piękny koncert. Organizujemy też 11 lipca obchody Dnia Pamięci o Tragedii Wołyńskiej, 2 października organizujemy imprezy z okazji Dnia Kresowian. Czyli tych akcji i imprez związanych z pamięcią o swoich korzeniach jest u nas wiele.
Niestety, jak i inne towarzystwa, nasze poznańskie też staje się coraz szczuplejsze – coraz częściej bywamy na cmentarzach na pochówkach członków towarzystwa. A to przecież już 32 lata działalności poznańskiego oddziału TML-u.
Prenumeratą Kuriera dla członków Towarzystwa zajmuje się teraz też już młodsza osoba?
Generalnie dystrybucją prasy zajmuje się u nas od lat Elżbieta Łączkowska. Ponieważ jestem zaangażowany w innych sprawach, a odbiór przesyłki z poczty wymaga trochę czasu, więc przekazałem to osobie młodszej.
Czy „Kurier” dociera do Państwa w całości?
Tak, teraz jest wszystko w porządku – otrzymujemy wszystkie zaprenumerowane egzemplarze. Nie ma żadnych braków.
Wiemy, że coraz więcej naszych czytelników przechodzi na wersje internetowe „Kuriera”. Czy chętnie czytana jest nasza wersja papierowa?
Tu chyba macie nie całkiem dobrą politykę wydawniczą. Według mnie, to wersje papierowe powinny wyprzedzać wersje elektroniczne co najmniej o tydzień. Wówczas więcej czytelników prenumerowałoby wersję papierową. Stąd chyba część czytelników przeszła do Internetu i ponad to jest to bezpłatne. Co też dla was chyba nie jest dobre. Odczuwamy to nawet na naszym przykładzie – przed kilkoma laty mieliśmy ponad 20 prenumeratorów, a teraz jest 10.
Ja wolę czytać tradycyjną gazetę – z szelestem papieru i zapachem farby drukarskiej. Zawsze mogę wówczas wrócić do jakiegoś artykułu, czy przeczytać go po jakimś czasie. Niestety, młodsi mają inne upodobania.
Chciałem poruszyć tu jeszcze jeden temat – jaki jest przekrój wiekowy członków Towarzystwa?
Niestety, muszę tu przyznać, że jest to 60+. Najmłodszy członek naszego Towarzystwa ma czterdziestkę, a reszta, jak mówiłem, jest w poważniejszym wieku. Kiedyś ja należałem do tych młodszych, a teraz dobiegam tej średniej.
Proszę przybliżyć nam inicjatywę poznańskiego Towarzystwa – przyznawanie co roku osobie najbardziej zasłużonej dla Kresów statuetki lwa „Semper Fidelis”?
Niestety naszą inicjatywę przejął IPN, ale czyni to w sposób, powiedziałbym, bardziej masowy – przyznaje kilka tytułów różnym osobom i organizacjom. Nasze Towarzystwo przyznaje co roku jedną statuetkę jednej wytypowanej osobie, szczególnie zasłużonej pod względem jej działalności kulturalnej, religijnej i społecznej na rzecz Kresów.
Kto jest laureatem „Semper Fodelis” w tym roku?
Tegorocznego Lwa przyznaliśmy Grażynie Orłowskiej-Sondej, dziennikarce telewizyjnej, związanej z wrocławskim ośrodkiem Telewizji Polskiej, inicjatorce akcji społecznej „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. Dzięki niej dziesiątki zaniedbanych cmentarzy na Kresach odrodziło się po latach zapomnienia i zaniedbania. Gdyby nie ona, nie byłoby tej całej akcji, ale tak, niestety jest, że wielkie akcje w wielu przypadkach zależą od poświęcenia jednej osoby. Jak nie ma lidera – to nie ma nic.
Tak, jak w przypadku Pana pomocy dla Lwowa…
W pewnym stopniu… Ale jest już zespół aktywnych ludzi, którzy są wdrożeni w tę pomoc i są w stanie przejąć po mnie pałeczkę i mnie zastąpić. Mam nadzieje, że tak będzie.
W czasie tego krótkiego i intensywnego pobytu we Lwowie ma Pan możliwość odwiedzić swe rodzinne okolice?
Z rodziny we Lwowie nie mam nikogo. Pozostał mi jedynie grób dziadka na Łyczakowie, który, naturalnie, odwiedzam za każdym razem. Co do moich rodzinnych miejsc, to dom dziadka przy ul. Cetnerowskiej, ob. Czeremszyny, został zburzony i na tym terenie powstały bloki, tak, że nie pozostało nic z mego dzieciństwa – oprócz wspomnień.
Jak odbiera Pan Lwów podczas tej wojny?
Jest to przygnębiający widok – te zniszczenia, te zabezpieczenia pięknych pomników, zabite okna katedry. A z drugiej strony jest to, że ciężar tej wojny odczuwają emeryci. Jak rozmawiam z nimi, to widzę, że ceny w stosunku do ich wypłat są niewspółmierne. Organizując swe pierwsze akcje charytatywne uważałem, że jest to na trzy – pięć lat, a potem Ukraina rozwinie się i będziecie mieli tu taki poziom, jak w Polsce, a może i lepiej. A tymczasem jest coraz gorzej.
Na przestrzeni 40 lat obserwuje Pan tę sytuację.
Przyjeżdżam tu i widzę co się dzieje. Ludzie są coraz starsi, chorują i emerytury nie starcza im na podstawowe potrzeby.
Czego chciałby Pan życzyć czytelnikom „Kuriera Galicyjskiego” w Nowym Roku?
Żeby te czasy były lepsze, żeby zapanował pokój i spokój, żeby zapanowała wolność i ludzie mogli nareszcie mieć pewność, że gdy rano wstaną, to nie będzie już alarmów.
A czy słyszał Pan alarm we Lwowie?
Wczoraj słyszałem, ale chyba był jakiś mniej intensywny. W ubiegłym roku były bardziej głośne. Ale mimo wszystko jest to przejmujący dźwięk. Byłem w szkole nr 10 i widziałem, jak dzieci zbiegają do schronu i tam w tłoku czekają, aż się alarm skończy. Dla nich jest to bez wątpienia traumatyczne przeżycie.
Dziękuję Panu, przede wszystkim za Pana serce i Pana wytrwałość w tej wspaniałej sprawie. Życzymy Panu wiele zdrowia i sił do kontynuacji pomocy mieszkańcom Lwowa.
Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 23 (459), 17 – 30 grudnia 2024
