Fundacja Bratnia Dusza w ramach akcji „Święta Wielkanocne z Rodakami na Kresach” po raz kolejny odwiedziła Polaków mieszkających na Ziemi Lwowskiej. Jedno ze spotkań z rodakami odbyło się na terenie prywatnego skansenu Sergiusza Sylantiewa, prezesa Regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej Borysławia. „Anioły Dobra” z Polski przekazały mieszkającym tam Polakom żywność, środki higieny osobistej oraz wózki zakupowe dla seniorów.
– Chcę potwierdzić, że nie wszyscy Polacy stąd wyjechali – mówi Leszek Katryniak, rodowity Polak z Drohobycza. – W tej miejscowości jest dużo osób, które mają korzenie polskie. Są ci, co byli zapisani tu jako Polakami. Ja osobiście zapisany w paszporcie starym – Polak. Tak że serdeczne dzięki, że nie zapominają o nas, Polacy. Jestem na emeryturze, wojna i ciężko jest. Ta pomoc nam bardzo pomaga i dziękujemy serdecznie.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
Refleksjami ze spotkania z wolontariuszami Fundacji Bratnia Dusza w Kornałowicach podzieliła się mieszkanka wsi Maria Szabelko:
– Jest wioska między Dublanami a Kalinowem, duża wioska. Nie za dużo tam nas jest, tych Polaków, ale trzymamy się, wokół kościoła głównie. Mamy taki ładny kościółek, jaki kiedyś wybudował pan Sozański. Stał w ruinach po II wojnie światowej do 1991 roku. Wtedy miejscowi Polacy i Ukraińcy – cała wioska podjęła dużo pracy i wyremontowała go. Taki zabytek, taka ciekawostka w Kornałowicach, gdzie co niedzieli mamy Mszę św. Przyjeżdża ksiądz z Sambora, bo jesteśmy tylko filią. Wczoraj gościliśmy już trzeci albo czwarty raz przedstawicieli Fundacji Bratnia Dusza. Są nam już bardzo bliscy, można powiedzieć, że jak rodzina, bo zawsze nas odwiedzają przed świętami czy po świętach, czy jak jadą do Lwowa. Dlatego bardzo dziękujemy Fundacji za tę pomoc, za tę duszę taką, bo to jest wielka praca. Bo to nie bierze się z powietrza. Bo trzeba na to zapracować, zorganizować, przyjechać, postać na granicy. Od całego serca dziękujemy.
Zespół Fundacji Bratnia Dusza z Iwoną Romaniak na czele tradycyjnie odwiedził także 90-letnią Helenę Marycz, która samotnie mieszka na skraju wsi Podbuż. Przez kilka lat można było tam dotrzeć jedynie przechodząc przez rzekę w bród, ponieważ woda zabrała kładkę. Pisałem o tym w Kurierze Galicyjskim, interweniowali w tej sprawie jej krewni oraz prezes Regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej Borysławia Sergiusz Sylantiew. Wreszcie władze Podbuża przełożyły przez rzeczkę nową kładkę do dawnej polskiej osady, gdzie nadal samotnie mieszka pani Helena, a nawet złożyły jej życzenia z okazji 90. urodzin.
Pani Helena radośnie przywitała nas na progu swego domu pod lasem. Gościnnie poczęstowała jak zawsze. Pogadaliśmy o życiu. A na pożegnanie zaśpiewała swoją ulubioną piosenkę „Pognała wołki na bukowinę”.
Polnymi drogami jedziemy do wsi Stupnica, gdzie też dożywają wieku samotni Polacy. Większość z nich z powodu stanu zdrowia spędza cały czas w domu, jak dziewięćdziesięcioletnia Danuta Hoszko.
– Zawsze słuchałam Radia Maryja, Radia Chwyla, a teraz ni ma – mówi nam kobieta. – Nie wiem co to się stało. Mam takie radyjko, moja znajoma przywiozła z Polski. I ni ma teraz. Nie odbiera już od pół miesiąca. Nie mogę złapać. A przed tym było. A mi tak dobrze było, bo w chałupie jestem sama. Nikogo nie ma.
Pani Danuta wspomina, że kiedyś połowa Stupnicy była polska, a połowa ukraińska. Był kościół, został zniszczony za czasów komuny.
– Po tamtej stronie jest droga, to Ukraińcy tam mieszkali, a tu Polacy – opowiada dalej. – Polacy lepiej żyli, bo lepsze chałupy mieli, gdzieś pracowali, a tam biedactwo było. A co się przeżyło w czasie wojny, Boże mój! My się chowali. Wieczór przyszedł, my się zbierali i szli gdzieś po strychach. Tak chowali się, bo nie wiedzieli czy przyjdą do nas czy nie, bo to Polacy. Mama Polka, a tata był Ukrainiec. Ale wszystko jedno. Bali się i tak chowali się po strychach. A wszystko pozabierali co było. Banda przyszła, pozabierała. My nie biedowali na rachunek jedzenia. I Niemcy jak przyszli, też wszystko zabierali i te zabierali. Tak strasznie było nie raz. Rano wstaniesz – tam trup leży, tam trup leży. Straszne były czasy. Te wszystkie chałupy były polskie. Już teraz to się zmieniło.
fot. Konstanty Czawaga / Nowy Kurier Galicyjski
Pani Danuta miała teraz operację. Złamała kość biodrową, nie może chodzić. Raz na tydzień przychodzi do niej opiekunka. – Kupi mi co trzeba, przyniesie. I wody mi przyniesie – mówi Pani Danuta.
Michała Ryndowicza, który ma 87 lat, spotkaliśmy na ulicy. Polscy wolontariuszy przekazali mu paczkę żywnościową, środki czystości oraz wózek za zakupy
– Ja się tu urodziła w czterdziestym roku – powiedziała Regina Ryndowicz mieszkająca przy tejże ulicy. – To mój ojciec był i matka. Wszyscyśmy tutka. Tu wyrosłam i wyszłam za mąż. Mąż mój zmarł. Mama moja była Polką i ja to od mamy wzięłam – tak szanuję polskość!
Czesława Śliwiak mieszka samotnie na skraju wsi Stupnica.
– W listopadzie będę miała 78 lat – powiedziała. – Mama była Polką. Ta i tu było trochę więcej Polaków. Tata był Ukraińcem. Ja też podtrzymuję ukraińskie obyczaje. Nigdy nie pracowaliśmy w święta, szanowaliśmy je. Pan Bóg jest jeden. Po tym jak zmarła mieszkająca bok Polka, zostałam tu sama między Ukraińcami. Byłoby grzech narzekać, mam dobrze.
W trakcie tej wyprawy do Zagłębia Borysławskiego przekazaliśmy miejscowym Polakom ostatnie numery „Nowego Kuriera Galicyjskiego”.
– Od kilku lat współpracujemy z Fundacją „Bratnia dusza” – powiedziała Maria Tarnawska, wiceprezes regionalnego Towarzystwa Kultury Polskiej Borysławia. – Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim darczyńcom oraz pani prezes Iwonie Romaniak za to, że do nas tutaj docierają, wspierają te osoby starsze. Dla nich jest to bardzo ważne, najważniejsze, że ich odwiedzają!
Konstanty Czawaga











