Polacy na Bukowinie w czasie wojny Weronika Kosik, Polka z Czerniowiec, autorka bloga PL_in_UA

Polacy na Bukowinie w czasie wojny

Z Weroniką Kosik, Polką z Czerniowiec, autorką bloga PL_in_UA rozmawiał Eugeniusz Sało.

Na początek opowiedz, proszę, o ostatnich rosyjskich ostrzałach miasta. Czerniowce, choć leżą blisko granicy z Rumunią, długo pozostawały względnie bezpieczne. Noc z 11 na 12 lipca na długo zapadnie mieszkańcom w pamięć, po raz pierwszy od początku wojny zginęli tam cywile. Jak to wpłynęło na ciebie i lokalną społeczność?

Rzeczywiście, do tej pory panowało przekonanie, że Czerniowce są bezpieczne. Owszem, bywały wcześniej alarmy, ale nic poważnego się tu nie działo. Ale noc z 11 lipca na długo zapadnie mieszkańcom w pamięć. Po raz pierwszy miasto zostało naprawdę ostrzelane, zginęli ludzie. Dla nas to był szok.

To było bardzo przerażające. Od początku wojny nic takiego się u nas nie działo. Alarmy owszem, ale żadnych rakiet, żadnych dronów. Dlatego wszyscy mówili, że Czerniowce to bezpieczne miejsce. Ale jak się okazało, to nieprawda.

Obudziłam się w nocy, koło godziny drugiej. Zaczął się alarm, zajrzałam na telefon, a tam wiadomości od administracji wojskowej, że coś jest w powietrzu, że lecą drony Shahed. I rzeczywiście, po kilku minutach usłyszałam je za oknem. Zabrałam moje dziecko, które ma trzy lata z łóżka i poszliśmy do korytarza, to nasze jedyne schronienie, nie mamy żadnej piwnicy w pobliżu.

Wkrótce zaczęli nas atakować. Było bardzo głośno, strasznie. Nocą, w ciemności, nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Czułam, jakby to miało spaść prosto na nasz dom. Jako matka miałam straszne myśli, czy dobrze zrobiłam, że zostałam w Ukrainie? Noc zdawała się nie mieć końca. Gdy drony przestały latać, usłyszałam balistykę. Wtedy dosłownie krew mi zamarła. Została nam tylko modlitwa. Mieliśmy nadzieję, że obrona przeciwlotnicza zestrzeli te rakiety. I na szczęście to się skończyło.

Rano dowiedzieliśmy się, że są ofiary. Ale Czerniowce to silny region, zaraz zorganizowano pomoc i sprzątanie. Mieszkańcy Bukowiny zorganizowali się bardzo szybko. Tam, gdzie spadły fragmenty rakiety, zniszczone były domy, zwłaszcza mieszkania w wielopiętrowych blokach. Mieszka tam wielu starszych ludzi, emerytów, samotnych matek, oni sami nie dali rady. Przyszli więc sąsiedzi, młodsi, starsi i zaczęli pomagać. To pokazuje, jacy silni są ludzie tutaj. Obecnie trwa zbiórka pieniędzy na odbudowę mieszkań. Bo choć państwo coś daje, wiadomo, to nie wystarczy. Każda hrywna, każda złotówka, każde euro się liczy. Z kropli tworzymy rzekę.

fot. DSNS Ukraina

Jak wygląda codzienne życie w Czerniowcach? Mówisz, że było spokojnie, ale wojna jest przecież obecna wszędzie.

Ludzie mówią, że w Czerniowcach jest życie, i to prawda, musimy żyć. Ale bardzo wielu mieszkańców Bukowiny walczy na froncie. Codziennie są pogrzeby. Gdy spojrzysz na cmentarze, nawet w małych wsiach, widzisz rzędy nowych grobów. W mojej okolicy, na każdej ulicy ktoś walczy, ktoś zaginął, ktoś siedzi w rosyjskiej piwnicy, czeka na uwolnienie, a może już nie wróci. W każdym domu jest dziś bieda.

Na Instagramie moi znajomi influencerzy dostali komentarze po ostrzale: „Wreszcie wojna dotarła do was”. Nie wiem, czy to rosyjskie boty, czy zazdrośni ludzie, ale wiele osób, nawet za granicą, myśli, że Czerniowce to jakaś bezpieczna wyspa. A to nieprawda.

Każdy tu coś robi dla Ukrainy, walczy o ukraińską cerkiew, bo kiedyś była tu głównie moskiewskiego patriarchatu, walczy o język ukraiński. Czerniowce to miasto wielu kultur, byli tu Żydzi, Niemcy, Rumuni, Mołdawianie. Ale dziś walczymy, by mówić w języku ukraińskim. To bardzo ważne.

Jakie były najtrudniejsze momenty, które przeżyłaś od początku rosyjskiej inwazji?

Nie wiedziałam, że to się tak zacznie. Obudziłam się rano, usłyszałam, że Kijów został ostrzelany. Moi znajomi lecieli wtedy z Tajlandii, ostatnim samolotem, który wylądował w Boryspolu. Już w samolocie dowiedzieli się, że wybuchła wojna. Spojrzałam przez okno – gołębie, cisza, słońce. Nie docierało to do mnie. Przez pierwsze pięć dni nie mogłam uwierzyć, że to wojna. Zastanawiałam się wtedy: „Po co mamy wyjeżdżać? U nas wszystko w porządku.” Może tak zareagował mój organizm. Byłam wtedy w ciąży, więc chyba mózg chronił mnie przed stresem.

Ale 1 marca 2022 roku był pierwszy alarm w Czerniowcach i wtedy naprawdę się przestraszyłam. Zastanawiałam się, czy nie wyjechać. Ale po chwili pomyślałam, że tutaj jest mój kraj, moje życie, moi przyjaciele, moja rodzina. Chcę być na swojej ziemi. I zdecydowaliśmy: dopóki możemy – zostajemy.

fot. z archiwum Weroniki Kosik

Mieszkasz obecnie w Czerniowcach, ale pochodzisz z obwodu chmielnickiego. Czy z rodzinnego domu wyniosłaś poczucie polskości?

Tak. Zawsze powtarzam, że Polska to nie jest kropka na mapie. Polska to miejsce, gdzie jest twój dom, twoja rodzina. Polskość to tradycja, język, religia, kuchnia. Polska jest w każdym domu – tak samo jak Ukraina, Niemcy czy Rumunia.

Urodziłam się w Chmielnickim. Tam kiedyś mieszkali głównie Żydzi i Polacy. Rodziny walczyły o zachowanie tożsamości. W Związku Radzieckim Polacy bardzo cierpieli. Moja rodzina była zesłana do Kazachstanu, na Sybir. Nawet już w niepodległej Ukrainie nie zawsze było „modne” być Polką. Mówiło się innym językiem, obchodziło święta inaczej, chodziło do kościoła. Ludzie patrzyli na to dziwnie.

Ale jak można zapomnieć o korzeniach, skoro twoi dziadkowie całe życie o nie walczyli? Dla mnie polskość to obowiązek – hołd dla przodków. Moje dziecko mówi po polsku, chodzi do kościoła, zna tradycje, tak jak ja, moja mama, moja babcia. Bo Polska to nie punkt na mapie. To jest w sercu.

Bardzo ładnie powiedziane. Teraz opowiedz proszę skąd wziął się pomysł na bloga PL_in_UA?

To była dość ciekawa historia. Szczerze mówiąc, sama na początku nie wiedziałam, co dokładnie robię i po co to się zaczęło. Moi przyjaciele powiedzieli mi, że jest ciekawy konkurs, można przesłać swoje CV i spróbować zrobić coś nowego, co połączy Polskę i Ukrainę. I tak właśnie to się zaczęło, zupełnie spontanicznie.

Pomysł wydał mi się interesujący, więc spróbowałam i zostałam wybrana. Nasze pierwsze spotkanie na Google Meet było bardzo inspirujące. Celem było pokazanie współpracy między Polską a Ukrainą, szczególnie teraz, w czasie wojny, kiedy Polska mocno wspiera Ukrainę.

W Ukrainie jest wiele polskich społeczności i wspólnot, które cały czas działają, organizują wydarzenia, pomagają, angażują się. Ale nikt o tym nie wie, bo nikt tego nie pokazuje. A przecież w dzisiejszym świecie social media to narzędzie, które powinniśmy wykorzystywać. Jeśli chcemy, by świat dowiedział się o naszej aktywności, musimy to publikować.

Na początku blog skupiał się głównie na działalności polskich wspólnot. Pokazywałam, jak Polska pomaga Ukrainie. Ale szybko zrozumiałam, że warto pokazywać więcej, nie tylko pomoc, ale też wydarzenia kulturalne, które nadal się tutaj odbywają, mimo wojny. Ludzie myślą, że relacje polsko-ukraińskie teraz istnieją tylko dzięki wojnie. Ale tak nie jest. Przez całe moje życie Polska i Ukraina miały ze sobą wiele wspólnego. I warto to pokazać.

Dzięki blogowi PL-in-UA można zobaczyć, że Polacy wciąż są obecni w Ukrainie. Że działają, organizują wydarzenia, łączą ludzi. Jeśli będziemy pokazywać te relacje, jeśli będziemy ze sobą współpracować, to powstaną nowe projekty, nowe doświadczenia, nowe możliwości. To wszystko jest dobre dla obu krajów.

Polska i Ukraina to sąsiedzi. I jak sąsiad z sąsiadem, trzeba się przyjaźnić, współpracować, dzielić kulturą, doświadczeniem. Takie projekty budują przyszłość.

Czym zajmujesz się na blogu? Jakie tematy są dla Ciebie najważniejsze?

Prowadzenie bloga to trudny projekt. Dla mnie bardzo ważny, ale też czasochłonny. To niszowa tematyka dla ludzi naprawdę zainteresowanych. Na początku miałam tylko kilka kontaktów do prezesów wspólnot, głównie z zachodniej Ukrainy. Pisałam maile, ale niewielu odpowiadało. Zwłaszcza ci z dalszych regionów nie wiedzieli, kim jestem. W czasie wojny ludzie są ostrożni, może myśleli, że jestem kimś podejrzanym?

Musiałam szukać sama, na Facebooku, na stronach internetowych, Instagramie. Tak trafiłam na „Życie Polskie w Odessie”, które prowadzi kanał na YouTubie, opowiadający o wydarzeniach w Odessie i Mikołajowie. Dzięki nim dowiedziałam się o polskiej wsi niedaleko Mikołajowa, gdzie Polacy przeżyli okupację, a ich kościół został ostrzelany przez Rosjan i zniszczony. Siedem razy zdejmowali krzyż z wieży, siedem razy był niszczony. Dziś mają mały dom, gdzie się modlą, ale odbudowują swój kościół. I mimo że jest pomiędzy obwodami chersońskim i mikołajowskim, czyli bardzo trudne tereny, oni tam trwają.

Ale żeby to wszystko pokazać na PL-in-UA, musiałam poświęcić wiele godzin, by zebrać informacje.

Na przykład nie wiedziałam, że są aktywne polskie wspólnoty w Zaporożu czy w Kropywnyckim. Myślałam: „Gdzie Polacy w Zaporożu?”. A okazuje się, że są. Mają szkołę języka polskiego, prowadzą zajęcia dla seniorów, organizują wyjazdy dla dzieci, konkursy, spotkania. To samo w Kropywnyckim, wcześniej nawet nie wiedziałam, że coś tam się dzieje.

Jak obecnie wygląda współpraca z tymi społecznościami?

Największym problemem jest to, że wiele wspólnot nie chce lub nie ma czasu przesyłać materiałów, zdjęć, filmów, informacji. A to przecież promocja ich działalności, i to całkowicie darmowa. Większość rzeczy znajduję sama, kawałek po kawałku.

Mam nadzieję, że projekt będzie trwał dalej. I że uda mi się namówić Polaków w Ukrainie, by pokazywali więcej, nie tylko dwa zdjęcia na Facebooku. Chodzi o zebranie i pokazanie całej sieci polskich społeczności w Ukrainie.

Czasem dzielę się też informacjami o tym, jak Polska i Polacy wspierają Ukrainę. Na przykład Iga Świątek, właśnie wygrała Wimbledon, ale też wspiera Ukrainę. Kto w Ukrainie o tym wie? Mało kto. Dlatego staram się to pokazywać, żeby Ukraińcy też zobaczyli, że są ludzie, którzy o nich pamiętają.

To jest właśnie cel bloga PL-in-UA – pokazać, że Polska i Ukraina wspierają się nawzajem. I że polskość trwa.

Jesteś mamą, blogerką, organizatorką wydarzeń, influencerką. Jak udaje Ci się łączyć tyle ról na co dzień?

Sama nie wiem. To po prostu mój tryb życia. Od zawsze prowadziłam różne imprezy – wesela, urodziny, chrzty. Z czasem ludzie zaczęli sami mnie prosić o prowadzenie wydarzeń. W czasie wojny robimy imprezy dla dzieci takich trochę starszych, od 8 lat, bo zwykła animacja już ich nie interesuje. Mam taką pracę, która się z tym wszystkim łączy.

Ludzie dowiedzieli się, że jestem Polką, dopiero gdy zobaczyli na Instagramie, że rozmawiam z dzieckiem po polsku. Wcześniej myśleli, że po prostu nauczyłam się języka. Pytali, czemu uczę dziecko polskiego, wtedy mówiłam, że jestem Polką. I to też mi pomogło promować moją polskość.

Bez Instagrama nie miałabym pracy. Większość zleceń przychodzi przez media społecznościowe. Czasem też organizuję zbiórki, na przykład dla żołnierzy, jak mój wujek. Kiedy szedł na front, nie miał nic, ani butów, ani munduru. Zrobiliśmy zbiórkę na 50 tysięcy hrywien i w dwa dni udało się ją zamknąć.

Teraz też zbieramy na pomoc dla ludzi, którzy stracili domy po rosyjskich atakach. Pokazuję wszystko w relacjach, żeby ludzie mogli się dołączyć. Kiedy jesteś takim mini-blogerem, masz możliwość zrobić coś dobrego. A jeśli jesteś normalnym człowiekiem, to ludzie ci zaufają i pomogą.

Gdybyś mogła wypowiedzieć jedno życzenie, czego byś sobie życzyła?

Żeby nie zwracać uwagi na głupich ludzi. Zawsze ufać sobie. Nie mogę powiedzieć tylko jednego, po prostu: nie słuchaj ludzi, którzy chcą cię zatrzymać. Rób swoje.

A życzenie dla Ukrainy?

Żeby walczyć. Całe życie walczyłam o swoją polskość, o swoją tożsamość. Słyszałam: „tak nie można, to nie wypada”. Ale dlaczego? Trzeba walczyć o siebie, o swoją ziemię, o to, kim się jest. Jeśli każdy Ukrainiec nie będzie o tym pamiętał, to Ukrainy jutro nie będzie. Musimy walczyć – w pracy, w domu, wszędzie. Tylko razem możemy zwyciężyć w tej walce przeciwko złu.

Dziękuję za rozmowę.

Nagraną rozmowę mogą Państwo posłuchać w podcaście „Wojenna codzienność mieszkańców Ukrainy” na kanale YouTube Radio Kurier Galicyjski.

X