Kultura daje siłę. Jak Polacy w Kropywnyckim trwają mimo wojny fot. Stowarzyszenie „Polonia” im. Karola Szymanowskiego w Kropywnyckim

Kultura daje siłę. Jak Polacy w Kropywnyckim trwają mimo wojny

Aleksander Polaczok, prezes Stowarzyszenia „Polonia” im. Karola Szymanowskiego i dyrektor Muzeum Kultury Muzycznej w Kropywnyckim, opowiada o codziennym życiu w cieniu wojny, działalności kulturalnej mimo trudnych warunków, a także o swojej pasji do dziedzictwa Karola Szymanowskiego. Mówi o nadziei, odwadze i roli kultury w czasie zagrożenia. Rozmawiał z nim Eugeniusz Sało.

Proszę powiedzieć, jak minęła noc w Kropywnyckim. Czy było spokojnie, czy wystąpiły alarmy?

Ta noc była spokojna, choć nie zawsze tak bywa. Szczerze mówiąc, w Kropywnyckim najczęściej odczuwamy skutki wojny przez alarmy. Jesteśmy w centralnej części Ukrainy, więc często słyszymy syreny i to trwające bardzo długo.

Większe zniszczenia miały miejsce kilka miesięcy temu, kiedy doszło do poważnego ostrzału. Od tamtej pory, chwała Bogu, sytuacja się uspokoiła. Szczególnie w porównaniu z Dnieprem, Kremeńczukiem czy Krzywym Rogiem, miastami oddalonymi od nas o 150-200 kilometrów, gdzie sytuacja jest naprawdę dramatyczna. U nas można powiedzieć, że jest stosunkowo spokojnie.

Aleksander Polaczok, prezes Stowarzyszenia „Polonia” im. Karola Szymanowskiego w Kropywnyckim

Jak wojna wpływa na codzienne życie mieszkańców Kropywnyckiego?

Przede wszystkim wywołuje poczucie niepokoju, lęku o bliskich. W niemal każdej rodzinie ktoś walczy – krewny, przyjaciel, kolega z pracy. W naszym muzeum pracuje zaledwie pięć osób, a mąż jednej z pracownic jest na froncie. Dyrektorka innego, małego muzeum miejskiego, ma brata na froncie. Kiedy zapraszamy ludzi na wydarzenia, często mówią „niestety, jesteśmy zbyt zestresowani”, „dostaliśmy niepokojące wiadomości”. Wtedy możemy jedynie współczuć i czasami wyciszyć naszą działalność.

Psychicznie i moralnie to stały dyskomfort. Mimo to staramy się działać aktywnie, dawać ludziom możliwość oderwania się od trudnych myśli, odpoczynku. Nasze ostatnie wydarzenia pokazują, że ludzie chętnie przychodzą na koncerty czy imprezy. Czujemy, że nasza działalność jest potrzebna.

Kropywnycki znajduje się niedaleko Zaporoża. Czy odczuwacie bliskość frontu? Jak to wpływa na mieszkańców?

Tak, jesteśmy względnie blisko, ale funkcjonujemy jako zaplecze, baza pomocowa i miejsce dla przesiedleńców. Pamiętam czasy, gdy co tydzień jeździliśmy do magazynów, pakując paczki z pomocą dla Charkowa, Kramatorska i innych miast. Z czasem ta działalność została uregulowana przez państwo i dziś te potrzeby są w dużej mierze zabezpieczone instytucjonalnie. Wspominamy czasy z początku wojny, kiedy zbieraliśmy koce, leki, ubrania. Wysyłaliśmy też rzeczy naszym znajomym na front, oczywiście nie broń, ale odzież, środki medyczne. Z naszej organizacji pięć osób walczy obecnie na froncie. Dzięki wsparciu Fundacji Wolność i Demokracja mogliśmy przekazać im potrzebne wyposażenie, za co byli bardzo wdzięczni. Dwie osoby zostały już zdemobilizowane ze względu na stan zdrowia, kontuzje i wiek. Ale walczyli, z przekonania i odwagi. Tak wygląda nasza obecna relacja z wojną.

fot. Stowarzyszenie „Polonia” im. Karola Szymanowskiego w Kropywnyckim

Proszę opowiedzieć, jak zaczęła się Pana przygoda z Karolem Szymanowskim? Mamy przecież i muzeum, i stowarzyszenie.

Zaczęło się dawno temu, najpierw od muzeum, to moja działalność zawodowa, bo jestem muzykologiem i pochodzę z Kropywnyckiego. Dopiero po studiach, już jako absolwent konserwatorium dowiedziałem się, że w naszym mieście przez pewien czas mieszkał Karol Szymanowski, drugi po Fryderyku Chopinie klasyk muzyki polskiej.

Urodził się niedaleko, w majątku ziemskim. W naszym mieście zachowały się drobne ślady jego obecności, na przykład autograf w albumie miejscowej dziewczyny, kilka nut, poetyckie słowa. Mieszkał tutaj w trudnych latach 1917-1919, podczas I wojny światowej. Dopiero po odzyskaniu niepodległości przez Polskę zdecydował się wrócić, by służyć ojczyźnie jako lider życia muzycznego.

Podróż do Polski była bardzo niebezpieczna, a rodzina zostawiła wszystko, także domy, które posiadała w Kropywnyckim. Najważniejsze, że ocalili życie i rękopisy, które Szymanowski zabrał ze sobą. Te fakty były dla mnie wielkim odkryciem. Z pomocą władz miejskich założyliśmy muzeum, małe, ale działające.

Nawiązałem też kontakty z polskimi stowarzyszeniami w Kijowie, Związkiem Polaków na Ukrainie. Okazało się, że nie jestem jedynym Polakiem w Kropywnyckim, m.in. miejscowy reżyser telewizyjny także chciał promować kulturę polską. To on jako pierwszy skontaktował się z Ambasadą RP w Kijowie.

W 1997 roku powstało Stowarzyszenie „Polonia” im. Karola Szymanowskiego. Nazwa była oczywista. To najwybitniejsza postać związana z naszym miastem. Ale mamy też innych. Pisarz Michał Choromański urodził się tutaj, a Jarosław Iwaszkiewicz uczęszczał do naszego gimnazjum.

Dzięki naszemu członkowi Witalijowi Plińskiemu powstała tablica pamiątkowa dla polskich oficerów urodzonych w Kropywnyckim, dawnym Jelizawetgradzie. Uczyli się tu w szkole kawaleryjskiej, a później podczas walki o niepodległość Polski, przeszli na stronę polską. Jeden zginął w Katyniu, drugi został zamordowany po wojnie przez sowiecki wywiad.

Ale to Karol Szymanowski pozostaje najbardziej znanym na świecie. Dlatego stowarzyszenie nosi jego imię. Od początku skupiliśmy się na promocji kultury i muzyki polskiej.

W 2002 roku połączyłem funkcje, zostałem prezesem stowarzyszenia i jednocześnie dyrektorem muzeum. Wtedy też zorganizowaliśmy po raz pierwszy Dni Pamięci Karola Szymanowskiego, a później z pomocą polskiej ambasady w Kijowie i ówczesnego konsula Krzysztofa Świderka, wydarzenie to przekształciło się w coroczny festiwal.

Od 2012 roku co roku odbywa się „Jesień z muzyką Karola Szymanowskiego”. Czasem wydarzenia rozkładamy na wrzesień, październik i listopad, zależnie od możliwości i dostępności artystów.

Nasze koncerty odbywają się też w Odessie, Lwowie, Czerkasach czy Kamionce blisko Tymoszówki, rodzinnej miejscowości Szymanowskiego. Artyści z Polski chętnie przyjeżdżają, nawet w czasie wojny. W 2022 roku nasz festiwal był jedynym w mieście, który się odbył. To było możliwe m.in. dzięki wsparciu Fundacji Wolność i Demokracja i przyjazdowi pianisty Wojciecha Kubicy z Łodzi, który mimo wojny nie odwołał koncertu. Powiedział, że czuje moralny obowiązek wsparcia Ukrainy poprzez swoją obecność i muzykę.

W latach 2023 i 2024 festiwal odbywał się pod hasłem „Warto się nie poddawać”. W ubiegłym roku występowała u nas wybitna pianistka i interpretatorka dzieł Szymanowskiego, Joanna Domańska z Katowic. W tym roku spodziewamy się duetu wiolonczelowo-fortepianowego z Łodzi. Cieszy nas, że idea kultu Karola Szymanowskiego jednoczy ludzi, mimo wojny i trudnych warunków.

fot. Stowarzyszenie „Polonia” im. Karola Szymanowskiego w Kropywnyckim

Mimo wszystkich trudności, mimo trwającej wojny, bliskości frontu udaje się kontynuować wydarzenia kulturalne.

W pewnym sensie naśladujemy samego Karola Szymanowskiego, bo przecież w latach 1915-1916 występował w Kijowie, w Jelizawetgradzie, obecnym Kropywnyckim, w Humaniu, grając koncerty na rzecz uchodźców. Wtedy to uchodźcy uciekali z Polski na wschód, w drugą stronę. W Jelizawetgradzie działało Stowarzyszenie Pomocy Uchodźcom, podobnie jak w Kijowie. Karol Szymanowski był proszony o występy i zgłaszał się chętnie.

W latach 1917-1919 był jednym z inicjatorów serii około 10 koncertów w Jelizawetgradzie. Grał tam m.in. swoje utwory. Na niektóre z tych koncertów przygotował specjalnie transkrypcje, m.in. kaprysu Paganiniego, i to właśnie tutaj odbyło się premierowe wykonanie tego utworu Szymanowskiego.

A wszystko to działo się w bardzo trudnych warunkach. Niektóre koncerty musiano odwołać, bo zmieniała się władza w mieście. W 1919 roku Jelizawetgrad został zaatakowany przez jedną z formacji bandyckich. Zginęło wówczas około 3 tysięcy osób, głównie podczas pogromu ludności żydowskiej. Szymanowski i jego bliscy ukrywali niektórych ludzi w swoim domu. A już w czerwcu i lipcu ponownie grał koncerty.

Nawet kiedy ponownie zmieniały się władze, organizowano koncerty dobroczynne. To wszystko dawało ludziom siłę i moralne wsparcie, pomagało podtrzymać ducha. Bo właśnie nie poddajemy się frustracji czy przygnębieniu, robimy to, co umiemy, kochamy i w ten sposób pomagamy naszemu otoczeniu, poprawiając kondycję psychiczną całej społeczności, zarówno polskiej, jak i lokalnej.

Jakie wyzwania stoją przed wami obecnie, w czasie trwającej wojny? Co jest najtrudniejsze od strony organizacyjnej?

Niestety, ostatnio pojawiają się bardzo niepokojące sygnały. Jeszcze do niedawna nie zdarzały się przypadki, żeby rakiety trafiały tak blisko linii kolejowych. Kilka dni temu uszkodzony został pociąg kursujący przez Kropywnycki, trasa Odessa-Zaporoże. Artyści jadący na nasz koncert jechali ze Lwowa przez Kijów i akurat podczas krótkiego postoju w Kijowie, bardzo blisko pociągu uderzyła rakieta. Na szczęście sam skład nie został uszkodzony, ale pasażerowie, śpiący w nocy, zostali „podrzuceni” ze swoich miejsc przez falę uderzeniową.

To pierwszy taki przypadek, który realnie wpłynął na logistykę. Dotychczas co najwyżej mieliśmy do czynienia z dużymi opóźnieniami. Mimo takich sytuacji musimy ryzykować. Bo nie wiadomo, gdzie człowieka spotka zagrożenie – w domu, na dworcu, czy na ulicy.

Znamy wiele przypadków, gdzie uchodźcy, którzy przenieśli się z linii frontu do Zaporoża, Dniepra czy Kijowa, ginęli właśnie tam, w miejscach teoretycznie bezpieczniejszych. Niektórzy zmieniali miejsce zamieszkania już kilkukrotnie. Zdarzały się też tragiczne sytuacje, gdy zginęła osoba będąca akurat na ulicy, a dom został nietknięty, albo odwrotnie.

Tego nie da się przewidzieć. Czasem to kwestia przypadku, czasem, jak niektórzy mówią, woli Boga. Ale nie da się temu przeciwdziałać, trzeba żyć dalej i działać, mimo ryzyka.

Czy trudno przekonywać artystów, aby przyjeżdżali na wasze wydarzenia?

Oczywiście. Mamy sporo kontaktów, ale nie wszyscy decydują się na przyjazd. Czasem z zapowiedzianego tria zostaje duet, bo na przykład pianista rezygnuje. Szukamy wtedy nowego partnera. Tak akurat było ostatnio. Gdy obostrzenia rakietowe znów się nasiliły, skrzypek zrezygnował w ostatnim momencie i musieliśmy znaleźć innego muzyka.

Ale są też tacy artyści, którzy mimo wszystko przyjeżdżają z przekonaniem, że w ten sposób wspierają mieszkańców Ukrainy, w tym także Polaków mieszkających w Ukrainie.

Warto też wspomnieć o wystawie poświęconej obywatelom Ukrainy polskiego pochodzenia, którzy zginęli walcząc na froncie. Wystawa zainicjowana przez Centrum Kultury Polskiej i Dialogu Europejskiego w Iwano-Frankiwsku była potem prezentowana w Kijowie, Odessie, a następnie dzięki współpracy z naszym stowarzyszeniem trafiła do Żytomierza i Kropywnickiego. Pokazaliśmy ją w trzech miejscach – na Uniwersytecie Technicznym, w Bibliotece im. Dmytra Czyżewskiego oraz podczas konkursu „Lubię Polskę”, który organizujemy corocznie dla dzieci i młodzieży.

fot. Stowarzyszenie „Polonia” im. Karola Szymanowskiego w Kropywnyckim

Jakie macie plany do końca roku?

Rok zawsze zaczynamy intensywnie, już od Bożego Narodzenia i jasełek. Potem robimy zabawy karnawałowe, zapusty, tłusty czwartek, szczególnie jest to ważne dla dzieci.

Wielkanoc świętujemy już bardziej w gronie dorosłych, szczególnie członków naszej parafii Ducha Świętego w Kropywnickim. Nasze stowarzyszenie ma siedzibę przy tym kościele. W piwnicy są sale, w których prowadzimy naukę języka polskiego. Współpraca z parafią jest bardzo bliska. Dodam, że osobiście jestem też organistą, więc gram podczas mszy świętych. Kościół ma świetną akustykę, więc organizujemy tam koncerty chóralne i kameralne. Zespoły bardzo chętnie tam występują.

Obchodzimy też majowe święta. W tym roku po raz pierwszy od czasów pandemii i początku wojny zorganizowaliśmy polonijne spotkanie z okazji Dnia Polonii – 2 maja. Chcieliśmy dać ludziom nieco radości, oprócz tradycyjnego śpiewu były też drobne elementy rozrywkowe. Nie można żyć tylko w żałobie i smutku, potrzebujemy też chwili uśmiechu.

Na zakończenie roku szkolnego wystawiliśmy spektakl „Smok Wawelski” z udziałem 25 uczniów. Byliśmy bardzo zadowoleni, po raz pierwszy mieliśmy tak zdolną grupę. Niektórzy już całkiem dobrze mówią po polsku, więc przedstawienie naprawdę się udało, mimo skromnych środków, dekoracje i kostiumy zrobiliśmy sami.

Na koniec lipca planujemy wyjazd 10 dzieci z naszej szkoły sobotniej na wypoczynek w Stroniu Śląskim w Polsce. Po wakacjach czeka nas rozpoczęcie roku szkolnego oraz Narodowe Czytanie, w tym roku będą teksty Jana Kochanowskiego. Przygotowuje nas do tego zdalnie nauczycielka skierowana przez ORPEG Pani Wiesława Turzańska. Czytamy już od 10 lat. Zawsze dodajemy też tłumaczenia ukraińskie, żeby wydarzenie było otwarte dla lokalnej społeczności. Jesteśmy dumni, że możemy uczestniczyć w tym ogólnopolskim wydarzeniu.

W listopadzie planujemy ważne wydarzenie z okazji Dnia Niepodległości Polski. Jest to kolejna nasza cykliczna impreza. Potem będą mikołajki, wystawy, wspólne koncerty mniejszości narodowych – z bułgarskim, ormiańskim, niemieckim i innymi stowarzyszeniami, w ramach Centrum „Wspólna Rodzina”. Kiedyś robiliśmy duże festiwale mniejszości, dziś działamy bardziej kameralnie, ale nadal aktywnie.

Jakie są Pana największe nadzieje i obawy na przyszłość?

Największą nadzieją, i tu pewnie nie będę oryginalny, jest szybkie zakończenie wojny i jak najmniejsze straty. Trudno powiedzieć, czy się to spełni, ale nadzieja w nas nie gaśnie.

Obawy? Przede wszystkim to, że liczba rosyjskich rakiet, zwłaszcza dronów Shahed, ciągle rośnie. Kiedyś sądziliśmy, że Rosjanom zabraknie zasobów, żeby prowadzić tak intensywny ostrzał miast jak Kijów, Zaporoże czy Dniepr. Dziś widać, że ich produkcja wzrosła i zagrożone są również miasta takie jak Kropywnycki, Czerkasy, Winnica, Równe czy Łuck.

Obawy są też o bliskich, przyjaciół, członków Polonii, którzy teraz służą w wojsku. Na szczęście, jak dotąd, nikt z naszych nie zginął. Ale strach pozostaje. Modlimy się za nich.

Dziękuję za rozmowę.

Nagraną rozmowę mogą Państwo posłuchać w podcaście „Wojenna codzienność mieszkańców Ukrainy” na kanale YouTube Radio Kurier Galicyjski.

X