Pogranicze nasze i wasze

Pogranicze nasze i wasze Cerkiew i kościół w Lubaczowie (z archiwum autora)

z biskupem seniorem Marianem Buczkiem rozmawiał Konstanty Czawaga

Trudno znaleźć tereny, gdzie od wieków między zamieszkałymi tam narodami byłaby ustalona prawidłowa granica historyczna. Powodują to różne migracje ludności oraz zmiany polityczne. Jakie jest nasze pogranicze polsko-ukraińskie? Może jako przykład – Cieszanów i ziemia lubaczowska, skąd pochodzi Ekscelencja – granica państwowa była prawie za domem rodziców.
Po Pakcie Ribbentrop-Mołotow, ustawili oni tutaj na Wschodzie granicę. Ta granica szła przez moją rodzinną miejscowość Czereśnie tak, że cztery gospodarstwa znalazło się w Związku Radzieckim i 10 lutego 1940 roku natychmiast wywieziono ich na Syberię. Natomiast cała moja miejscowość i cała parafia została po stronie niemieckiej. Na tym terenie przed wojną żyli Żydzi, Polacy i Ukraińcy. Niemcy zamieszkiwali w kolonii zwanej Freifeld (Wolne Pole) – dzisiaj się nazywa Kowalówka, dlatego że w czasie zaboru Austriacy między wioski polskie i ukraińskimi wprowadzali ludność niemieckojęzyczną. To byli albo katolicy, albo luteranie. I tych miejscowości na terenie powiatu lubaczowskiego, skąd ja pochodzę, było wiele. W parafii rodzinnej był taki ewenement: wioska Freifeld to byli Niemcy, Żuków – Ukraińcy, gdzie była cerkiew i plebania greckokatolicka, Kosobudy – wyłącznie Polacy. To były trzy wioski, które się dosłownie łączyły razem. I wszyscy żyli w zgodzie. Nie było granicy. W sumie kończył się budynek – i tablica, że zaczyna się wioska inna – ukraińska, polska czy niemiecka. I tak samo było w centrum parafii, w Cieszanowie, gdzie była synagoga, cerkiew greckokatolicka św. Jerzego, a kościół był św. Wojciecha. W liturgii św. Wojciech i św. Jerzy są w jednym dniu, tylko później w liturgii greckiej wspomnienie św. Jerzego przesunięto o dwa tygodnie.

Cerkiew i kościół w Lubaczowie (z archiwum autora)

Tam żyli ludzie różnej narodowości, różnych języków, różnych religii. Od starszych ludzi, przynajmniej od mojej mamy, która ma teraz 94 lata, słyszymy, że oni żyli naprawdę w zgodzie. I nie było problemów. Problemy zaczęły się czasie II wojny światowej, kiedy Niemcy chcąc panować nad tym terenem jakby obudzili nienawiść między Polakami i Ukraińcami. Potem to samo robili Rosjanie. Wiadomo, że Żydów wymordowano, z początku uczyniono getto w Cieszanowie. Dosłownie było tragicznie. Potem zamknięto cerkiew. Po wojnie, w 1944 roku Ukraińców z naszego terenu przeniesiono do Związku Radzieckiego. Gdy byłem na Wchodzie Ukrainy w obwodzie zaporoskim, spotykałem tam ludzi pochodzących z okolic Lubaczowa i Jarosławia. W 1947 roku Stalin postanowił jeszcze raz oczyścić Pogranicze. W ramach operacji „Wisła” resztę Ukraińców polskie władze komunistyczne przeniosły na Zachód i Północ kraju. W to miejsce osiedlili trochę Polaków z dzisiejszej Ukrainy, czyli zza granicy tej na Bugu, umownie mówiąc, i tak zostało. Natomiast została wśród ludzi tradycja, bo nie wszystkich wywieziono, dlatego że były mieszane rodziny polsko-ukraińskie. Nieraz udało się zachować całą rodzinę w tym miejscu – czasem matka, mąż czy żona byli Ukraińcami, ale zostali ze współmałżonkiem i dziećmi na terenie Polski.

Cerkiew w Łukawcu, rodzinnej parafii arcybiskupa lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego (z archiwum autora)

Nie ukrywam, że temat naszej rozmowy podpowiedział mi udział ks. biskupa w poświęceniu nowych dzwonów dla dawnej cerkwi w Gorajcu koło Lubaczowa. To wydarzenie przyciągnęło uwagę Polaków i Ukraińców. Chyba nie przypadek, że ks. biskup został zaproszony na tę uroczystość?
Dlatego że jest to moja parafia rodzinna, gdzie w każdej wiosce była cerkiew i parafia greckokatolicka. Gdy wywieziono Ukraińców, świątynie greckokatolickie zostały puste. Ks. Józef Kłos, który przed wojną był wikarym, a potem administratorem, czyli proboszczem parafii św. Marii Magdaleny we Lwowie, w 1946 roku został wyrzucony do Polski. Opatrzność sprawiła, że został proboszczem w swojej parafii rodzinnej, bo pochodził z parafii Cieszanów, z wioski Folwarki pod Cieszanowem. On to postanowił uratować wszystkie cerkwie greckokatolickie, murowane i drewniane, znajdujące się na terytorium parafii Cieszanów. Tych cerkwi było bardzo wiele. W Starym i Nowym Lublińcu było dwie cerkwie murowane. W Dachnowie była cerkiew drewniana. W Niemstowie cerkiew murowana. W Nowym Siole cerkiew murowana. I dzisiaj te cerkwie są kościołami parafialnymi rzymskokatolickimi. Obecnie parafia obsługuje jeszcze cerkwie w Chotylubiu, Gorajcu i Kowalówce, jako kaplice dojazdowe rzymskokatolickie Cieszanowa. Ks. Kłos postanowił wszystkie cerkwie zachować i to mu się udało. W wioskach Dachnów i Chotylub w ostatnich latach zbudowano nowe kościoły parafialne, ale cerkwie drewniane są zachowane, jako dobro kultury materialnej tych ziem. Nie udało mu się tylko zachować cerkwi grekokatolickiej w samym Cieszanowie, bo władze komunistyczne powiedziały: masz kościół, po co ci to? Choć odprawiał tam nabożeństwa przez kilka lat w lecie, kiedy malował kościół, kiedy robił tam posadzkę, lamperię, no to pozwolono mu odprawiać w cerkwi przez kilka miesięcy. Myślał, że ta cerkiew zostanie zaadaptowana, ostatecznie władze się nie zgodziły. W tych cerkwiach ikony pokradli czy to złodzieje, czy to komunistyczna służba bezpieczeństwa. Potem ludzie mówili, że oni sobie kupili samochody ze sprzedaży ikon. Możliwie, że tak było.

Jedną z tych świątyń grekokatolickich jest cerkiew w Gorajcu, którą po wojnie ks. prałat Kłos zagospodarował. Kiedy komuniści wyrzucili religię ze szkół, to księża uczyli w tych cerkwiach. Ja teraz, kiedy byłem na poświęceniu dzwonów w Gorajcu, pytam ludzi, gdzie tu była salka katechetyczna? A oni mówią: z tyłu, za ikonostasem. Ja to pamiętam, gdyż jako ministrant jeździłem z księżmi z Cieszanowa i widziałem, że z tyłu za ikonostasem dyktą oddzielono tę salkę katechetyczną, aby można było postawić jakieś ogrzewanie. I tam była sala katechetyczna, a w cerkwi się odprawiało. I tak było w wielu-wielu kościołach oraz w tych cerkwiach.

Po wojnie też zginęły dzwony z wielu cerkwi, między nimi w Gorajcu. Przed paroma laty znalazł się jeden pan, który pochodzi z Litwy, ale żona, czy jej rodzina pochodzi z Gorajca. Pobrali się na Zachodzie Polski, wydaje że w Pasłęku. To oni wpadli na pomysł, że trzeba zrobić dzwony. Zaczęli tu rozmawiać z proboszczem miejscowym w Cieszanowie, ludnością. Było trzy dzwony, to oni ofiarowali jeden dzwon, a dwa dzwony ze składek. Okazało się, że w ciągu roku zebrali tyle pieniędzy, że wystarczyło by w Pracowni Ludwisarskiej w Orłach koło Przemyśla wykonać od razu te trzy dzwony. Dzwony zostały umieszczone w dzwonnicy niedawno wyremontowanej, która jest przy tej cerkwi. Cerkiew w Gorajcu od kilkunastu lat remontuje za państwowe pieniądze zakład konserwacji zabytków w Polsce.

Wieża kościelna i kopuła cerkiewna nad Cieszanowem (z archiwum autora)

Mnie poproszono jako krajana, jako tego, kto to wszystko pamięta, żeby te dzwony poświęcić. Oczywiście, że było tam trochę ludzi miejscowych, przedstawicieli władz. Powiedzieli, że tak powinno być. Trzeba zadbać o cerkiew, zadbać o dzwonnicę, jeżeli jest możliwym – zrobić dzwony. Niech to będzie dla historii. Te cerkwie są na terenie Lubaczowszczyzny, gdzie przez siedem lat biskupem był kardynał Marian Jaworski, potem przez 18 lat we Lwowie. On też się starał o pieniądze, żeby te cerkwie remontować. Tych cerkwi tam wiele wyremontowano, dzięki temu się zachowały. Natomiast mamy miejsca w innych parafiach, jak na przykład Basznia Dolna, gdzie się cerkwie rozleciały, bo nikt ich nie mógł użytkować, a szczególnie drewniane, które zostały spalone nie wiadomo przez kogo. W Załużu i w Hulczu pobudowano na tym terenie nowe kościoły, bo to jest miejsce poświęcone dla Pana Boga.

A jaka jest sytuacja ze starymi cmentarzami ukraińskimi? Od dzieciństwa i młodości ks. biskup obserwował przesiedlonych spoza powojennej granicy polsko-sowieckiej Polaków. Podczas pracy w kurii archidiecezji lwowskiej w Lubaczowie i później, już po przeniesieniu do Lwowa często spotykał się z Ukraińcami przesiedlonymi z powojennej Polski. Czy mentalność takich ludzi jest podobna, czy Polacy i Ukraińcy się różnią?
Chyba nie ma różnicy, bo każdy tęskni. Ludzi, którzy byli wywiezieni, już ich nie ma, bo odeszli jak się mówi na drugi świat, ale pozostały ich dzieci czy wnuki. Teraz mniej-więcej jednakowo wszyscy przeżywają i zdają sobie sprawę, że zmiany granic nie może być. Teraz jest pytanie, żeby pozwolić Ukraińcom na odnowienie cmentarzy i tak samo Polakom na Ukrainie. Ludzi, których przesiedlono z lubaczowskiego, jarosławskiego, przemyskiego powiatów na teren Ukrainy, spotykałem we Lwowie, bo tam są Towarzystwa „Lubacziwszczyna”, „Nadsiannia” i inne. Oni tęsknią, ale mają możliwość przyjeżdżać do Polski. W Lubaczowie jest cerkiew grekokatolicka św. Mikołaja. Kiedyś była jakiś czas kościołem filialnym parafii prokatedralnej w Lubaczowie. Potem, kiedy w 1978 roku powstała parafia św. Mikołaja, odnowiono tę świątynię. Potem zaczęli odprawiać grekokatolicy. Potem, jak to zwykle między ludźmi, doszło do jakiegoś nieporozumienia. Biskup i proboszcz rzymskokatolicki postanowili zbudować sobie kościół pw. św. Karola Boromeusza, a cerkiew św. Mikołaja oddać grekokatolikom na własność. W latach 1978-80 ta cerkiew została odnowiona, ale teraz po czterdziestu latach wymaga następnego remontu. Ksiądz greckokatolicki dojeżdża z Jarosławia do tej cerkwi. Jest tam 8-9 osób i nie są w stanie utrzymać świątyni. I jest niebezpieczeństwo że za kilka lat ci ludzie, którzy do niej chodzą, wymrą. Młodzież nie dochodzi. Już zostali katolikami obrządku łacińskiego, czy ich rodziny. Kto będzie utrzymywał tę cerkiew? Ale zachowała się cerkiew w Lubaczowie dzięki temu, że władze komunistyczne po wojnie pozwoliły odprawiać w niedziele tam Msze św. dla młodzieży. Tam odbywały się też jasełka, różne występy artystyczne, festiwale. Natomiast wokół Lubaczowa wiele cerkwi się zniszczyło. Bo jak była nieużywana, nikt nie dbał, nie remontował, wiadomo że czas zniszczył. Potem przyszły jakieś kataklizmy czy podpalenia.

Na terenie lubaczowskim, gdzie była archidiecezja lwowska z siedzibą w Lubaczowie, wiele cerkwi udało się uratować. Uratowali to biskupi ówcześni Jan Nowicki, Marian Rechowicz, potem Marian Jaworski, który był siedem lat w Lubaczowie. On m.in. zrobił remont i zabezpieczenie cerkwi w Werchracie. W parafii rzymskokatolickiej ludzi mało i taką wielką, potężną cerkiew muszą utrzymać. Zdobył on również fundusze na remont drewnianej cerkwi w Szczutkowie, a proboszcz miejscowy ją wyremontował. Również cerkiew w miejscowości Prusie została wyremontowana, w Korniach. Cerkiew w Hrebennem cały czas się ratowało, była to kaplica dojazdowa z Siedlisk. Ludzie pamiętają, że to jest świątynia, a świątynię trzeba ratować. Obecnie w XXI wieku cerkiew w Hrebennem jest własnością parafii greckokatolickiej, a ksiądz rzymskokatolicki korzysta z niej za zgodą duchownego ukraińskiego obrządku.

Patriotyzm i nacjonalizm. Czy to jest to samo? Według Kościoła katolickiego i nauczania św. Jana Pawła II?
Odpowiadając na to pytanie sięgnijmy do nauczania Wielkiego Słowianina i Polaka św. Jana Pawła II, który szczególnie wiele miejsca poświęcił rozważaniom na ten temat na kartach swej książki „Pamięć i tożsamość”. Pokazuje w niej jak etymologicznie pojęcia związane z ojczyzną i z narodem ściśle wiążą się z pojęciem najbliższej rodziny. „Ojczyzna to poniekąd to samo, co ojcowizna” – wyjaśniał, „naród” natomiast wywodzi się od słowa „ród”, ono zaś od „rodzić”. A zatem patriotyzm to miłość do ojczyzny, która wchodzi w zakres czwartego przykazania i przeciwstawia się nacjonalizmowi. Krytykował więc nacjonalizm, gdyż „uznaje tylko dobro własnego narodu i tylko do niego dąży, nie licząc się z prawami innych”. Patriotyzm natomiast – podkreślał Ojciec Święty – rozumiany jako „miłość ojczyzny przyznaje wszystkim innym narodom takie same prawo jak własnemu, a zatem jest drogą do uporządkowania miłości społecznej”.

Ludzie często mylą te pojęcia zapominając, że patriotyzm to jest coś pozytywnego. Ja mam obowiązek zachować swoją wiarę, swój język, swoje tradycje. Jeżeli jest możliwe zachować cmentarz czy odnowić go, czy świątynię jaką jest kościół rzymskokatolicki na Ukrainie czy cerkiew grekokatolicka w Polsce. Ale znajdują się ludzie, którzy mówią że „nie, tu trzeba wszystko zmienić”. Stalin po wojnie ustalił granicę tak zwaną umowną na Bugu, tę dzisiejszą granicę między Polską a Ukrainą. To była granica między Polską Rzeczpospolitą (komunistyczną) Ludową a Ukraińską Republiką Radziecką, też komunistyczną, a ludzie nie mogą przesunąć tej granicy. Są czasem jacyś tacy fantaści, którzy mówią, że zmienimy granicę, przesuniemy Ukrainę do Sanu, potem do Wisły. Z drugiej strony też się znajdują mówiący: jak to? Lwów musi być polski, będziemy iść na wschód do Kamieńca czy nawet do Odessy. Skoro ustalamy nowe granice, to będziemy robić awantury i wojny, więc lepiej zostawmy tak, jak jest. Pozwólmy tylko mniejszościom religijnym i narodowym, w Polsce i w Ukrainie żyć spokojnie. I Polakom na Ukrainie, i Ukraińcom w Polsce. Jak wiemy, w praktyce bywa to różnie. Ja pracowałem tu tyle lat, praktycznie od 1989 roku wiem co się dzieje na Ukrainie, a na stałe przyjechałem w 1991 razem z kardynałem Jaworskim do Lwowa. Potem byłem na Wschodniej Ukrainie. Spotkałem tam ludzi z mego terenu, z lubaczowskiego, którzy byli wysiedleni w 1944 roku przez Stalina. Niektórzy z tych ludzi mieli wielkie pretensje – czemu ich wyrzucono z Polski? Odpowiadałem: „my, Polacy, was nie wyrzucali, tylko Stalin wyrzucił. Komuniści”. A oni mówili „no tak, ale myśmy zostali pokrzywdzeni”.

Dawna cerkiew (obecnie kościół) w Werchracie (z archiwum autora)

Ukraińcy, którzy w Polsce zostali do 1947 roku, do operacji „Wisła”, żyli na swoich dawnych terenach tradycyjnych, jak to mówią „ridnych”. Ale w 1947 Stalin znowu postanowił z władzą komunistyczną w Polsce przesiedlić ich na Wrocław, Legnicę, do Szczecina, nawet do Olsztyna. Wymieszał to wszystko, wyrzucił ludzi stąd, a ażeby nie były tereny puste, a że wracali Polacy wysiedleni przymusowo ze Wschodu, to proszę bardzo – zasiedlajcie tereny ukraińskie. I teraz to są sytuacje ciekawe i nie ciekawe, że przyjeżdżają Ukraińcy z zachodu Polski, z północy na te tereny. „Co wy chcecie?” – „Chcemy zobaczyć domy, gdzie nasi dziadkowie, pradziadkowie mieszkali” – „No, proszę bardzo”. „Chcemy zobaczyć cerkiew” – „Proszę bardzo”. Ale oni tam nie wrócą, bo zasiedlili Polacy. Tak samo przyjeżdżają Polacy z Polski na Ukrainę, do jakichś wiosek, miejscowości: „My chcemy zobaczyć, gdzie to nasi dziadkowie mieszkali” – „Proszę bardzo”. „My tu nie wrócimy, ale chcemy zobaczyć, zdjęcia zrobić”. Ale są też niektórzy w Polsce i na Ukrainie, co mówią: „Nie! Absolutnie”. Ileż mieliśmy takich przypadków! Jak na przykład przyjechała grupa filmowa, ażeby zrobić film, gdzie bracia albertyni byli we Lwowie, oni tam mieli kilka domów. „No tak, jak najbardziej, róbcie ten film” – mówią w jednym. Ale były takie domy, że absolutnie: „Nie wolno, nie wolno wam wejść z kamerą!” – „No to my sobie z drona zrobimy”. I tak zrobili.

Zabytkowy zespół cerkiewny z XVI wieku w Radrużu (z archiwum autora)

Tutaj trzeba wielkiej roztropności, ale tak samo trzeba nam uczyć ludzi, że my nie będziemy jako indywidualne osoby zmieniać granicy czy mieszkania, tylko chcemy zobaczyć z sentymentu, bo tu byli nasi pradziadkowie. Nasi rodzice stąd wyjechali. I też były takie sytuacje, że ci Polacy wyrzuceni w 1944, 1945 nawet 1946 roku ze Lwowa gdzieś na zachód Polski potem, kiedy powstała wolna Ukraina, brali swoje dzieci i wnuki: „Ja ci muszę pokazać, skąd mnie wyrzucili”. Ci przyjechali, popatrzyli i mówili „Dziadek albo tato, co mnie z tym łączy? To nie jest moje. Ja się urodziłem we Wrocławiu, w Szczecinie czy w Gliwicach. Dla ciebie to coś jest. Dla mnie już nie”. I teraz ci starsi wymarli, a młodzi: „Przyjedziemy, zobaczymy, ale nikt z nas nie będzie myślał, że zabieramy tereny we Lwowie”. I tak samo ci Ukraińcy mówią: „No, nie będziemy jechali tam zabierali, bo tam już mieszkają inni ludzie. Żyjmy w zgodzie, spotykajmy się”.

A teraz, kiedy przyszła ta emigracja zarobkowa, bardzo dużo ludzi z Ukrainy pracuje w Polsce. Dobrze zarabiają. Czasem pojawiają się nieporozumienia, ale cieszą się, że mogą razem pracować. Moi kiedyś tam pojechali, a waszych tam wyrzucili, a my teraz możemy żyć w zgodzie.

Czy czasami ktoś nie manipuluje uczuciami swoich obywateli lub wierzących? Skąd biorą się wszelkiego rodzaju prowokacje po obu stronach granicy? Dlaczego są upolityczniani mogiły umarłych?
Skąd to się bierze? Stąd, że nam czasami brakuje rozumu. A rozum podpowiada, że znajdą się przeciwnicy, żeby nas poróżnić. I zawsze mówimy: „starszy brat”, myśląc o tym „niedźwiedziu” z Rosji. Rosja wykorzystuje niestety te nasze nieporozumienia i często nas podpuszcza. Czasem po przeczytaniu artykułu jakiegoś rosyjskiego dziennikarza czy publicysty wystarczy uśmiechnąć się i nie reagować. Nastawia nas przeciw sobie, że Polacy chcą wrócić do Lwowa, odebrać Lwów. To jest niemożliwe. Nie, normalni Polacy tego nie zrobią nigdy. Czy tak samo, że Ukraińcy muszą wrócić gdzieś tam z Zaporoża, z Donbasu, bo tam też są wysiedleni z terenów Przemyśla, Jarosławia, Lubaczowa i muszą zabrać to do Ukrainy. Kto będzie zmieniał granicę? To jest niemożliwe.

Ale pozwólmy, ażeby oni mogli przyjechać, spokojnie pomodlić się w cerkwi, gdzie ich dziadkowie byli czy rodzice. Ażeby ich cmentarz nie był zniszczony. I też mogliby Polacy czasami zrobić remont jakiegoś cmentarza ukraińskiego. Tam nikt się nie stara, bo może nie ma już tych rodzin. Ale tak samo mogliby Ukraińcy stary cmentarz polski, który jest na Ukrainie, odczyścić przynajmniej z tych chwastów, z chaszczy. Bo najczęściej bywa tak – i w Polsce, i na Ukrainie – że jest stary cmentarz polski na Ukrainie i wiadomo, że przy tym cmentarzu zaczęto chować już współczesnych Ukraińców. I teraz tak wygląda, że ten cmentarz ukraiński jest użytkowany jako tako, a cmentarz polski w tragicznym stanie. I znów w Polsce jest to samo, że stary, dawny cmentarz, który był przy cerkwi grekokatolickiej, jest zaniedbany, nikt go nie oczyszcza, a przy tym zaczynają chować Polacy, bo powstała tam parafia rzymskokatolicka, chociażby w mojej parafii rodzinnej. Zostawili niewyczyszczoną część ukraińską, bo to nie nasza, tylko my będziemy o swoją polską część dbać. I taka sama sytuacja jest na zachodzie Polski, gdzie pozostały cmentarze niemieckie. Tu jest taki sam problem: „To nie jest nasze, to niemieckie, cóż będziemy się tym przejmować. A niech idzie w ruinę”. Część powojenna polska jest ładnie utrzymana, a ta niemiecka jest w ruinie. Cała sztuka polega na tym, by się dogadać, że Polacy tutaj w Polsce zadbają czy wyremontują, oczyszczą cmentarz ukraiński, za swoje powiedzmy pieniądze, a niech tam Ukraińcy zrobią na polskim to samo. Nieraz powiedzą: dobrze, nie ma problemów, ale są takie miejscowości, gdzie absolutnie nie – bo to ukraiński, nie będę czyścił. A tam polskich nie będą czyścić. Niech przepadną. A my będziemy tylko o swoje dbali.

Coś jest nie tak. Teraz jeżeli znajdzie się jakiś przeciwnik i Ukraińców, i Polaków, a wiadomo że zawsze naszym przeciwnikiem jest niestety „starszy brat” z Rosji, to będzie to wykorzystywał, bo wystarczy kilku nieodpowiedzialnych albo głupich ludzi, którzy się będą kłócili o wszystko i nic nie zrobią. I doprowadzają ciągle do kłótni. Potem ktoś napisze jakiś artykuł w rosyjskojęzycznej propagandzie przeciwko Polakom, przeciwko Ukraińcom. No po co? To my jak czytamy coś takiego, to trzeba milczeć, albo odpowiedzieć pozytywnie. I powiedzieć, że my wyremontujemy kościół na Ukrainie, a my wyremontujemy cerkiew w Polsce, aby nie przepadła. Jest jeszcze wiele cerkwi na naszym terenie lubaczowskim, w Oleszycach, w Starych Oleszycach, w Płazowie, które idą w ruinę. Cerkwie, które komuniści nie oddali Kościołowi rzymskokatolickiemu jak Narol, Cieszanów, burmistrzowie w ostatnich kilkunastu latach wyremontowali. W Cieszanowie jest pięknie wyremontowana zewnątrz i wewnątrz cerkiew św. Jerzego, gdzie zachowała się polichromia autorstwa znanego ukraińskiego artysty Grzegorza Kuźniewicza, którą wykonał w latach 1936-1937. Teraz tam odbywają się koncerty, spotkania literackie. Kiedy ostatnio tam byłem na spotkaniu kulturalnym, zwróciłem uwagę obecnych na czterech ewangelistów. Są to twarze ówczesnych hierarchów grekokatolickich – metropolity lwowskiego Andreja Szeptyckiego, biskupa przemyskiego Jozafata Kocyłowskiego, również proboszcza w Cieszanowie i malarza, który to malował. Malowidło zachowało się, jest bardzo piękne. Władza świecka wyremontowała cerkiew, dlatego że władza kościelna nie mogła remontować, bo to nie jest ich własnością. Burmistrz jako głowa miasta odpowiedzialny również za zabytki mówi: przepraszam, zdobyłem pieniądze to wyremontowałem, tak samo jest w Narolu. W Bełżcu też wyremontowano drewnianą cerkiew, także w Bruśnie Nowym, w Gorajcu. Ale w Baszni Dolnej zostały tylko schody, miejsce, gdzie była cerkiew. W Łukawcu wyremontowano cerkiew, która stoi pusta, ponieważ nie ma tam ani jednego grekokatolika. W Opace, gdzie spaliła się cerkiew, odremontowano dzwonnicę, a plac stoi pusty, władza polska robi wszystko, ażeby to zachować. Kardynał Marian Jaworski wyjaśniał, że ratował cerkwie, bo to są zabytki materialne tych ziem. Tak kiedyś było. Była synagoga, była cerkiew, był kościół. Były cmentarze jeden, drugi, różnych wyznań i religii. Niech zostanie zachowany dla historii. Młodzi będą się pytali, co tu było? Żydzi, Niemcy, Ukraińcy i Polacy potrafili żyć na tej ziemi w zgodzie.

Lubaczów: Polacy, Ukraińcy i Żydzi żyli tam w zgodzie (z archiwum autora)

Pogranicze nasze, wasze. Jak należy zadbać o wspólne dziedzictwo? Polaków, Ukraińców, Ormian, Żydów…
Tego nikt nie wie, ponieważ kiedy my patrzymy na Pogranicze, to pytamy: kto tu żył? Słuchamy pieśni. Ci śpiewają po ukraińsku, ci po niemiecku, ci po żydowsku, ci po polsku i pytają, czyja to jest pieśń? No, nasza. Tu ludzie śpiewali w różnych językach. Ta sama melodia, a słowa przełożyli każdy na swój język. I teraz pytanie, kto to napisał? Jako przykład mamy: „Hej, Sokoły”, „Czerwony pas”, „Moja matko, ja wiem”… I śpiewamy razem, jedni z drugimi.

Rozmawiał Konstanty Czawaga

X