Pociąg pancerny, który służył wszystkim

Pociąg pancerny, który służył wszystkim Pociąg pancerny BEPO-77 walczy na stacji Markowice koło Stanisławowa, zdjęcie z archiwów muzeum „Bohaterze Dniepru”

Dziś już na nikim nie robią wrażenia, ale kiedyś były groźną siłą. „Twierdze na kołach” – tak je wówczas nazywano. Jedno z tych pancernych monstrum dobrze pamiętają szyny starego stanisławowskiego dworca. Zanim tu przybył, miał za sobą długą i pełną wydarzeń drogę.

Biały ochotnik

Narodził się w lipcu 1919 roku i początkowo nie miał nazwy. Właściwie, został oznaczony numerem „2” i włączony do 3 Kubańskiej Sotni Kolejowej przy 3 Korpusie Kawalerii Sił Zbrojnych Południa Rosji. Tak brzmiała pełna nazwa dobrze znanej z radzieckich filmów Białej Armii, walczącej zacięcie z Czerwoną. Początkowo pociąg pancerny nr 2 składał się jedynie z opancerzonej platformy z czterema karabinami maszynowymi i jedną armatą, którą doczepiano do zwykłej lokomotywy. Chrzest bojowy pociąg odbył pod Jekaterynosławiem (dziś miasto Dnipro), gdzie mężnie przeciwstawiał się bolszewikom i oddziałom Machny.

Po kilku tygodniach pociąg pancerny uzyskał imię „Generała Gejmana” – na cześć dowódcy 2 Kubańskiej Brygady Płastunów (ukraińskich skautów – red.). Wkrótce został wzmocniony dwoma opancerzonymi platformami, co bardzo przydało się w kolejnych walkach z pociągami pancernymi Armii Petlury „Chortyca” i „Syn wolnej Ukrainy”. Swój gwiezdny czas „twierdza pancerna” przeżyła z nowym dowódcą, kapitanem Razumow-Petropawłowskim. Przemianował on pociąg na „Dobrowolec” („Ochotnik”) i okrył go chwałą w bitwie pod Fastowem. Wówczas nasz „Ochotnik” stoczył nierówną walkę z trzema pociągami czerwonych, jeden wziął do niewoli, a inne zmusił do ucieczki.

Gdyby Biała Armia walczyła tak jak „Ochotnik”, być może historia potoczyłaby się po zupełnie innych torach. Niestety tak się nie stało. Po rozgromie wojsk Denikina załoga wysadziła w powietrze swój pociąg pod Tyraspolem w styczniu 1920 roku.

Pamięci komisarzy z Baku

Bolszewicy szybko wyremontowali tę „twierdzę” i przekazali ją zawodowemu rewolucjoniście Semenowi Chmaładzemu. On natychmiast nazwał pociąg „im. Szaumiana i Dżaparidze” i nadał mu numer kodowy 21. Współczesnemu czytelnikowi te nazwiska nic nie mówią. Ale nic też nie mówiły czerwonoarmiejskiej załodze pancernika. Rzecz w tym, że nowy dowódca pociągu niegdyś rewolucjonizował Baku i dobrze znał tamtejszych komisarzy, którzy zostali straceni przez Anglików. Ponieważ wymienić 26 nazwisk w nazwie pociągu było dość trudno, Chmaładze poprzestał na nazwiskach dwóch swoich najlepszych przyjaciół.

Bolszewicy nazwali pociąg pancerny „Pamięci Komisarzy z Baku”, źródło internetowe

Czerwonym pociąg nie służył długo. Już w kwietniu został przejęty przez Polaków. Interesujące jest to, że bolszewicy nie rozstrzelali Chmaładzego po stracie pociągu. A ponadto powierzyli mu wkrótce kolejny pociąg pancerny, który ten również nazwał imionami swoich przyjaciół. Teraz jeździł on pod nr. 7. Tym pociągiem tow. Chmaładze pojechał na podbój Gruzji.

Od strzelca do marszałka

Pociąg przejęli żołnierze polskiego 50 Pułku Strzelców Kresowych. Długo się nie zastanawiając nazwali go po prostu „Strzelec Kresowy”. Pod taką nazwą pociąg walczył pod Kijowem, osłaniał odwrót Wojska Polskiego i o mały włos nie został przejęty przez kawalerzystów Budionnego. Pociąg wycofano do Dęblina. Tam został przestawiony na europejskie tory i otrzymał nazwę „Pierwszy Marszałek” – na cześć twórcy państwa polskiego Józefa Piłsudskiego.

Polacy przemianowali pociąg pancerny na „Pierwszego Marszałka”, źródło internetowe

W sierpniu 1920 roku pociąg walczył w bitwie określanej jako „Cud nad Wisłą” i brał udział w rozgromie czerwonych hord Tuchaczewskiego, nie znających dotąd porażki. Po tych walkach odstawiono go na boczny tor i zakonserwowano. W 1928 roku wyczyszczono go ze smaru i wykorzystywano do szkoleń.

W 1930 roku pociąg pancerny z nr. 51 został gruntownie zmodernizowany. Teraz składał się z opancerzonej lokomotywy serii Ti3, do której doczepiano wagon szturmowy na 32 żołnierzy desantu i dwa wagony artyleryjskie, uzbrojone w dwie 75 mm armaty, które umieszczono w opancerzonych wieżach obrotowych. Mogły one prowadzić ostrzał na 360˚. Każda wieża mieściła też dwa ciężkie karabiny maszynowe Maxim, a cztery dodatkowe były w ścianach bocznych wagonu, dzięki czemu mogły prowadzić ostrzał wzdłuż wagonów. W części środkowej wagonu umieszczono przeciwlotniczy ciężki karabin maszynowy kal. 7,62 mm z kątem wzniesienia 60˚. Załogę każdego wagonu stanowiło 35 żołnierzy. Opancerzenie tworzyły blachy o grubości 8-12 mm i dodatkowa wewnętrzna „koszulka” z desek. Z opisu widać, że dostać się do pociągu było dość trudno zarówno z ziemi, jak i z powietrza. Dodatkowo, aby przeciwdziałać ewentualnemu minowaniu torów, z przodu i z tyłu pociągu doczepiano dwie platformy, które przyjmowały na siebie siłę wybuchu. Aby dodatkowo je obciążyć, umieszczano na nich szyny i podkłady do ewentualnego remontu toru.

Każdy pociąg pancerny był obsługiwany przez specjalny pociąg techniczny, składający się z około 30 wagonów i kilku drezyn do celów wywiadowczych.

Z wybuchem II wojny światowej „Pierwszy Marszałek” walczy z Niemcami, a po 17 września zostaje przerzucony na front wschodni. Pod Kostopolem pociąg zniszczył cztery samochody pancerne bolszewików BA-6. Jednak 22 września w wyniku nalotu zostaje uszkodzony i jego dowódca kpt. Rokosowski wydaje rozkaz opuszczenia pociągu.

Iwan Turganow – sowiecki dowódca pociągu pancernego BEPO-77, zdjęcie z archiwów muzeum „Bohaterze Dniepru”

W obronie Stanisławowa

W Armii Czerwonej dawny „Pierwszy Marszałek” służy jako BEPO-77. Właściwie nie w armii, lecz w składzie 77 kolejowego pułku NKWD, rozlokowanego w Stanisławowie. Dowódcą pociągu jest lejtnant Iwan Turganow, który walczył w Azji Środkowej i dosłużył się orderu Czerwonego Sztandaru.

Nie pobłażał załodze i ciągle gonił ją na szkolenia. Ostatnie takie szkolenie odbyło się tuż przed wybuchem wojny niemiecko-rosyjskiej, gdy pociąg trenował strzelanie w Karpatach. 22 czerwca Niemcy zbombardowali dworzec w Stanisławowie. Aby uchronić swój BEPO-77, Turganow przemieścił go do Markowic, gdzie udało mu się zestrzelić dwa wrogie samoloty. Niebawem załoga pociągu otrzymała rozkaz zniszczenia mostu na Bystrzycy Nadwórniańskiej w Chryplinie. Dokonano tego w dość oryginalny sposób – na most wytoczono wagon z bombami lotniczymi, poczym rozstrzelano go z bezpiecznej odległości z działa. Kolejnym zadaniem było zniszczenie mostu przez Dniestr w okolicy Niżniowa. BEPO-77 osłaniał również wycofywanie się 12 armii, która dzięki temu uniknęła otoczenia.

Pod Husiatynem pociąg w ciężkiej walce zniszczył pięć niemieckich czołgów. Ale 7 lipca wpadł w pułapkę – z tyłu miał zniszczone już tory, z przodu zbombardowane własne pociągi, a wokół wojska niemieckie. Przez 10 godzin manewrując na odcinku 200 m pociąg prowadził nierówną walkę. Po wyczerpaniu amunicji Turganow wydaje rozkaz, by opuścić pociąg i pieszo przebijać się do swoich. Resztki załogi wyszły z otoczenia dopiero 27 sierpnia.

Po remoncie BEPO-77 zmienił nazwę na Panzerzug-10, źródło internetowe

Żelazny kaput

Niemcy remontowali pociąg aż do zimy. Stworzyli prawdziwe monstrum, składające się z dwóch sowieckich BEPO-75 i BEPO-77. Olbrzyma nazwano Panzerzug-10. Początkowo walczył przeciwko czerwonym partyzantom, potem przerzucono go do Stalingradu i ponownie wrócił na Ukrainę.

Po remoncie BEPO-77 zmienił nazwę na Panzerzug-10, źródło internetowe

Latem 1943 roku pociąg wyleciał w powietrze na partyzanckiej minie, a po remoncie rozpadł się na dwie części. Jako Panzerzug-11 walczył między Tarnopolem i Lwowem i prawdopodobnie ostrzeliwał piechotę sowiecką pod Tyśmienicą.

Po remoncie BEPO-77 zmienił nazwę na Panzerzug-10, źródło internetowe

Kropkę na zakończenie jego losu postawiło sowieckie lotnictwo szturmowe 13 stycznia 1945 roku pod Kielcami. Stalinowskie sokoły pracowały tak rzetelnie, że po ich nalocie nie było już co naprawiać.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 10 (374), 31 maja – 14 czerwca 2021

X