Pochód na Meżyhiria i nie tylko

Pochód na Meżyhiria i nie tylko

Przez ostatni tydzień ilość protestujących na Majdanie w Kijowie wyraźnie zmalała. Święta odciągnęły od Majdanu lwią część przyjezdnych. Natomiast mieszkańcy Kijowa przebywali w stałej „gotowości bojowej”, lecz bez osobistego udziału.

Nawet pobicie dziennikarki Tatiany Czornowoł w czasie katolickich świąt Bożego Narodzenia nie zaktywizowało opozycyjnych nastrojów. Jedynie około tysiąca aktywistów przyszło pod budynek MSW z żądaniem dymisji ministra Zacharczenki. Wydaje się, że nadzieje władzy na to, że ludzie zajęci przygotowaniami świątecznymi, rozejdą się sami, zaczęły się ziszczać. Jednak ludowy marsz na Meżyhiria, gdzie znajduje się rezydencja prezydenta Janukowycza, zaświadczył o czymś przeciwnym: ludzie nie stracili zapału, po prostu potrzebny był im inny, niemajdanowy, wymiar.

Przygotowania do „wizyty” w Meżyhiriu miały niezwykle złą organizację, lub, można powiedzieć w ogóle jej nie było. Większość aktywistów dowiedziała się o tym z Facebooka i do końca nie było wiadomo, czy tę ideę wspiera oficjalny Majdan i trójka liderów opozycji. Dotarła do mnie informacja (niesprawdzona), że nawet marsz pod pałac prezydencki „głos” Majdanu Rusłana Łyżyczko nazwała prowokacją. Do końca nie było jasności czy będzie to rajd samochodowy, czy jednak częściowo – pieszy?

Osobiście ja chciałem iść do Meżyhiria na własnych nogach, bo uważałem pieszą akcję, ze względu na ilość jej uczestników za bardziej działającą psychologicznie niż rajd samochodowy. Wszyscy umówili się na spotkanie przy stacji metro „Bohaterów Dniepru” na obrzeżach Kijowa w niedzielę 29 grudnia o 12 godzinie.

Przed drugim kordonem, od którego do Meżygirja jest zaledwie 300 metrów (Fot. Dmytro Antoniuk)Pojawiwszy się w wyznaczonym terminie w określonym miejscu, miałem wątpliwości odnośnie ilości i jakości akcji. Wydawało się, że ludzi jest niewielu. Ale gdy podszedłem na leżący obok gigantyczny parking – wszelkie obawy znikły: na oko zebrało sie tam około tysiąca aut, ozdobionych nalepkami „Taksówka na Meżygiria. Taksa 0.00 hr.”. Pieszych dobierano, gdy nawet brakło miejsc – tak wielu było chętnych. Miałem zamiar iść pieszo, więc nie brałem auta, a widząc sytuację, skorzystałem z propozycji kolegi ze studiów i zabraliśmy się razem z żoną.

Cała droga do Meżyhiria – a to 13 km od punktu spotkania – była zastawiona autami aktywistów, którzy zdecydowali dołączyć się do marszu już na trasie. Ale byli też tacy, którzy owinąwszy się we flagi, wędrowali pieszo. Zapamiętałem grupę około dziesięciu osób, którzy dumnie pod flagą Zakarpacia kroczyli pod rezydencję prezydenta.

Na 1,5 km przed rezydencją drogę przegradzała ciężarówka i kilka aut drogówki. Żadnych informacji, dlaczego droga jest blokowana nie udzielali. Więc pozostawiwszy auta dalej ruszyliśmy na piechotę. Na 300 m przed olbrzymią bramą do rezydencji” zastał nas drugi kordon – chyba z dziesięć stojących w poprzek autobusów, a przed nimi szereg milicjantów z tarczami. Tu należy wyjaśnić, że Meżyhiria leży na końcu wsi Nowe Petriwci. Wioska wioską – oprócz głównej drogi masa tu różnych dróg i dróżek. Jednak wszystkie one były zamknięte kordonem milicji. Protestujących spotkał wójt Rodion Stareńki, który wyjaśniał te działania sądowym zakazem akcji w Nowych Petriwciach do 7 stycznia 2014 roku. Dużą ilość milicji wytłumaczył tym, że to właśnie oni odpowiedzialni są za wykonanie tej decyzji.

Jeżeli komuś udało się znaleźć podwyższenie i zajrzeć za głowy milicjantów, to mógł zobaczyć za nimi kolejne szeregi „obrony” rezydencji. Jeżeli ktoś wcześniej miał wątpliwość, że „prezydent Janukowycz boi się własnego narodu”, to obecnie mógł się o tym naocznie przekonać.

Milicja zamyka najmniejsze przejścia do rezydencji Janukowicza we wsi Nowe Petriwci (Fot. Dmytro Antoniuk)W tym czasie rozeszła się wiadomość, że aktywistom udało się zepchnąć z drogi autobus i auta drogówki. Dziwnym trafem stały one na jałowym biegu. Jak wyjaśnił to jeden z uczestników akcji na Facebooku, jeden z sierżantów skomentował to prywatnie tak: „Mamy już tego, bl..ź, dosyć”. Po jakiś 30 minutach my też staliśmy przy drugim kordonie milicji i mogliśmy zobaczyć jak w stronę Meżygiria na światłach z flagami Ukrainy i UE porusza się ogromna kolumna aut. Gdy dołączyła ona do protestujących to przypomniała mi się znana z lat sowieckich widokówka pt. „Spotkanie na Łabie”. Wśród kolumny były auta partii opozycyjnych z megafonami. Jak okazało się – przyjechali w jednym z nich Witalij Kliczko, Arsenij Jaceniuk i Oleg Tiagnybok. Z dachu auta po kolei przemawiali do zgromadzonych ludzi. Sens tych mów podobny był do tego, co ludzie już dziesiątki razy słyszeli na Majdanie: zaprzestanie represji, dymisja rządu, pokojowe manifestacje. Na tle tych znanych już na pamięć haseł prości ludzie, których zebrało się tu 99%, organizowali różne rozrywki: ktoś przyniósł trumnę dla Janukowycza i umieścił ją przed szeregiem milicjantów; ktoś inny chodził z dość dobrze wykonaną podobizna Muammara Kadafiego – podkreślając podobieństwo sytuacji z właścicielem Meżygiria; ktoś pił gorącą herbatę (bo jak wiadomo na Majdanie nie ma kropli alkoholu) i podskakiwał, aby się rozgrzać.

Trudno mi ocenić ilość ludzi, którzy się tu zebrali, ale wrażenie miałem takie, jak w czasie największej fali niedawnych protestów. Większość obecnych było mieszkańcami Kijowa, co świadczyło o gotowości stolicy do aktywnego sprzeciwu wobec władzy, która dla nich już dawno straciła wiarygodność. Szkoda, że pomimo okazji nie udało się zrobić czegoś bardziej sensownego, niż po prostu postać przed kordonem milicji. Wszyscy chcieli bodaj pospacerować po alejkach ogrodów prezydenckich. Po zwycięstwie tego etapu rewolucji w planach jest przekazanie rezydencji pod dom sierot. Jednak liderzy opozycji po raz kolejny nie nawoływali do aktywizacji protestu.

Cóż, wydarzenia 29 grudnia nie doprowadziły do postępu w sprawie dymisji rządu, ale pokazały jedną rzecz: dla ludzi władza została zdesakralizowana. Janukowycz i jego otoczenie, przez protestujących, postrzegani są jako niezbyt lotni ludzie dnia wczorajszego lub po prostu ciągle niebezpieczna mafia, ale nic poza tym. Walczyć z nimi, nie oglądając się na święta, gotów jest bez mała co trzeci.

Po powrocie do Kijowa zacząłem przygotowania do Nowego Roku, ale jak się okazało akcja, choć nie tak liczna była kontynuowana. „Automajdan” zawitał do majątków premiera Mykoły Azarowa (życzeniami zapisano mu cały trzymetrowy płot) i Wiktora Medwedczuka. Tego ostatniego niektórzy aktywiści uważają za prawdziwego winowajcę prowokacji pod administracją prezydenta 1 grudnia i inicjatora pobicia Tatiany Czornowoł. Ten polityk niby odszedł od aktywnej działalności, jest przewodniczącym organizacji „Ukraiński wybór”, która propaguje zbliżenie z Rosją i rozprzestrzenia idiotyczne kłamstwa o UE. Jego, jako kuma Putina, widzą w roli możliwego pretendenta na „tron” prezydencki, tajemnie wspieranego przez Kreml. Otóż, zważając na to wszystko, w czasie „wizyty” w jego majątku, opozycji nie do końca udało się powstrzymać tłum, który częściowo zniszczył płot (również trzymetrowy) rezydencji tej „szarej eminencji”.

Medwedczuk po jakimś czasie napisał na swojej stronie: „Ani zastraszyć, ani powstrzymać nie wyjdzie… Ja i ruch „Ukraiński wybór” będziemy aktywni, wszystkimi legalnymi środkami będziemy walczyć o nasze prawosławno-słowiańskie wartości, o przyjaźń i ekonomiczną współpracę z Rosją, o interesy ludzi, dla których obcy jest wandalizm, chaos, brak władzy i kłamstwo tych, kto walczy dla siebie o władzę dowolnymi metodami. Chce im (liderom opozycji – autor) się walki? – Ja umiem walczyć”.

Tą wypowiedzią jeszcze bardziej wzburzył społeczność internetową i przyczynił się do setek ironicznych postów.

Cóż, święta zapowiadają się naprawdę pasjonująco, na pewno nie będą „nieudane”. Ciąg dalszy, bez wątpienia, nastąpi…

Dmytro Antoniuk

X