Piękno i kosmetyka w międzywojennym Stanisławowie

Piękno i kosmetyka w międzywojennym Stanisławowie

W czasach „dobrej babci Austrii” na stolikach w buduarach piękności stanisławowskich znajdowały się głównie wyroby lokalnych aptekarzy. W okresie międzywojennym sytuacja zmieniła się kardynalnie. Stanisławowskie panienki marzyły o drogich francuskich kosmetykach i polowały na tańsze wyroby niemieckie, które w ówczesnej Polsce można było dostać spod lady.

 

Kosmetyki Mondscheina

W okresie międzywojennym w naszym mieście w dziedzinie urody nastąpił znaczny przełom – otwarto pierwsze gabinety kosmetologii stosujące różnorodne urządzenia. Nowatorem w tym był miejski lekarz dr Maksymilian Mondschein. W październiku 1905 roku otworzył on gabinet inhalacyjny w pasażu Gartenbergów. Wcześniej dr Mondschein pracował w wiedeńskiej klinice, a po przyjeździe do Stanisławowa przez jakiś czas specjalizował się w chorobach dziecięcych. Jego gabinet inhalacyjny stał się prawdziwą dumą miasta, bo szczycił się komfortem i był supernowoczesny – jak na tamte czasy.

Po I wojnie światowej przedsiębiorczy doktor zrozumiał, że w trudnych wojennych latach kobietom brakowało dbania o swoją urodę i teraz pragnęły poświęcać sobie więcej uwagi. W otwartym wówczas gabinecie kosmetycznym, który mieścił się przy ul. Gołuchowskiego 30 (ob. Czornowoła), przy pomocy najnowocześniejszych urządzeń doktor prowadził procedury leczenia kłopotliwej skóry, korekcji zmarszczek, wydalenia brodawek, likwidacji blizn, wągrów i niepożądanego owłosienia. W gabinecie Mondscheina można było wyleczyć tak kłopotliwą przypadłość jak zaczerwienienie nosa.

W 1925 roku Mondschein napisał niewielką publikację „O leczniczej kosmetyce twarzy”, która w odcinkach była publikowana na łamach „Kuriera Stanisławowskiego”. W swej pracy autor wiele miejsca poświecił dbałości o skórę twarzy mężczyzn i kobiet oraz poradom dla tych, którzy pragnęli mieć ładne włosy i ciało.

Do wad skóry lekarz zaliczał nie tylko wągry, opryszczkę, czarne plamki, ale również piegi. W ogóle w tamtych latach piegi nie były w modzie, a ideałem piękności była jasna gładka karnacja z lekkim rumieńcem. Źródłem problemów ze skórą dr Mondschein uważał kłopoty w funkcjonowaniu układu trawiennego. Takim osobom radził przede wszystkim zmienić sposób odżywiania się – wyłączyć alkohol, zbyt ostre i zbyt tłuste pożywienie i przeprowadzić leczenie układu trawiennego. Według niego efektywną metodą pielęgnacji twarzy był masaż, pomagający zwalczyć zmarszczki i ulepszający krwioobieg skóry twarzy. Autor przestrzegał jednak przed nieprawidłowo wykonanym zabiegiem, który przynosił więcej szkody, niż korzyści.

Niepożądane owłosienie twarzy dr Mondschein usuwał metodą elektrolizy, która pozwalała pozbyć się nie tylko włosów, ale i samych cebulek włosowych. Jak zauważył lekarz, bywały u niego pacjentki, które swoim bujnym owłosieniem mogły konkurować z mężczyznami.

 

Dr Jupiter i król angielski

Znanym kosmetologiem w Stanisławowie był również Norbert Jupiter, mający swój gabinet w latach 20. przy ul. 3 Maja 11 (ob. Hruszewskiego). Karierę specjalisty chorób skórnych i wenerycznych zaczynał w wiedeńskim szpitalu, a z czasem zajął się kosmetologią. W zakładzie Jupitera pacjenci leczyli problemy skórne lampą kwarcową i pozbywali się „gwiazdeczek” naczyń krwionośnych, brodawek i niepożądanego owłosienia.

W 1937 roku dr Jupiter stał się prawdziwą gwiazdą prasy, jednak nie dla swych lekarskich talentów. Dzień 10 czerwca 1937 roku był gorący dla dziennikarzy angielskich, akredytowanych w Warszawie. Otrzymali zadanie od swych redakcji, aby odnaleźli stanisławowskiego lekarza Norberta Jupitera i zrobili z nim wywiad.

Ten stanisławowski medyk otrzymał w prezencie 100 funtów od samego króla Anglii! Podobno Jupiter miał napisać do monarchy list, w którym prosił o pomoc, bowiem z powodu kłopotów finansowych nie mógł ożenić się z ukochana osobą, którą poznał w Wiedniu.

Ta informacja wywołała nie lada zainteresowanie i linia telefoniczna Warszawa-Stanisławów była w tym dniu przeciążona. Norbert Jupiter kategorycznie zaprzeczył tym wiadomościom. Dziennikarze z czasem dowiedzieli się, że doktor ich jednak oszukał – prawdopodobnie wstydził się swego postępku. List Jupitera przeczytał sekretarz króla. Był pod wrażeniem niezwykłego nazwiska adresata – nie każdego dnia spotyka się kogoś o nazwisku Jupiter – więc wysłał mu w imieniu króla 100 funtów.

 

Kosmetyki spod lady

Od chwili odrodzenia się państwa polskiego w 1918 roku władze obciążyły wyroby kosmetyczne z importu wysokim cłem, a z czasem całkowicie zabroniły ich wwóz do kraju. Zakaz zawierał jednak kilka wyjątków. Takie państwa jak Wielka Brytania, Austria czy Francja miały z Polską umowy handlowe i wwóz kosmetyków stamtąd był dozwolony, a stawka podatkowa obniżona o 50–70%. Jednak te kraje eksportowały nieznaczne ilości, bo uważały nawet obniżone stawki cła za wysokie. Cło, rzecz jasna, wpływało na ceny w kraju, a w międzywojennej Polsce, targanej przez kolejne kryzysy ekonomicznie, niewielu stać było na zagraniczne kosmetyki. Oprócz tego w Polsce obowiązywało jeszcze cło od wagi, więc producenci wwozili towary „lekkie”: puder, cienie do powiek, róże, pomadki i inne wyroby w małych opakowaniach.

Szczególnie napięta była sytuacja z niemieckimi wyrobami kosmetycznymi, bardzo popularnymi w innych krajach Europy. Niemieckie produkty uważane były za niezwykle jakościowe, a jednocześnie niedrogie. Niemcy nie układali z Polską żadnych umów, które dawałyby im przywileje w handlu. Na domiar złego od 1926 roku Polska i Niemcy przebywały w stanie wojny celnej. Polska nie pozwalała z tego powodu na wwóz 95% rodzajów towarów z Niemiec. Zezwalano jedynie na import lekkich urządzeń, odczynników chemicznych i surowców, które można było kupić tylko w Niemczech.

Ale ludzie interesu omijali te wszystkie zakazy sposobem starym jak świat – przy pomocy kontrabandy. Dlatego tak popularne kosmetyki niemieckie były w sprzedaży również w Stanisławowie. W marcu 1935 roku stanisławowska prokuratura przygotowała akt oskarżenia Maurycego Grubera, właściciela sklepu przy ul. Sobieskiego (ob. Strzelców Siczowych). Ten sklepikarz po prostu nie miał szczęścia. Podczas państwowej rewizji w sklepie, gdy przebywali w nim kontrolerzy, listonosz przyniósł paczkę z pewnej firmy w Gdańsku. Gospodarz wyczuł pismo nosem i odmówił przyjęcia paczki, ale kontrolerzy zatrzymali listonosza i otworzyli przesyłkę. Wyjawiono w niej produkcję niemieckich firm „Kaloderma” i „Divinia” – mydła i pudry. Naturalnie kosmetyka z kontrabandy została natychmiast skonfiskowana, a klientki pana Grubera nie otrzymały okazji zadbać o swoją urodę przy pomocy niemieckich kosmetyków.

Kłopoty z importem kosmetyków zmuszały ludzi do przechodzenia na wyroby krajowe. W 1924 roku w Krakowie Leon Luster założył kosmetyczną firmę „Miraculum”, znaną i dziś milionom pań swoimi wyrobami z serii „Pani Walewska”. Prasa galicyjska regularnie zamieszczała reklamy tej firmy. Luster doradzał paniom, dbającym o cerę twarzy, rozparzać ją, a następnie używać kremu „Mira”, produkcji własnej.

 

Sklepy piękności

Książka adresowa Stanisławowa za rok 1929 podaje, że w mieście działa 9 drogerii, gdzie kupić można towary gospodarcze, środki higieny i kosmetyki. Jedną z największych była drogeria „Farbol”, otwarta w 1921 roku w kamienicy Hauswalda (ob. ul. Niezależności 11). Inicjatorem powstania sklepu był przedsiębiorczy Jerzy Synyszyn, a wśród akcjonariuszy przedsiębiorstwa figurowały takie osoby, jak lekarz Włodzimierz Janowicz, profesor gimnazjum Jakób Kowalski, adwokat Jerzy Oleśnicki. Według informacji książki adresowej, pewien przedsiębiorca samodzielnie produkował mydło toaletowe – M. Singer, a jego przedsiębiorstwo mieściło się przy ul Matejki.

W mieście były też dwa sklepiki perfumeryjno-kosmetyczne – zakład M. Drohlicha przy ul. Św. Józefa 5 (ob. Szaszkewicza) i wspomnianego już Maurycego Grubera, ul. Sobieskiego 16.

W październiku 1938 roku ukazało się ministerialne rozporządzenie kontroli produkcji i zbytu produktów kosmetycznych. Zgodnie z nim, towary kosmetyczne należało zarejestrować i otrzymać zezwolenie na ich produkcję i zbyt. Środki kosmetyczne podrożały, bo producenci ponosili dodatkowe koszty, związane z rejestracją i kontrolą jakości. Nie dziw, że w prasie galicyjskiej można znaleźć wiele porad dla kobiet, jak mają zadbać o własną urodę środkami naturalnymi. Między innymi radzono kobietom myć twarz wodą deszczową, bo ta „z kranu” jest za twarda dla delikatnej skóry. Po umyciu twarzy mydłem należy natychmiast wklepać odżywczy krem, aby przywrócić skórze utraconą naturalną tłustość. Jako środek naturalny zalecano zwykły smalec.

Razem z tym gazetowi doradcy zalecali kobiecie zdrowy tryb życia, bo bez niego nie pomogą żadne kosmetyki. Dlatego kobieta, która pragnie być pociągającą, powinna wyrzec się palenia, do minimum zmniejszyć używanie alkoholu, nie przesadzać z nocnymi rozrywkami, regularnie spożywać zdrowe posiłki i jak najwięcej przebywać na świeżym powietrzu.

Te zalecenia aktualne są chyba i dziś.

Ołena Buczyk

Tekst ukazał się w nr 3-4 (367-368), 19 lutego – 15 marca 2021

X