Panteon Polski

Panteon Polski

W latach 1924–1931 przy ul. Zielonej 7 we Lwowie mieściła się redakcja dwutygodnika ilustrowanego „Panteon Polski”, poświęconego pamięci i czci poległych o niepodległość Polski wraz z kroniką czynów żołnierza polskiego w latach 1914–1921. Wydawany był przez Zarząd Okręgu Związku Legionistów Polskich, a jego redaktorami byli podporucznik piechoty Jan Rogowski i podpułkownik łączności Zygmunt Zygmuntowicz.

Oto fragmenty pierwszych zeszytów „Panteonu Polskiego” z 1924 roku

Pierwszy zeszyt „Panteonu Polskiego”, który w dniu Święta Zmarłych opuścił prasę, spotkał się powszechnie z życzliwem przyjęciem a liczne słowa uznania ze strony wielu Czytelników świadczą, że przedsięwzięcie nasze było na czasie a społeczeństwo chętnie przyjdzie z pomocą tym, którzy uczcić chcą pamięć bohaterów i cześć ich wiecznie zachować dla potomności. Również przychylne wzmianki w prasie polskiej są dowodem, że pismo odpowiada zadaniu i liczyć może na ogólne poparcie.

Redakcja „Panteonu Polskiego” ma przygotowany obszerny materjał, brak jednak niektórych fotografji, względnie nazwisk poległych skompletować można tylko przy pomocy P. T. Czytelników.

Zwracając się przeto do wszystkich towarzyszy broni, kolegów i przyjaciół, prosimy powtórnie o na­desłanie nam szczegółów z życia i czynów poległych w walkach polskich od 1914 do 1921 roku o Wolność Ojczyzny żołnierzy. Prosimy o krótkie opisy potyczek, walk i o epizody z czasów zmagania się o niepodległy byt Polski. W każdym zeszycie, prócz obfitej treści dajemy około 20 zdjęć. Uważamy za obowiązek złożenia szczerego podziękowania wszystkim przyjaciołom tak pisma, jak intencji naszej, za doznaną pomoc w dosłaniu nam życiorysów, zdjęć i fotografji poległych. Nadesłany materjał zużytkowany będzie w swoim czasie; kronikę naszą umieścimy chronologicznie, wedle następujących po sobie wypadków dziejowych, nie opuszczając żadnego momentu wysiłku naszego oręża.

Legiony na Bukowinie i w Karpatach

Od 9 grudnia do 10 stycznia działała grupa Durskiego ofenzywnie w okolicach Okermezó. Zdobyto wtedy w 20 bitwach, stoczonych w przeciągu miesiąca, spory kawał ziemi, zajętej przedtem przez wroga. Gdy w połowie stycznia podjęta została silna ofenzywa na Bukowinę, grupa Durskiego poszła w pierwszym szeregu na Kirlibabę. Legjony rozpoczęły tutaj pięciodniową krwawą bitwę, której pomyślny wynik otworzył im drogę przez Bukowinę do wschodniej Galicji. Wśród straszliwych zamieci śnieżnych, przy mrozie przenoszącym 20° R., odbywano marsze przez górskie przełęcze. Przez Briazę, Seletin, Berhomet, Śniatyn, Horodenkę, Kołomyję do Jezupola, a po zdobyciu jego, szły oddziały Legjonów pod Halicz, Bortniki.

W tym czasie pułkownik Haller zatarasował swoim oddziałem dolinę górnej Bystrzycy pod Zieloną i trzymał ją aż do chwili, kiedy zmieniony front armji kazał mu się cofnąć do Rafajłowej. Po bitwach pod Pasieczną i Maksymcem usadowił się jego oddział u półn. wylotu przełęczy pantyrskiej i przez dni 50 bronił przejścia na Węgry. Najcięższy, ale i najchłubniejszy bój stoczono w nocy z 23 na 24 stycznia. Utrzymanie Rafajłowy pozwoliło na skuteczne rozpoczęcie ofenzywy przez armję gen. Pflanzera, w której centrum postępując wzięła grupa Hallera udział wybitny w zaciętej sześciodniowej walce pod Maksymcem i Zieloną i niemało przyczyniła się do zwycięstwa. Wśród nadzwyczaj uciążliwych warunków parła grupa przez Nadwórnę w kierunku Stanisławowa, pod którym zdobyto główne obronne pozycje rosyjskie. Następują walki pod Niżniowem i Tłumaczem, później w maju 1915 r. nad Prutem i wkroczenie do Bessarabji.

Kontynuacją tego tematu są wspomnienia Stanisława Janowskiego.

Krwawa niedziela w Karpatach

W nocy z 23. na 24 stycznia 1915 r. (z soboty na niedzielę) obudził mnie dzwonek telefonu; była godzina 1. min. 50. Adjutant III. bataljonu, przy którym miałem kwaterę, Stanisław Majewski, podniósł słuchawkę i zaraportował kapitanowi Terleckiemu te słowa: Moskale zrobili napad nocny, III. bataljon obejmuje obronę lewego skrzydła. W kilka minut byliśmy zebrani. Od wschodu dolatywały uszu moich gęste salwy karabinowe, więc bitwa już się rozpoczęła. Bataljon nasz w niespełna kwadrans gotów był do wymarszu. Pozostawiwszy na miejscu placówki wedetę i resztę półkompanji, potrzebnej dla ochrony naszego wąwozu, ruszyliśmy na linję ogniową odległą od kwater o jakie 3 km. U wyjścia z wąwozu spotykamy majora Roję, który w zastępstwie komendanta grupy pułkownika Hallera chwilowo nieobecnego, uwija się na koniu i wydaje rozkazy. Pół kom­panii odmaszerowuje pod komendą kap. Terleckiego na wzgórze, jedna kompanja zaś prowadzona przez poruczników Udałowskiego i Zająca, śpieszy wzmocnić nasze tyraljery. Udaję się na wzgórze w towarzystwie kap. Terleckiego. W połowie wzgórza słyszymy nagle gęste strzały jakby pochodzące z browninga; przekonujemy się, że trzask wydają rosyjskie ekrazytowe pękające kule karabinowe, którymi nas Rosjanie z wyższych pozycji zasypują.

Idziemy dalej i wśród gęstego trzasku owych kul i świergotu zwyczajnych pocisków dostajemy się na nasze stanowiska. Oddział rozsypawszy się w tyraljerę rozpoczyna kanonadę. Udaje się w kierunku głównej drogi do domu położonego o jakieś 300 m. od linji ognia. W dom ten przy poprzedniej utarczce ugodził granat nieprzyjacielski i wyrwał część ściany, mimo tego lekarze nasi zajęli go na stacje opatrunkową i pracują w nim dzielnie. Ludzi kręci się tu dużo, przebiegają konni ordynansi z rozkazami, prowadzą i wiozą rannych i jeńców. W domu zastaję drzwi otwarte, w kącie pierwszej izby przy żółtem świetle zadymionej lampy Dr. Loth i Dr. Gross opatrują ciężko rannego legjonistę; ma on dwie rany w piersiach od pchnięcia bagnetem. Słychać krótkie komendy Dra Lotha: gaza, wata, plaster, nożyczki, bandaż! – i wkrótce ranny leży spokojnie na ziemi, ciężko tylko oddychając. Nadjeżdża nowy transport rannych. Nowa praca; obandażowanych odsyła się do prowizorycznego szpitala, położonego o 2 kilometry dalej, tylko ciężko ranni z wewnętrznemi obrażeniami zostają na miejscu.

Tymczasem na płaszczyźnie między górami wre najkrwawsza walka a artylerja rosyjska, która pod osłoną szarej księżycowej nocy zdołała przedostać się przez przesmyk górski, ustawiła swe działa i zaczęła prażyć ogniem szrapnelowym w naszą stronę. Pękają pociski naokoło tej chwilowej kwatery a głównie po jej prawej stronie, gdzie spodziewano się naszych artyleryjskich pozycji. Austrjacka baterja dział górskich, tudzież jedna szybkostrzelna, biją także bez przerwy w gardziel górską, gdzie stoją rezerwy rosyjskie i armaty, odwdzięczając się piekielnie za napad nocny.

Zadaniem Moskali, jak dowiedzieliśmy się z ust jeńców, było obejść nasze placówki, bez wystrzału dostać się do naszych kwater i wziąć również bez wystrzału cały pułk do niewoli. Część tego planu udało im się wykonać przy pomocy zdrady, gdyż jak stwierdzono, prowadziło ich kilkunastu ruskich chłopów, znanemi tylko miejscowej ludności przejściami, tak, że faktycznie placówkę naszą, daleko w gardzieli wysuniętą, ominęli i zeszli zboczami na płaszczyznę. Placówka spostrzegła się jednak jeszcze na czas, dała gęstego ognia i zaalarmowała cały garnizon.

Ujawniła się w tym dniu wielka dzielność żołnierza i oficerów, którzy wszyscy spełniali swe obowiązki z godnym podziwu zapałem i bohaterstwem. Powtarzano z najwyższym uznaniem nazwiska majora Roji, kapitana Minkiewicza, poruczników Zająca i Węglowskiego, podporuczników Fijałkowskiego i innych.

Wzięliśmy w tym dniu do niewoli przeszło 120 zdrowych i 20 rannych moskali. Na drodze przed zarządem leśnym, tam gdzie nasi bagnetami zdobywali pozycję, leży ich kilkunastu zabitych. To ci, którzy byli nas najbliżej i których moskale wraz z innymi poległymi i rannymi nie zdołali zabrać.

Stratę Rosjan w zabitych, rannych i wziętych do niewoli obliczamy co najmniej na 400, (nasze są: 5 zabitych, jedna śmierć z ran i 15 rannych). Ich porażka a nasze zwycięstwo były stanowcze.

Kolejne wspomnienia opisują słynną szarżę ułanów pod Rokitną.

Szarża pod Rokitną

Dnia 13 czerwca 1915 roku toczyła się bitwa od samego rana. Prawe skrzydło armji austrjackiej posuwało się naprzód. Legjoniści jak zwykle na czele w ofenzywie.

Komendant II Bgdy Leg. pułk. Kutner, Niemiec dał rozkaz szarżowania okopów rosyjskich. Rotmistrz Zbigniew Wąsowicz, komendant pułku ułanów II-giej Bgdy, rozkaz odebrał i na czele szwadronów ruszył kłusem w kierunku lasu pod Rokitną.

Minęli okopy piechoty własnej; za wsią rotmistrz dał rozkaz trzeciemu szwadronowi, by pozostał w re­zerwie pod wioską, a sam na czele drugiego szwadronu w tyraljerze galopem pomknął naprzód. Kule moskiewskie biły w szarżujących, konie pędziły z całych sił, szable błyszczały z dala, a rozwiane ułanki powtórzyły wizerunek dawnej, skrzydlatej husarji.

Pierwszy pada Kubik Bolesław, a klacz jego Mucha poszła dalej w rzędzie naprzód. Przeszli rów pierwszy, dochodzą do drugiego, kule lecą coraz gęściej i trafiają częściej. Pada ranny Brinken, koń jego Faust ginie od kul, pada Stachura, ginie Janiszyn, Rawski Szczepan; pod Polańskim koń ginie – lecz reszta pędzi i już wpada w Okopy i zasieki.

Moskali całe mrowie. „Zdawajtieś” – krzyczy rotmistrz – i wnet setki rąk unosi się do góry i znane „pomiłuj” ze wszystkich stron.

Okop zdobyto!

Nagle z prawej strony ogień się wzmógł. Nasi atakują okopy z tyłu i biorą jeńca, jednak wróg nie spoczywał również; następuje piechota bagnetami. Reszta pod ogniem armat i karabinów maszynowych przejechała z powrotem drogę do wsi i wróciła do pozycji komendy.

Szarża skończona! Brało w niej udział 71 ułanów, w tem 9-ciu na bocznym patrolu. Zginęło 16-tu, rannych 30-tu, koni zabitych 24, rannych 22.

Zapadła noc. Było cicho i smutno, ustała strzelanina. Przed świtem Moskale wycofali się i pole walk dostało się w ręce polskie.

Dnia 15 czerwca 1915 roku odbył się pogrzeb bohaterów w Rarańczy. Piętnaście trumien z desek zbitych ustrojono w kwiaty, na każdej orzełek legjonowy i furażerka ułańska.

Kolejny artykuł opisuje początki Polskiej Organizacji Wojskowa (okres 1914–1915).

Idea walki zbrojnej z najazdem moskiewskim szerzona na terenie Małopolski przez polskie koła niepodległościowe, a przede wszystkiem przez „Związki Strzeleckie” kierowane przez Józefa Piłsudskiego, nie była obca i b. Królestwu. Jednakowoż ze względu na warunki polityczne polityczna akcja niepodległościowa nie mogła w Królestwie ani przed wojną, ani po jej wybuchu przyjąć tych rozmiarów, jakie miała w Małopolsce.

Symbolem ideologji polskiej stały się „Związki Strzeleckie”, które z czasem wydały najwybitniejszych oficerów Legjonów Polskich. W Królestwie po wybuchu wojny oficerowie Związków Strzeleckich znajdujący się w miastach Królestwa postanowili szybko tworzyć Związki Strzeleckie wszędzie, gdzie to tylko jest możliwe. W pierwszym rzędzie utworzono silniejsze organizacje w Warszawie i Lublinie. Do tajnych tych ośrodków organizacyjnych licznie garnęła się młodzież polska.

Komendant Piłsudski, zdając sobie sprawę jak ważną rzeczą ze względów i wojskowych i politycznych są organizacje militarne na tyłach armji carskiej, przez emisarjuszy swoich i emisarjuszki nawiązał stały kontakt z Komendą Związków Strzeleckich, a we wrześniu 1914 r. przysłał do Warszawy oficera swego, porucznika Dra Tadeusza Żulińskiego, który objąwszy komendę „Związków Strzeleckich” utworzył z nich Polską Organizację Wojskową. Zadaniem tej organizacji było:

– zrzeszanie ludzi, zdolnych do noszenia broni, którzy każdej chwili gotowi byliby rozpocząć czynną walkę z najazdem carskim,

– przygotowywanie się do tej walki, współdziałanie, czem się da i gdziekolwiek jest to możliwe z oddziałami znajdującemi się pod dowództwem Józefa Piłsudskiego.

Dla spełniania tych zadań uruchomione zostały szkoły wojskowe, gromadzono broń, rozpoczęto planowe wywiady ruchów armji rosyjskiej, które przesyłano Komendantowi Piłsudskiemu, unikając wszelkimi środkami dostarczania wiadomości dotyczących wojsk rosyjskich sztabowi austrjackiemu lub niemieckiemu.

W tym czasie wydawała komenda P. O. W. konspiracyjny organ p. t. „Podchorąży”, w którym publikowano rozkazy dzienne.

Przytaczamy tu rozkaz Nr. 4 w numerze 2-gim:

„Żołnierze! Walka z Rosją, prowadzona przez nasze szeregi zgrupowane w formacji Legjonów, walka z jedynym celem wydarcia orężem Niepodległości Polski, wymaga napięcia wszystkich sił, rzucenia na szalę całej mocy rewolucyjnej Polski.

Niezależnie od wyników i rezultatów zawieruchy międzynarodowej, niezależnie od tego, kto będzie zwycięzcą, już dziś Polacy wypowiadać muszą swe postulaty polityczne, streszczające się w jedynem haśle: Wolnymi być chcemy i musimy!

Będąc już teraz przez wprowadzenie do czynnej akcji naszych oddziałów w ogniu walki musimy dążyć, aby kręgi chwytających za broń rozszerzały się coraz bardziej aż do momentu, w którym rozkaz Komendanta Głównego Józefa Piłsudskiego wszystkie sity wysunie na front bojowy, aby szerokie masy uznały naszą ideologję samodzielnego ruchu zbrojnego i już dziś, już w tej chwili dążyły do umożliwienia go i do zwiększania szans przez odpowiednie przygotowanie psychiczne narodu i gromadzenie materialnych zasobów. Każdy spełniając swe obowiązki żołnierskie musi pamiętać o zwiększających się potrzebach w miarę stopniowego rozwoju i rozszerzania się walki i o tem, że coraz liczniejsze szeregi żołnierzy muszą posiadać broń, umundurowanie, pieniądze.

Roman Bardzki wspomina śp. dr. Tadeusza Żulińskiego, por. I BDY.

Tadeusz Żuliński

Na złotej karcie bohaterskich dziejów I-szej brygady Leg. Pol. krwawemi zgłoskami zapisać trzeba bolesną stratę przez śmierć dra Tadeusza Żulińskiego, por. 6-go baonu 1-go pułku I-szej brygady, tego, który raniony śmiertelnie nieprzyjacielskim szrapnelem w bitwie trzydniowej, dnia 29 paździer. 1915 r., zmarł w szpitalu polowym w Sewerynówce po tygodniowych męczarniach, dnia 5 listopada.

Samotna mogiła usypana na dalekim wschodzie przez wiernych towarzyszy zamknęła na zawsze czyste, dzielne serce bijące jednem ukochaniem – Ojczyzny. Spoczywa w niej po trudach krótkiego, a tak czynnego żywota, oddawszy go w walce o zrealizowanie swoich ideałów.

Śp. Tadeusz Żuliński, syn cenionego w najszerszych kołach Lwowa śp. prof. dra Józefa Żulińskiego, bratanek Romana Żulińskiego, jednego z 5-ciu członków Rządu Narodowego, powieszonych na stokach cytadeli 5 sierpnia 1864 r., od dzieciństwa niepospolicie zdolny, rokował najświetniejsze nadzieje.

Skończywszy gimnazjum zapisuje się na wydział medyczny Uniwersytetu Lwowskiego. Praca naukowa nie przeszkadza mu jednak brać czynnego udziału w życiu politycznem. Należał do Tow. akad. „Życie”, związku Młodzieży postępowej, w życiu prywatnem utrzymując jak najściślejsze stosunki z ludźmi tej miary jak: Sosnkowski, Belina-Prażmowski, Trojanowski i innymi, wreszcie i Piłsudskim, który go cenił wysoko.

Po utworzeniu organizacji militarnej „Związek Strzelecki” wstępuje jako jeden z pierwszych w jego szeregi, posiadając nieograniczone zaufanie kierownictwa partji, dobrowolnie zajmuje niebezpieczne i odpowiedzialne stanowisko emisarjusza, w roli tego wyjeżdża parokrotnie do Królestwa, gdzie przebywa po kilka miesięcy. Kończy studja, znany jako zdolny lekarz i w roku 1913, 20 grudnia, w 24 roku życia doktoryzuje się, wkrótce potem wyjeżdża znowu do Królestwa, gdzie bawi do czerwca 1914 r. W lecie tegoż roku zajmuje posadę lekarza w Mikołajowie. Po wypowiedzeniu wojny, z nominacją na adjutanta Piłsudskiego, jedzie 3 sierpnia do Krakowa, skąd 6 sierpnia z pierwszym oddziałem strzeleckim, nareszcie jawnie z bronią w ręku, przekracza kordon graniczny, biorąc udział w pierwszych walkach, a także obejmuje kierownictwo poczty polowej w Kielcach,

We wrześniu 1914 r. przedziera się przez linję bojową w głąb Królestwa, aż do Warszawy, aby podjąć pracę ciężką naczelnika tajnej organizacji wojskowej. Z widmem kazamat i szubienicy pozostaje w Warszawie, pracując w dodatku jako lekarz w jednym z tamtejszych szpitali aż do dnia 22 sierpnia 1915. Wtedy to na czele bataljonu przez siebie zwerbowanych ochotników wraca do brygady, oddając równocześnie zebrane w ciągu roku kilkaset sztuk broni i 25.000 rubli. Po krótkim pobycie przy sztabie I-szej brygady, jako komendant 6-go baonu, bierze udział w wielu walkach jak: 17. września pod Hruszowem i w innych miejscowościach od Litwy do Wołynia. Wreszcie po trzydniowych krwawych zapasach z wrogiem, nie ustąpiwszy ani piędzi ukochanej ziemi, z hasłem wolnej Ojczyzny pada, by ją krwią własną zrosić.

Z urlopem w kieszeni poszedł dnia 29 października 1915 r. w bój i ciężko ranny w brzuch pod Kamieniuchą, mimo usilnych zabiegów lekarskich, zmarł 5 listopada.

Została zachowana oryginalna pisownia

Opracował Krzysztof Szymański

Tekst ukazał się w nr 7 (371), 16–29 kwietnia 2021

X