Pani nie bawi wojna? Fot. Amazon

Pani nie bawi wojna?

Wygląda to tak – zarówno postacie, jak i otoczenie, złożone są z jednej z najpopularniejszych zabawek na świecie, klocków Lego. Głównym bohaterem animacji jest prezydent Stanów Zjednoczonych, niczym kreskówkowy złoczyńca obmyślający rozmaite intrygi jak by tu zaszkodzić państwu irańskiemu. Rozkapryszony i wściekły, a przy tym wyjątkowo z siebie zadowolony, wysyła przeciwko nieprzyjaciołom kolejne zastępy żołnierzy – za każdym razem bezskutecznie. W fabułę tych niepowiązanych ze sobą historii wkomponowane są faktyczne wydarzenia z przerwanej obecnie rozejmem wojny na Bliskim Wschodzie, często głośne amerykańskie, bądź izraelskie ataki na obiekty cywilne. Widać, że całość jest wytworem sztucznej inteligencji, mimo to nagrania niosą się po świecie, bawiąc ponad geopolitycznymi podziałami. Wydatnie pomaga w tym sam Trump, chimeryczny jak tylko on potrafi być. I niby odbiorca wie, że ma do czynienia z rządową propagandą, a nie niewinną satyrą, ale no jak tu się nie uśmiechnąć?

Tworząc propagandę wojenną, naturalnie, nie przedstawia się w niej prawdy, nawet jeżeli twórcy decydują się posłużyć nieprzekształconymi informacjami. Wynika to z charakteru takowych działań, jako obliczonych na wymierny zysk, stąd przybierać może ona dwie formy: deprecjacji przeciwnika, bądź też podkreślenia własnej siły. Istotnym jest, by należycie wyważyć proporcje obu tych pierwiastków przy kształtowaniu narracji, tak by nie oderwać jej zbytnio od rzeczywistości. Rozdźwięk między prawdą a przekazem może okazać się bronią obosieczną. Przykładowo jeśli stawiamy zbyt mocno na kreowanie wizerunku przeciwnika jako dziecinnie słabego, po kilku latach walki pojawiać się zaczną pytania „Skoro był taki łatwy do pokonania, dlaczego wciąż nie ma przełomu?”. Podkopujemy tym samym trwale własną wiarygodność. Również stawianie się w roli niepowstrzymanej siły może okazać się zgubne w tych samych okolicznościach. Zarówno o jednym, jak i o drugim przekonali się propagandyści obu stron pełnoskalowej wojny rosyjsko-ukraińskiej. Jedni w pewnym momencie musieli uznać, że zatrzaskująca się w windach armia, której czołgi odholowują Cyganie, a drony strącają wyposażone w przetwory staruszki nie daje się tak łatwo wyrzucić. Drudzy, że najpotężniejsza po amerykańskiej armia świata jednak nie będzie w stanie opanować nieistniejącego państwa w parę dni.

Warto zaznaczyć też, że propaganda państwa A co do zasady nie stanowi monolitu, a zbiór różnych – często wykluczających się wzajemnie – przekazów, różniących się formą, treścią oraz adresatami. Inną narrację stosuje się wobec własnych cywili, inną podtyka się przeciwnikowi, a jeszcze inną zalewa się państwa trzecie, chociaż i między nimi istnieje znaczne zróżnicowanie. Moskwa nie będzie raczej Polakom wmawiać, że jej agresja na Ukrainę stanowi część wysiłków na rzecz walki z zachodnim kolonializmem, a do krajów Sahelu nie wyśle komunikatów, że oto rusza plan ostatecznej depopulacji Europy (Ukropolin i te sprawy).

Opisywana w niniejszym tekście irańska propaganda trafiać ma przede wszystkim do międzynarodowej opinii publicznej, dlatego też znacząco różni się od tego, co kojarzymy z charakterystycznymi dla teherańskiego reżimu treściami – groteskową krzyżówką podobizn Lenina jako ojca ludu pracującego z nieco mniej wysublimowanymi artystycznie wizerunkami dobrego pasterza Chrystusa (najlepiej z barankiem na rękach i w pastelowych barwach), regularnie zabarwianych militarystycznymi motywami a’la płomienna destrukcja zachodniej broni. Takie, nie bójmy się tego słowa, kiczowate w większości przypadków potworki, nie zniknęły z banerów wywieszanych na ulicach, portretów poległych dygnitarzy jako męczenników jest nawet więcej, niż zazwyczaj, ale to, co zalało światowy Internet stanowi swoiste novum. Zwłaszcza, kiedy podmiotem odpowiedzialnym okazuje się niekojarzony raczej z poczuciem humoru zamordystyczny reżim zdominowany przez religijnych radykałów.

Gwałtowny rozwój możliwości powszechnie dostępnej sztucznej inteligencji oddał w ręce rzeszy ludzi niedysponujących znacznymi środkami, mocami przerobowymi oraz specjalistycznymi umiejętnościami możliwość prędkiego tworzenia materiałów, do których przygotowania jeszcze dziesięć lat temu wymagany byłby zastęp specjalistów i konkretny budżet. Po wytwory algorytmów zaczęli też sięgać politycy, jednakże – co do zasady – na wyższym szczeblu ograniczali ich wykorzystywanie do pozyskiwania nagrań oraz grafik, jako że nie licowało to z powagą urzędu oraz majestatem państwa. Znaleźli się jednak i tacy, którzy na konwenanse oraz opinię o sobie nie zwykli się zbytnio oglądać, wśród nich prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Internauci prędko przekonali się do czego zdolne jest jego osobliwe poczucie humoru uzbrojone w sztuczną inteligencję. Czasami kończyło się na przerobionych zdjęciach pokazujących, jak ze swoim wiceprezydentem ścigają byłego prezydenta Obamę radiowozami, kiedy indziej Obama kołysał się razem z małżonką w małpim ciele. Wszystko to na oficjalnych kontach w mediach społecznościowych. Ten sposób komunikowania się (a może raczej wyróżniania się) podłapały prędko rozmaite rządowe agencje w Waszyngtonie, jednak – jak się okazało – nie tylko one.

Popularne irańskie materiały w stylistyce klocków Lego wpisują się w szerszy nurt uprawiania przez władze irańskie propagandy. Rozsyłane są one nie tylko przez konta działające na zasadzie oddolnych użytkowników sieci, ale również te oficjalne. Znaczną aktywnością wykazały się tutaj placówki dyplomatyczne Islamskiej Republiki Iranu, często w peryferyjnych krajach. Tak było z szeroko komentowanym na całym świecie nagraniem przedstawiającym Trumpa (w wersji ludzkiej, nie Lego) śpiewającego przeróbkę przeboju „Voyage, voyage” francuskiej piosenkarki Desireless z 1986 roku, tym razem jednak w komentarzu do amerykańskiej blokady morskiej Iranu. Twór ów upubliczniła irańska ambasada w RPA. Ta w Tadżykistanie publikowała natomiast rozwinięcie grafiki, którą upublicznił sam Trump, regularnie podkładający się irańskiej propagandzie – tej samej, na której przedstawił się jako uzdrawiający chorych mesjasz w typie Jezusa. Irańczycy wykorzystali ją w krótkiej animacji, w której scenkę tę przerywa pojawienie się prawdziwego Jezusa, który z furią strąca Trumpa do piekieł. Podobne materiały – czasami pochodzące z profilów ambasad – trafiały potem na główne kanały komunikacji rządowej. Nietrudno odnieść wrażenie, że medialne sukcesy konkretnych placówek napędzały starania kolejnych, a udział w wojnie informacyjnej był okazją do wykazania się względem stolicy, co może być trudne, kiedy na co dzień zawiaduje się ambasadą w Zimbabwe.

W gruncie rzeczy irańskie materiały, niezależnie od źródła pochodzenia, nie są niczym nowym. Do dziś pokutuje w zbiorowej pamięci obraz Napoleona jako karła z przerostem ambicji, podczas gdy w rzeczywistości był on mężczyzną przeciętnego wzrostu. Jest to zasługa zręcznie kolportowanych brytyjskich karykatur francuskiego cesarza. Zresztą, moglibyśmy cofnąć się jeszcze dalej, chociażby do czasów, kiedy muzułmański prorok Mahomet chodził jeszcze wśród żywych. Dziś już rzadko wspomina się, że w tamtych czasach kandydatów do ogłoszenia się głosem Boga było istne zatrzęsienie, a jednego z jego rywali, Musajlimę, pamięta się dzisiaj głównie z żartobliwych parodii jego kazań. Już nawet imię, pod którym go znamy stanowi obelgę, bo to zdrobnienie od pełnego miana, Maslamah ibn Habib (to tak, jakby wspomnianego już Lenina zbywać nazywając „Włodziem”). To i tak lepiej, niż cesarz bizantyjski Konstantyn V, ochrzczony pośmiertnie przez przeciwników „Kopronimem”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Łajnomianem” – on podpadł ikonoklazmem. Im bliżej współczesności, tym ludzka pomysłowość zdobywała potężniejsze narzędzia, z których sztuczna inteligencja jest raptem kolejnym. W gruncie rzeczy czy irańskie Lego aż tak bardzo różni się od drugowojennej animacji z Kaczorem Donaldem, w której ten drży ze strachu przed Adolfem Hitlerem?

Wyróżnikiem tego, co produkują dziś irańscy propagandyści jest stopień, w jakim ich twórczość rezonuje z powszechnie obecnym w Internecie poczuciem humoru. Nie boją się sięgać po niepowagę, świadomi, że nie powaga jest tym, co się obecnie sprzedaje. Potrafią wykorzystać język memu, dostosować się do widza niezdolnego do skupienia się przez dłuższy czas na komunikacie, a przy tym często niedysponującego fachową wiedzą na temat podłoża oraz przebiegu konfliktu. Równocześnie podobne materiały służą nie tylko ośmieszeniu Amerykanów w oczach świata, a ich kierownictwa w oczach ich samych. Elementy przechwałek są tutaj jak najbardziej obecne, chociaż nie dominują przekazu. Wprowadzane są raczej tylnymi drzwiami, na zasadzie „wszyscy wiedzą, że Stany Zjednoczone sobie nie radzą, ale też są powody, dla których Iran sobie radzi”. Przysłaniać to ma oczywiste trudności reżimu, zarówno gospodarcze, jak i społeczne, o fakcie wyeliminowania znacznej części jego kierownictwa nawet nie wspominając.

Liczą się drobne elementy. W scenie, w której strona irańska decyduje się rozpocząć atak rakietowy nie widzimy brodatego ajatollaha, który naciska wielki, czerwony przycisk. Zamiast tego otrzymujemy zgodny sztab poważnych postaci w mundurach wszystkich rodzajów sił zbrojnych, reprezentujących zarówno konwencjonalną armię, jak i Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej. Ramię w ramię przewodzą nam kontrolujący sytuację profesjonaliści. Kiedy fabuła dotyczy poszukiwań amerykańskiego pilota z zestrzelonego nad Iranem samolotu, na wezwanie rządu odpowiadają prości obywatele, organizujący się jak jeden mąż w pospolite ruszenie. Nawet jeżeli zaraz potem Irańczycy zaproponują fikcyjny motyw udanej zasadzki na amerykańską grupę poszukiwawczą, skutkującej ofiarami śmiertelnymi po stronie ludzi Trumpa (personalizację zła należy tu mocno podkreślić), to nawet odfiltrowując sobie podobny obraz jako fałsz, zostajemy z tym bardziej prawdopodobnym (tłumy Irańczyków karnie poszukujących lotnika) w pamięci. Jeżeli jeszcze podlejemy to medialnymi doniesieniami o tym, że faktycznie, na zaginionego zasadzały się takowe obławy, to nagle okazuje się, że prosta animacja ustawia nam obraz danego zdarzenia.

Od strony technicznej propaganda cały czas ewoluuje, w swojej istocie pozostając jednak niezmienną, bo i odwołuje się do całkiem prymitywnych reakcji i mechanizmów. Nowością jest minimalizacja kosztów jej produkcji, do czego dostęp mają jednak nie tylko całe państwa, ale też prości użytkownicy sieci, co za tym idzie, zarówno niewielkie podmioty, jak i organizacje terrorystyczne czy sekty. Sama wojna odzierana zaś jest z martyrologicznego mitu, a to, co z niego pozostaje, to rozmyty obraz cierpienia, dystans i przekonanie, że ze wszystkiego można się pośmiać. Zwłaszcza kiedy coś nas bezpośrednio nie dotyczy.

Maciej Serżysko

X