Ludzie zawsze dążyli do ustalenia porządku. Gdy już raz udało się go osiągnąć, porządek ów niemal zawsze doczekiwał się swoich apologetów, wzywających, by uczcić pax novum jak błogosławieństwo i ruszać dalej, a stary świat zostawić cieniom niepamięci. I tylko gdzieś w tle, zza fasady „najlepszego możliwego świata”, dochodziły głosy o niesprawiedliwości, którą ów świat skrzętnie ukrył pod podszewką.
Lata temu miałem przyjemność czytać książkę Beaty Szady „Wieczny początek”. Opowieść o Warmii i Mazurach była dla mnie istotna z dwóch powodów – pierwszym był fakt, że urodziłem się i wychowałem w Olsztynie, drugim – brak poczucia, jakobym zupełnie i całkowicie do tego miejsca należał. W historiach o wysiedlonych Warmiakach i niemieckich mieszkańcach Allenstein znalazłem opowieść tyleż ciekawą, co obcą. Jaskrawość, z jaką różniło się ona od wszystkiego, co wyobrażałem sobie o „olsztyńskości” (o ile takowa istnieje…), zdała mi się czymś nienaturalnym. Nawet mimo tego, że wraz z moim kuzynem, jako dzieci, biegaliśmy bawić się przy zapomnianych grobach niemieckiej arystokracji w dawnym Posorten. Bawiliśmy się, a cudza historia użyczała nam swego mroku.
Być może, gdyby nie moja wrodzona chęć do stawiania pytań, przyjąłbym tę książkę wyłącznie jako ciekawą historię o miejscu, w którym żyję. Być może – kto wie? – pozostałbym tam na stałe. Taką wizję przyszłości niejako in absentia pogrzebał dzień, w którym, mając lat naście, zatrzymałem się w medytacji nad prostą prawdą. Brzmiała ona: ludzie się przemieszczają. Bo jeśli ludzie się przemieszczają, to i ci najbliżsi także. A jeśli nie oni, to ich rodzice, dziadkowie, pradziadkowie, i tak do początków świata. Medytacja urodziła pytanie. Zapytałem i spotkałem Lwów.
Czy chłopiec, który, urodzony pół wieku po Jałcie, bawił się przy niemieckich grobach, w chwili, gdy nagle odkrywa, skąd wygnano jego rodzinę, i tak rozkwita w nim dziwne uczucie do miasta-widma, musi zostać z tym sam? Wielu jest przecież ludzi, którym na wspomnienie o Lwowie czy Wilnie majaczy postać dziadka lub babci, brzmi echo ich kresowej polszczyzny, przywodząc na myśl nie głośne polityczne hasła, a coś zupełnie przeciwnego – rodzinny dom. Człowiek jednak adaptuje się do nowego świata. Wzrasta w poniemieckiej prowincji – która jest w końcu polska od ponad pół wieku! – a później wyjeżdża do metropolii, by gonić w niej swe życiowe ambicje. Na przodków ze Lwowa nie czeka w takim życiu znaczna rola, w czym, swoją drogą, nie ma nic dziwnego.
Są jednak i ci, w których Miasto okazało się żyć zbyt głęboko. Od Adama Zagajewskiego, „w ostatniej chwili”, bo w 1945 roku, urodzonego we Lwowie, poprzez lwowiaka-wrocławianina Romana Kołakowskiego (ur. w 1957 roku we Wrocławiu), po urodzonego w 1970 roku w Opolu Tomasza Różyckiego.
„Pojechałem na Ukrainę, to był czerwiec
i szedłem po kolana w trawach, zioła i pyłki
krążyły w powietrzu. Szukałem, lecz bliscy
schowali się pod ziemią, zamieszkali
głębiej
(…)”
Tomasz Różycki, Spalone mapy
Zaprawdę trudno jest nie wierzyć Witoldowi Szolgini, gdy ten we wstępie do jednej ze swoich książek z serii „Tamten Lwów” pisze o „dziedzicznej lwowskości”. Jak inaczej wytłumaczyć tę siłę? Tę grawitację, która sprawia, że miasto przodków staje się niemal ważniejsze, niż miasto narodzin? I gdzie w takim razie jest miejsce dla takich ludzi jak Różycki, Zagajewski czy Kołakowski? Czy jest w polskiej kulturze miejsce dla Lwowa-widma, który wciąż pozostaje realnym, choć przecież już ukraińskim miastem?
Kultura daje nam odpowiedź twierdzącą. Jako osoba o niemal bliźniaczej, co autor „Spalonych map”, formacji duchowej, mam w sobie niezgodę na to, by rola Lwowa w tym względzie sprowadzała się wyłącznie do nostalgii. W nostalgii zawsze tkwi pewne zaprzeczenie rzeczywistości. Ziemowit Szczerek w jednym ze swoim dzieł zauważył, że „zgodnie z polskim mitem utraty miasta nie powinno już ono istnieć”. Tymczasem miasto wciąż uparcie istnieje. Tu właśnie biją źródła mojej fascynacji sposobem, w jaki Różycki wraca do Lwowa w swojej poezji. Jego ram nie kreśli tam wyłącznie nostalgia. Różycki nie jest ślepy na współczesną twarz Lwowa, nie zamyka, w imię swych tęsknot, oczu na rzeczywistość. Wracając do świata przodków, spotyka Ukrainę. Godzi się na pęknięcie, które zastał między własną historią a realiami, zaś jego wiersze „ukraińskie”, jak choćby znakomity wiersz „Majdan”, stają się jednymi z najlepszych poetyckich świadectw o duchu tamtych czasów, widzianym i pisanym z nieukraińskiej perspektywy.
Czym tak naprawdę jest owa „zgoda na pęknięcie”? Czy znaczy ona uznanie jakiejś wyższej dziejowej konieczności, że wysiedlenie Polaków było tym, co i tak miało się stać, więc należy to zaakceptować? Niezupełnie. Stało się bowiem dokładnie to, co „nie miało” się stać. Wypędzenie ludzi z ich domów jest nie tylko zbrodnią, nie tylko aberracją od człowieczeństwa, ale także, a może przede wszystkim, głęboką zadrą, często na wiele pokoleń. Powrót ten jest zatem, być może, uznaniem, że Lwów nie sprowadza się tylko do rany. Że jest to taka sama rzeczywistość, jak „zioła i pyłki” krążące w powietrzu. Sygnałem, że opowieść ta nie kończy się na międzywojniu – jak zresztą miałaby, skoro dotyka tego, co wydarzyło się tuż po nim? – ani też sentymencie w jego stronę, lecz wciąż idzie dalej, wraz ze współczesnością. Choć, prawda, na własnych, nieco dziwnych zasadach. Podobnie ciekawa jest twórczość Romana Kołakowskiego. Zanim jednak przejdziemy do jego opisu, warto odnotować niezwykle ciekawy wymiar, w jaki genius leopoliensis istnieje w polskiej kulturze. Głos, który w nim pobrzmiewa, wciąż stawia dręczące pytanie o miejsce urodzenia i o to, czy na jego ołtarzu mamy nie tyle prawo, ile w ogóle możliwość poświęcać ojczyznę przodków, w chwili gdy ta w żaden sposób nie chce nas porzucić. By to zobrazować, twórczość Kołakowskiego zestawimy w dalszym ciągu z jeszcze jednym akcentem, nieco bardziej współczesnym.
Flagowy utwór Kołakowskiego, związany z tematem naszych rozważań, nosi tytuł „A Lwów to dla mnie zagranica”. Niejako na potwierdzenie tezy o dylemacie miejsca narodzin, zaczyna się od słów „Tu właśnie się urodziłem”. Zwrotki, czyli wspomnienia autora z czasów dzieciństwa, dotyczą zabaw w polskim dopiero od ponad dwóch dekad Wrocławiu, wykopywania z ziemi zardzewiałej broni i hełmów i wpatrywaniu się „w polskim Wrocławiu w niemiecki zegar”. Ten zegar, zardzewiała broń i niemieckie domy są tym samym, czym groby pruskiej arystokracji z mojego dzieciństwa. Parafrazując Kołakowskiego, mógłbym rzec: „w polskim Olsztynie niemieckie groby – to także moja ojczyzna”. Tuż po wspomnieniu owego „poniemieckiego” dzieciństwa nadchodzi refren:
A Lwów – to dla mnie zagranica,
śpiewny język, stare kino,
Lwów to dla mnie tajemnica,
niezaznana nigdy miłość.
Lwów – to czas co się oddala,
przedwojenny elementarz
to Wesoła Lwowska Fala
no i Łyczakowski Cmentarz…
Co zmusza ludzi pokroju Kołakowskiego śpiewać (czy w przypadku Różyckiego – pisać) o Lwowie, mieście, w którym się nie urodził, kiedy wokół siebie ma cały sztafaż różnorodności, całą rzeczywistość pod nazwą „Wrocław”? Próżno szukać takich pieśni na cześć innych miast; nawet Wilno ma pod tym względem znacznie skromniejszy repertuar. Chciałoby się zapytać – a cóż my jeszcze mamy? Zresztą, kolebką świata Ziem Odzyskanych jest przesiedleńczy wagon. Podobnie więc, jak człowiek dorosły wraca pamięcią do dzieciństwa, część jego umysłu, wychodząca poza jednostkowe przeżycie, szuka korzeni szerszej opowieści – rodzinnej, wspólnotowej, ludzkiej. I nie jest to bynajmniej żaden rewizjonizm. Jest to kwestia banalna, bo dotycząca szczerości wobec samego siebie.
***
Na parę lat przed śmiercią Kołakowskiego, w roku 2006, zespół Elektryczne Gitary wydał płytę „Atomistyka”. „Kiedy myślę o Lwowie, buduje mi się całe miasto w głowie. Szczęście jak we śnie… Dlaczego? Ja nie wiem tego”. No właśnie – dlaczego? Skąd to miasto przodków tak głęboko we mnie? I czy to faktycznie tylko „przedwojenny elementarz”? Czy wyłącznie kraj bliskich, którzy „zamieszkali głębiej”? Z całym szacunkiem, mimo duchowego pierwiastka dzielonego z autorami, daję sobie prawo na niezgodę.
Tydzień temu, wraz z towarzyszką moich spacerów, szliśmy ulicą Zieloną. Z Zielonej skręciliśmy w Szoty Rustawelego, dawną Jabłonowskich. Było słońce i wiosna, sama jeszcze niepewna swego przyjścia. Marharyta opowiada o ukraińskim rocku. Nagle łapię się na tym, że przecież właśnie mijamy przedwojenny adres moich pradziadków. „Marhosza”, zatrzymuję ją, „jdem do moho pradida na kawu”. Uśmiecha się tak, jakby wszystko rozumiała, choć wiem, że tak nie jest. A jak jest? Trochę tak, jak w piosence Stonesów. To znaczy, jesteś duchem w Mieście Duchów i niewiele możesz na to poradzić. Mimo, że mieszkasz tu już pewien czas. Czy to naprawdę ważne, jak długi? Cóż, na tyle, by wiedzieć, że oprócz pamięci jest tu słońce i wiosna. No i w tym wszystkim jesteś ty, rzecz jasna – zwykły, polski mieszkaniec Lwowa, żyjący wśród Ukraińców, z drobnym „ale” względem miejsca narodzin. Jesteś tu, bo twoich przodków nie całkiem udało się wygnać. Bo przechowała ich kultura, piosenka i opowieść. I w tym pewna krzepiąca prawda o człowieku.
Mateusz Parkasiewicz
