Okiem Polki. List do redakcji Pusty dziedziniec twierdzy kamienieckiej (Fot. Marta Czerwieniec)

Okiem Polki. List do redakcji

Od pięciu lat bardzo często jeżdżę na Ukrainę. Teraz z niepokojem obserwuję co się dzieje w moim ulubionym kraju. Bardzo mnie martwi fakt, że od początku roku na Ukrainie prawie nie ma polskich wycieczek. Byłam w styczniu, kwietniu, maju i czerwcu. W styczniu byłam na Wołyniu, w kwietniu na Podolu. Wszędzie jeżdżę samochodem. Nie ma najmniejszego problemu na granicy, wjazd zajmuje około pół godziny, wyjazd do dwóch godzin. W maju na Ukrainie byłam 10 dni i o tym wyjeździe pragnę opowiedzieć.

Zabrałam przyjaciółkę i wjechałyśmy na Ukrainę 1 maja br. Dojechałyśmy do Żytomierza do przyjaciół i z nimi spędziłyśmy weekend majowy. Pojechałyśmy także do Kijowa. Bardzo chciałam być na Majdanie. Robi ogromne wrażenie. Nadal stoją barykady, w namiotach wciąż mieszkają ludzie. A tymczasem na wyspie na Dnieprze inny świat. Odkryłam tam wspaniałe miejsce, gdzie starsi, elegancko ubrani ludzie spotykają się i tańczą w takt starych szlagierów.

Objeżdżamy okolice Berdyczowa, stare polskie hutory, stare cmentarze, ślady rodzinne. Nocujemy u Julii w Żytomierzu. Następnie wyjeżdżamy na zachód i natrafiamy na pierwsze barykady. Przy wjazdach do miast będą nam towarzyszyć ustawione rogatki, a w nich w pełni uzbrojeni żołnierze i milicja. Przejazd kontrolowany, ale nas nie tykają. Jak się potem okazało, rogatki były ustawione przed 9 maja, w czerwcu już ich nie było. Odwiedziłyśmy kolejno Starokonstantynów, Krasiłów, Chmielnicki, Jarmolińce i Kamieniec Podolski. I tu wielkie zaskoczenie – początek maja, słońce, ciepło, a Kamieniec jakby wyludniony. W centrum miasta ani jednego autokaru. Prawie nie ma turystów. Nocujemy w klasztorze oo. Paulinów i przy śniadaniu spotykam znajomego – Jurka – z Polskiego Radia Berdyczów. I on z siostrzeńcem, i ja z przyjaciółką – jesteśmy tutaj jednymi z nielicznych indywidualnych turystów. Wolne hotele, pozamykane restauracje, w knajpach kuchnia pracuje nieregularnie i jakby niechętnie. Zamówione naleśniki z makiem przygotowują 40 minut, widać, że nikomu się nie chce. Przysypiają… Na drogach nie ma aut z polską rejestracją, polskich TIR-ów też nie widać.

(Fot. Marta Czerwieniec)Jedziemy dalej. Archiwum w Chmielnickim, przemiła wizyta w parafii w Szarówieczce. Dalej w podróży kolejny przystanek to archiwum w Równem, a potem przejazd do Lwowa. We Lwowie jak w domu. Tylko znów nieznośny brak wycieczek. Nie widać autokarów. Brak polskich turystów z plecaczkami i aparatami. Podczas pobytu czerwcowego jest podobnie. Smutno i jakoś tak inaczej.

Ukrainie potrzeba pieniędzy. Hrywna z poziomu styczniowego (1 zł = 2,5 hr) spadła drastycznie i teraz 1 zł kosztuje ok. 3,75-3,83 hr. Turystyka to ogromny potencjał Ukrainy. A turystów brak. Na Ukrainie nie ma wojny, choć media mówią inaczej. Jest ciężka i tragiczna sytuacja na południowym wschodzie, są tam prowadzone działania przeciwko separatyzmowi i ruchom prorosyjskim. Ale cała zachodnia Ukraina do Kijowa włącznie jest bezpieczna i taka jak zawsze. Jest mniej drogówki na drogach. Ludzie wciąż są sympatyczni, serdeczni, z sercem na dłoni. Doceniają pomoc Polaków w trudnym czasie Majdanu, ponadto do wielu osób dotarła pomoc zorganizowana w ramach „Paczki dla Ukrainy” – w kwietniu odwiedziłam panią Zosię z Husiatyna, do której dotarła paczka z Olsztyna. Wszyscy – i Polacy i Ukraińcy – wyrażają wdzięczność za okazaną pomoc i wsparcie.

Zapraszam na Ukrainę! Jestem Polką z Warszawy, która w zasadzie nie ma korzeni kresowych, ale bardzo kocham te tereny. Zapraszam, przyjeżdżajcie, jest bezpiecznie, nic się nie zmieniło od zeszłego roku. Nadal wszyscy są mile widziani. A nie być na Kresach to grzech.

Marta Czerwieniec
Tekst ukazał się w nr 11 (207) za 17-30 czerwca 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X