Oj zajechał do Kosowa

Oj zajechał do Kosowa

Współczesny epilog do „W krainie głodomorów” Melchiora Wańkowicza.

Sobotni poranek. Dochodzi 6 rano. Kosowski bazar tętni życiem już od paru godzin. Mydło i powidło.

Wszystkie drogi dojazdowe zapchane wszelkimi typami wehikułów mechanicznych i konnych. Niektórzy idą pieszo, inni obładowani zakupami już wracają. Jedna z części bazaru zajęta jest przez autentycznych twórców ludowych. Królują sprzedawcy lyżników – rodzaju wełnianego koca z owczej wełny. To wszystko pierwsza ręka.

Za parę godzin wszystkie te wyroby będzie można kupić na turystycznych bazarkach w Jaremczy, Bukowelu, a nawet we Lwowie. Tyle, że prawie dwa razy drożej.

Zaopatrzeni w świeżą bryndzę wychodzimy z bazaru. Przedzierając się przez tłum przechodzimy na drugą stronę szosy wiodącej wprost na Kuty. Jeszcze sto metrów wąską uliczką w prawo od szosy i jesteśmy na miejscu.

Brama dawnego sanatorium doktora Tarnawskiego nie jest tą, przez którą przechodził Wańkowicz. Postawiono ją już współcześnie. Wisi na niej napis poświecony historii sanatorium. Kilkanaście metrów dalej na starym budynku sanatorium wisi tablica poświęcona pamięci doktora Apolinarego Tarnawskiego. To niestety koniec dobrych wiadomości. Nie ma już sanatoryjnej kaplicy. Przepiękny kiedyś budynek łaźni popada w ruinę. Za czasów sowieckich w parku dostawiono parę socrealistycznych betonowych rzeźb. Park dziki i podzielony. Mimo to nadal sprawia duże wrażenie. Ocalałe, pełne ornamentów drewniane budynki jarzą się w promieniach porannego słońca.

Wydaje się, że za chwilę usłyszymy gęganie pacjentów. Nie usłyszymy. Dziś to sanatorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Jak wszystkie państwowe zakłady służby zdrowia chronicznie cierpi na brak środków.

Czy zdąży doczekać lepszych czasów?

Marcin Romer

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code

X