Oczami dziecka (lata 1941–1946)

Oczami dziecka (lata 1941–1946)

Niedawno odwiedził nas pan Tadeusz Żuk, nasz stały czytelnik. Pan Tadeusz większość swojego życia spędził we Lwowie, do tego w dzielnicy, w której znalazła miejsce nasza redakcja. Jego wspomnienia mieliśmy możliwość drukować na łamach KG. Przedstawiamy dalszą część wspomnień dotyczących naszej dzielnicy ciągnącej się wzdłuż ulicy „Na Bajkach” (dziś ulica Kijowska).

22 czerwca 1941 roku Niemcy rozpoczęli wojnę przeciwko sowietom i pod koniec miesiąca we Lwowie nastał już „ordnung”. Naukę w szkole rozpoczęliśmy nie 1 września, a dopiero po 4-5 miesiącach. W niektórych szkołach urządzono koszary. W czasie okupacji uczyłem się w czterech różnych szkołach. Zimą zajęć nie było, bo nie było czym opalać klas. Zimą swe „nauki” pobierałem na placu Unii Brzeskiej, handlując lub sprzątając śnieg na ulicach. Oświetlenie domów było przez dwie godziny najpierw po parzystej stronie ulicy, a potem następne dwie po nieparzystej.

Na ul. Na Bajkach na podwórku kamienicy 24–26 ze strony ul. Japońskiej był sad, ogrodzony siatką. Starsi chłopcy wskakiwali tam przez siatkę po jabłka. Jesienią 1941 roku Niemcy zrąbali jabłonie, wkopali do ziemi cysterny i zrobili tu stację benzynową. Drogę do tankowania wyłożyli płytami z cmentarza żydowskiego. Auta zajeżdżały od ul. Gródeckiej, tankowały i dalej jechały na Zieloną lub Łyczakowską a dalej na front.

Na Politechnice urządzono szpital wojskowy. Z „rampy” przy torach – tam gdzie dziś jest dworzec kolei podmiejskiej – tramwajami, z wagonami przerobionymi na sanitarne, dowożono rannych na Politechnikę pod samo wejście. Były tam specjalnie przełożone tory, które po wojnie rozebrano. Z kolegami mieliśmy wózki (a zimą sanki) i na nich dowoziliśmy bagaż oficerów na dworzec. Tramwaje chodziły rzadko, więc oni korzystali z naszych usług. Tak zarabialiśmy po 3-5 marek, ale czasem Niemiec dał nam tylko kopniaka zamiast zapłaty.

W naszej okolicy życie dla nas chłopaków i dorosłych toczyło się wokół placu Unii Brzeskiej. Tam handlowano czym się dało: jarzynami, żywnością, odzieżą, bimbrem, rzeczami kradzionymi i gorącym jedzeniem – czym dusza zapragnie. We Lwowie były też inne place, ale „nasz” to był Unii Brzeskiej, a na ulicy handlować nie było wolno.

W 1942 roku Niemcy sprowadzili do Lwowa swoje rodziny (pracownicy administracji zaplecza frontu). Kamienicę Na Bajkach 24-26 zajęli sami Niemcy, jedynie dozorca, pan Kafora, był Polakiem. Pracował w tym budynku od chwili jego oddania do użytku. Mieszkał w suterenach, gdzie dziś jest bar „Unitas”. Na ul. Listopada też mieszkało wielu Niemców. W dzień wychodzili na plac Unii Brzeskiej na zakupy. Przy wejściu na plac była tablica, na której wypisywano rano obowiązujące ceny, określone przez niemieckiego zarządcę. Ale po tych cenach nikt nie sprzedawał, bo realne ceny były czterokrotnie wyższe. Niemka dawała 2 marki za kilo marchwi, ale przekupka, która tu handlowała od dzieciństwa, nie chce jej sprzedać. Często wybuchały skandale i przyprowadzano żandarmów. Jednak ludzie chowali lepszy towar od Niemców. Plac był czynny do godz. 17:00. O godz. 16:45 przez plac szedł pan Stanisław z dzwonkiem i dzwonił na znak, że przekupki mają chować towar. O 17:00 od ul. Kętrzyńskiego wchodziło dwóch lub trzech policjantów i kto nie zdążył schować towaru – dostawał kopniaka lub gumową pałą po grzbiecie. Towar rozrzucano. Potem było sprzątanie placu i na rano był już gotowy do kolejnego dnia.

Latem 1942 i 1943 roku przed teatrem Opery grała orkiestra wojskowa. Muzycy stali kołem, a w środku stał dyrygent. Repertuar był typowo niemiecki: marsze, walce, polki. Parę razy byłem tam z tatą. Kina i restauracje w centrum były tylko dla Niemców. W wyświetlanych tam filmach napisy były po polsku. W kinie „Stawowym” napisy były po ukraińsku. Obecnie jest tam liceum muzyczne im. Szaszkiewicza. Seanse były przeważnie w dzień, bo wieczorem obowiązywała godzina policyjna. Kino przy dzisiejszej ul. B. Chmielnickiego miało złą sławę – była to dzielnica batiarska. Pewnego razu poszliśmy tam z kolegą, ale w połowie seansu musieliśmy uciekać. Podczas seansu do kina mogła wejść policja i sprawdzać dokumenty. Przez całą okupację byłem 3 lub 4 razy w kinie z kolegą. Dobrze zapamiętałem film „Kobieta z moich snów” z Mariką Rökk, który wyświetlano również po wojnie, jako zdobyczny.

W czasie wojny oprócz Niemców byli we Lwowie ich sojusznicy. Na ul. Sapiehy pod nr 61 stacjonowali Słowacy, ale niedługo. W budynku 38 i na ul. Wiśniowieckich 4 byli Węgrzy. Na Kopernika 40 i 42 – Włosi. Na mieście można było spotkać oficerów wojsk sprzymierzonych. Pośród nich Włosi szczególnie wyróżniali się swoimi mundurami.

Dzielnica w obrębie ulic Issakowicza, Potockiego, Szymonowiczów i góra Mączyńskiego była dzielnicą zamkniętą. Przy wejściu do niej była tablica „Waffen SS”. Przejście tamtędy dla Żydów, Cyganów, Polaków i Ukraińców było zabronione – strzelano bez uprzedzenia. Przy wjeździe do tej dzielnicy zawsze stał patrol z karabinami maszynowymi, tak, że było się czego obawiać.

Latem 1942 roku na ul. Wiśniowieckich przed domem zajmowanym przez Węgrów zaczęli grać i śpiewać polscy muzycy z „Kapeli ulicznej”. Żołnierze rzucali im z okiem pieniądze. Ukraińscy policjanci przepędzali muzyków. Ukraińska policja pilnowała porządku na ulicach. W chwili, gdy policjanci przeganiali muzyków z bramy, wypadł kucharz węgierski w białym fartuchu i zastrzelił jednego z policjantów. Drugi, mimo, iż był uzbrojony w karabin, uciekł. Z apteki Na Bajkach dzwonił do swego komisariatu na ul. Potockiego. Ten kucharz to był dobry chłop, bo czasem dawał chłopakom coś do jedzenia, a oni wynosili mu śmiecie.

Trup policjanta leżał na chodniku, a Węgrzy na balkonie nad wejściem ustawili karabin maszynowy. W oknach stanęli uzbrojeni żołnierze. Za rogiem Na Bajkach zebrało się około 10 Ukraińców, ale jest cisza. Za jakieś 30 minut przyjechała żandarmeria niemiecka i gestapo. Jeden z oficerów z daleka wołał „Nicht schiessen”. Drugi poszedł do Węgrów, a trzeci – do Ukraińców i nakazał im zabrać swego na komisariat.

Węgrzy w tym czasie zdjęli karabin maszynowy i pozamykali okna. Kucharza, jak się okazało potem, wysłano na front, a nowy już chłopakom nic nie dawał. Za jakiś czas po mieście zaczęły krążyć słuchy, że na Łyczakowie, czy na Pohulance zabito dwóch oficerów węgierskich. Mówiono, że to Ukraińcy z dziewczynami „odwdzięczyli” się Węgrom za zabicie ich policjanta. Czy była to prawda, czy nie – nie wiadomo.

Całe to wydarzenie dobrze pamiętam, bo gdy muzycy zaczynali grać, otwierałem okno i przyglądałem się im – byłem wtedy świadkiem całego tego zajścia. Mieszkałem wówczas Na Bajkach pod nr 25 na parterze.

Na rogu Wiśniowieckich i Sapiehy była restauracja Frenkla, ale również tylko dla Niemców. Mój ojciec czasem wstępował tam na piwo. Pewnego razu, gdy siedział przy wyjściu, kelner przyniósł mu piwo. Ojciec wypił i już miał wychodzić, gdy podszedł do niego niemiecki żołnierz wziął go za ramiona i wyrzucił na ulicę, dodając jeszcze kopniaka na odchodne.

Najgorsze było, gdy tata opowiedział mamie, co Niemcy zrobili z Żydami. To jest już dokładnie opisane. Były wypadki gdy Żydów ratowali miejscowi mieszkańcy: kto za złoto, kto ze współczucia. Było to jednak niebezpieczne dla życia.

W moim domu na drugim piętrze mieszkała pani Raczewska, wdowa po adwokacie. Zmarł on w 1940 roku i teraz została ona sama w trzech pokojach. Dokwaterowano jej niemieckiego majora, chirurga z Politechniki. Dziwne, ale miał on dziewczynę, lat 19-20, blondynkę, Żydówkę. Nie miała typowych semickich rysów. Sama chodziła na plac po zakupy, ale do sklepów chodził osobiście major. Czasami dawał mi kartkę z listą zakupów i chodziłem mu po zakupy do sklepu przy ul. Gródeckiej 86 (teraz tam jest sklep „Roszen”). Na drzwiach sklepu była tabliczka „Nur für Deutsche”. Sprzedawczyniami były Polki, rozmawiające po niemiecku, a kierowała nimi stara Niemka. Sprzedawczynie mnie już znały, bo raz powiedziałem im dla kogo robię te zakupy. Trzeba było tylko poczekać, aż w sklepie będzie mało Niemców (a było to przeważnie przed obiadem), popatrzeć, gdzie jest szefowa, wskoczyć do sklepu dać kartkę i pieniądze. Gdy do sklepu wchodzili oficerowie, to wychodziłem i czekałem na odpowiednia chwilę, żeby znów wejść. Dostawałem za to jakieś drobne, czasem trochę cukru, czasem coś więcej.

Ale pewnego razu dostałem mocno za to, że naruszyłem zasadę „Nur für Deutsche”. Wewnątrz sklepu przed ladą stało dwóch żołnierzy z frontu, ale ich można było się nie obawiać. Stałem za nimi, aż tu wchodzi niemiecki kolejarz. Sprzedawczyni była jedna. Niemiec chwyta mnie za kołnierz i bije. Padam na podłogę i uderzyłem się w coś tak, że z czoła pociekła mi krew. Uciekłem na ulicę, a jakaś kobieta dała mi chusteczkę, żebym się otarł i odprowadziła mnie do szpitala Szeptyckiego przy ul. Piotra Skargi.

W szpitalu postawiono mi na ranę klamrę. W domu było trochę szumu. Za parę dni poszedłem z matką do lekarza, który mnie obejrzał, stwierdził, że wszystko w porządku i powiedział, że mam przyjść za tydzień na zdjęcie klamry. Mama chciała dać panu doktorowi jakieś pieniądze, ale ten tylko skrzyczał matkę. Były to czasy wojny, lekarstw nie było, a lekarz miał sumienie, nie to co teraz, że bez pieniędzy nie uzyska się żadnej pomocy medycznej. Przed dziesięciu laty poślizgnąłem się zimą i upadłem. Złamałem rękę i nogę, i pierwsze, co usłyszałem na pogotowiu, to było pytanie o pieniądze i dokumenty!

Dalej było tak. Moja matka wracała z placu i zobaczyła jak na naszej ulicy ukraińska policja zatrzymała tę Żydówkę i żąda od niej dokumentów. Kobieta zaczęła mówić po niemiecku, a przechodnie i mama zaczęli mówić, że to Niemka. Policja puściła ją. Oni „nicht schprechen Deutsche”. Więcej już Żydóweczka sama na zakupy nie chodziła. Czasami mama kupowała jej, co trzeba, ale było to niedługo. Major poszedł do pracy, a do nas przyjechało gestapo i zabrano ją. Po dyżurze wrócił major sam nie swój. Spakował rzeczy, rozliczył się z gospodynią, podziękował i powiedział: „Jaki ten świat jest niesprawiedliwy”. Pani adwokatowa znała niemiecki i wszystko to potem opowiadała mojej mamie. Sama też przez jakie dwa tygodnie chowała się u znajomych. Gestapo jednak więcej nie przychodziło.

W 1946 roku pani adwokatowa zmarła i pochowano ją obok męża. Moja matka chodziła na jej grób i zapalała świeczkę.

W budynku nr 2 przy ul. Wiśniowieckich dozorcą był niejaki pan Rzepka. Jego syn, Mietek, był moim szkolnym kolegą – siedzieliśmy w jednej ławce. Czym się pan Rzepka tylko nie zajmował! Sprzedawał kartki na chleb i cukier, jedzenie, stare rzeczy. A najważniejsze – przechowywał Żyda. Najpierw chował go w niewielkim pokoiku, a od około 1943 roku – w zamurowanej piwnicy. Nosił mu przez otwór w ścianie jedzenie i wynosił nieczystości. Na piętrze tej kamienicy mieszkała Niemka i sąsiednia kamienica była pełna Niemców. Dlatego pan Rzepka ustawił na podwórku i w piwnicy klatki z królikami i w ten sposób to ukrył. W lipcu 1944, gdy pojawił się pierwszy rosyjski czołg, pan Rzepka rozbił ścianę i wypuścił nieszczęśnika na powietrze. Ten wyszedł na podwórko i zemdlał. Potem opowiadał mojej mamie, że pod koniec już nie mógł wytrzymać i chciał się powiesić, ale nie miał jak tego zrobić. Jakiś czas mieszkał jeszcze u pana Rzepki, a potem znikł i nikt go już więcej nie widział.

W 1943 roku byłem świadkiem włoskiej tragedii we Lwowie. Jechałem tramwajem nr 9 jak zawsze – na tylnym otwartym pomoście. Na skrzyżowaniu ulic Franki i Zielonej tramwaj stanął. Jednocześnie naprzeciwko stanęła wojskowa ciężarówka. W pace stało dwóch esesmanów. Wóz był kryty brezentem, ale esesmani odwrócili się na chwilę i zobaczyłem jak spod brezentu wyjrzał nagi człowiek i wyszeptał: „Italians”. Już po wojnie dowiedzieliśmy się, że Niemcy wywozili żołnierzy włoskich na rozstrzał w okolice lasów winnikowskich.

W końcu kwietnia lub na początku maja 1944 (była to niedziela) sowieci zbombardowali Lwów. Było ciepło i była ładna pogoda. Pod wieczór zaczęły wyć syreny. Ludzie pouciekali do domów, a niektórzy nawet do piwnic. Na peronach dworca stały pociągi z rannymi z frontu. Zniesiono ich do tuneli pod torami. W czasie bombardowania bomba spadła na ostatni tunel. Wielu rannych tam zginęło, pochowano ich potem na cmentarzu Janowskim, na pierwszym polu przy ogrodzeniu od ul. Janowskiej. W 1945 roku sowieci pozdejmowali z krzyży tabliczki i zaczęli chować tam innych zmarłych.

W czasie tego bombardowania bomba spadła też na budynek nr 20 Na Bajkach, a miała trafić w stację benzynową. Ludzie z naszej ulicy widzieli, jak ktoś puszczał rakietę w chwili przelotu samolotu. Może był to jakiś partyzant. Była to niewielka kamienica i podczas bombardowania jej mieszkańcy schronili się w piwnicach sąsiedniej kamienicy.

W grudniu 1944 stację rozebrano, a płyty żydowskie wywieziono nie wiadomo dokąd. Na początku lat 50. w tym miejscu rozbito ładny skwer, a w miejscu budynku nr 20 postawiono nowy dom.

W lipcu front zbliżał się do Lwowa. Około 20 lipca Niemcy zaczęli masowo likwidować swoje urzędy, policji prawie nie było. 22 lipca w sobotę niektórzy mieszkańcy rzucili się na magazyny na rampach kolejowych. Były tam powidła w wielkich beczkach i inne prowianty. Gdy ludzie nabierali z beczek powidła, nagle od Gródeckiej nadjechał niemiecki patrol i zaczął strzelać do ludzi. Wielu wtedy zginęło. Z domu 23 Na Bajkach zginęła kobieta, osierociwszy dwoje dzieci. Ich ojciec też zaginął podczas wojny. W niedzielę rano było spokojnie i ludzie znów ruszyli do magazynów. Tym razem na Lwowskich Dzieci nr 25-27 był cukier, mąka, kawa, konserwy, a nawet zapałki. Kto zdążył, mógł nabrać sobie wszystkiego do woli. My z ojcem też tam poszliśmy. Tato wziął worek cukru na plecy, a ja paczkę zapałek tak wielką, że musiałem ją ciągnąć po ziemi. Ledwo doszliśmy do naszej ulicy, jak poleciały kule, a niemieccy żołnierze zaczęli kryć się pod ścianami domów. Jakoś przeszliśmy na drugą stronę ulicy. W domu znowu była „licytacja” od mamy. Schowaliśmy się w piwnicy i przez okienko obserwowaliśmy co dzieje się na skrzyżowaniu.

Zajechał tam czołg. Stał chwilę na rogu, strzelił w stronę ul. Sapiehy i pojechał dalej. Pojawili się „krasnoarmiejcy”. Naprzeciwko naszej kamienicy na balkonie pierwszego piętra zebrali się oficerowie i telefoniści. Ludzie powychodzili z piwnic. Na schodach siedział ranny żołnierz – sanitarka przewiązywała mu głowę i prosiła o wodę. Powoli to wojsko jednak odeszło dalej, ale na schodach pozostał smród. Mój młodszy brat (miał 4 latka) powiedział do mamy: „To wojsko tak śmierdzi”. Ludzie powychodzili na ulice. Niektórzy cieszyli się, a niektórzy nie – bo wiedzieli jacy to przyszli „wyzwoliciele”.

W tym czasie było jedno ciekawe wydarzenie. Dozorca, pan Rzepka (ten co przechowywał Żyda), aby nakarmić swoje króliki, jeździł po polach wózkiem i kosił trawę. W piątek pojechał na ogród przed budynkiem nr 21 przy ul. Szymonowiczów. W tej willi mieszkał niemiecki generał, ale tam już nikogo nie było. Jego syn zobaczył przez okienko, że w piwnicy jest pełno flaszek. Pan Rzepka bardzo lubił „czegoś się napić”. Jak tu zostawić takie bogactwo, szczególnie moskalom? To grzech! Pan Rzepka z moim kolegą Mietkiem zrobili kilka kursów swoim wózkiem i, przykrywając ten „skarb” trawą, przywieźli do domu. I tu zaczęła się „wielka zabawa” na naszym skrzyżowaniu, bo pan Rzepka skąpcem nie był, a zabawić się lubił. A „zabawić się” było czym: koniaki, wina i inne napoje. Jedynie bimbru nie było. Z tatą kilka razy dziennie „przystawiali” się do tych napojów, na więcej mama nie pozwoliła. Jak przyszli Ruscy, to ich też częstował. Trwało to do pełnego wyczerpania zapasów.

Front przesunął się na Zachód i życie powoli zaczęło normalizować. 1 września dzieci poszły do szkoły, a zimą klasy były już ogrzewane. Pierwsze kino, które zaczęło działać, to był „Spartak” w centrum miasta. Prądu tam jeszcze nie było, ale na dworze stał niewielki generator i kręcono „Świniarkę i pastucha”. Później zaczęło działać „Dnipro” i tam puszczano „Konwój P-17”. 1 marca pojechał pierwszy tramwaj, a my czekaliśmy, żeby przejechać się „na kiełbasie” – na tylnym zderzaku, lub na schodkach drugiego wagonu. 9 maja 1945 roku nocą zaczęto strzelać i krzyczeć, że wojna się skończyła.

Na początku roku 1946 zaczęła się „wielka wędrówka” ludów – ktoś jechał na Zachód, ktoś na Północ i Wschód. Z naszego domu wyjechali wszyscy, oprócz naszej rodziny. Koledzy powyjeżdżali, a na ich miejsce zaraz wprowadzili się moskale. Był to koniec wojny i życia z przygodami na naszym skrzyżowaniu „pięciu kątów” – jak je później nazwano.

Teraz, gdy jadę „dziewiątką”, wspominam z nostalgią to wszystko, również moje mieszkanie, jeszcze ze starymi oknami. Teraz mieszkam na ul. Gródeckiej. Rodzice i bracia już odeszli, a w tym domu już nie ma nikogo z lat przedwojennych. Wszyscy mieszkańcy przyszli tu już po 1946 roku.

Tadeusz Żuk
Tekst ukazał się w nr 17 (333), 13 – 30 września 2019

X