Obertyńska w Krakowie

To był początek października. Telefon. „Z tej strony Andrzej Szczerbiak, członek Stowarzyszenia Pomoc Polakom na Wschodzie Kresy z Krakowa. W sprawie monodramu”.

Po wstępnej rozmowie dotyczącej spraw scenicznych i finansowych nastąpiła chwilowa cisza, a po niej… prawie codzienne rozmowy i dopinanie terminów, wydruki plakatów, zaproszeń i załatwianie spraw technicznych. To już było pewne: monodram „Z domu niewoli” według Beaty Obertyńskiej zostanie wystawiony w Krakowie. Tym razem dzięki uprzejmości dyrektora krakowskiego Młodzieżowego Domu Kultury Andrzeja Łazarza.

Publiczność dopisała. Salę wypełnili i ludzie starsi, przeważnie kresowiacy, i przedstawiciele młodszego pokolenia. Swą obecnością nadali wyjątkowego znaczenia temu wieczorowi członkowie rodziny Beaty Obertyńskiej, między innymi Kasper Pawlikowski – siostrzeniec autorki, syn malarki Leli Pawlikowskiej – oraz rodzina Wolskich. Wiedziałam, że Pawlikowscy i Wolscy zostali poinformowani o monodramie. Wiedziałam, że zamierzali przybyć. Wiedziałam też, że to nie będzie zwykły spektakl. Przywoływałam na scenie żywą, znaną, bliską im osobę. Byłam świadoma tego, jak krytycznie i uważnie będzie obserwowany każdy mój gest, każdy uśmiech, każda intonacja… Podeszli do mnie po spektaklu. Poznałam ich od razu.

Podczas tej niedługiej rozmowy pospektaklowej dowiedziałam się między innymi, że garnuszek, o którym mówię ze sceny i którego wartość dla więźniarki podkreślam, który wraz z bohaterką monodramu przetrwał ten trudny czas wojennej tułaczki – zachował się i jest przechowywany w domu Pawlikowskich. Miło było spotkać na sali też członków naszego lwowskiego Teatru, którzy obecnie mieszkają w Krakowie czy Olkuszu: panią Elżbietę Viesner, państwa Kantczaków i Mariusza Bardyna.

Występ w Krakowie był kolejnym wielkim, pełnym emocji przeżyciem. Tym bardziej cieszę się z obecności mojej Mamy, Luby Lewak, której przy okazji chcę podziękować za to, że w ciągu kilku godzin potrafiła zwykłą salę do ćwiczeń tanecznych zamienić na kameralną scenę teatralną, a po spektaklu – pięknymi słowami przybliżyła widowni historię naszego Polskiego Teatru Ludowego ze Lwowa.

Po jakimś czasie w skrzynce mailowej znalazłam list od pana Kaspra Pawlikowskiego.

„Szanowna Pani
W pierwszym rządzie przedstawiam się. Jestem synem i chrześniakiem siostry Beaty Obertyńskiej, Leli Pawlikowskiej. Z ciotką Beatą łączy mnie całe moje życie do czasu jej śmierci. Ona przyjęła mnie na świat, ona miała wpływ na moje przedwojenne dzieciństwo i z nią łączy mnie przyjaźń dwojga dorosłych ludzi. Ona, bardziej jeszcze od mojej matki miała wpływ na formowanie mojej psyche. Pochlebiam sobie, że przez całe jej życie cieszyłem się jej uczuciem. Po wyjściu z Rosji ciotka będąc w II Korpusie mieszkała w Rzymie z moją rodziną, a po przyjeździe do W. Brytanii przeżyliśmy, z przerwami, 34 lata uchodźczego losu. Przed śmiercią, a potem w testamencie, przekazała mi w włodarstwie całą swoją twórcza spuściznę.

Choć kilka tygodni minęło od czasu wystawienia w Krakowie adaptacji p. Chrzanowskiego książki Beaty Obertyńskiej W domu niewoli, wrażenie, jakie na mnie zrobiła ta sztuka, nie tylko nie zatarło się, ale wprost przeciwnie, powraca z całą wyrazistością. Przyczyną tego jest sposób, w jaki odegrała Pani i przedstawiła osobowość Autorki. W trakcie spektaklu odnosiłem wrażenie, że znała Pani ciotkę Beatę. Również pewne rysy Pani fizjonomii i wyraz, przywodziły mi ją w pamięci. Jestem Pani za to niewymownie wdzięczny. Cieszę się również, że odbiorcy tego przedstawienia, gdziekolwiek będzie wystawione, będą mieli quasi-rzeczywisty obraz Autorki.
Z wyrazami wdzięczności i poszanowania – Kasper Pawlikowski”.

Elżbieta Lewak
Tekst ukazał się w nr 23-24 (219-220) za 19 grudnia 2014 – 15 stycznia 2015

X