O tym, że przedświąteczna gorączka jest potrzebna

O tym, że przedświąteczna gorączka jest potrzebna

Tak się złożyło, że pierwszy raz w życiu spędzam przełom jesieni i zimy za granicą. Zwykle początek grudnia wywołuje u mnie poczucie ulgi – udało się przetrwać ohydny listopad, teraz już byle do świąt!

W Krakowie, gdzie dotąd mieszkałam, ostatni miesiąc roku, to czas zdobienia ulic bożonarodzeniowymi dekoracjami, budowania na rynku świątecznego jarmarku, gdzie zagraniczni turyści mogą kupić grzaniec galicyjski, pierniki, albo bigos. W galeriach handlowych panuje w tym okresie prawdziwe szaleństwo. Klientów zaczepiają ludzie przebrani za św. Mikołaja, bałwana, albo renifera, proponujący rozmaite promocje, a z głośników pobrzmiewają amerykańskie przeboje z obowiązkowym motywem dzwoneczków w refrenie. Brzmi odrobinę kiczowato, prawda? A jednak tęsknię za tą przedświąteczną gorączką i brakuje mi jej w Łucku, gdzie obecnie mieszkam. Oczywiście rozumiem, że Ukraińcy mają teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż dekorowanie ulic girlandami. Odkąd Bogu ducha winna „jołka” została wmieszana w konfrontację władza – społeczeństwo, wszelkie ozdoby noworoczne są jak się wydaje nie na miejscu.

Mimo to, duch nadchodzących świąt zagościł już na dobre w moim łuckim mieszkaniu. Od dnia, gdy spadł pierwszy śnieg, mam ochotę piec pierniki, częstować nimi przyjaciół, dawać znajomym prezenty i przygotowywać dla nich grzane piwo z miodem i pomarańczą. Mało tego, widzę wokół siebie ludzi, którzy wpadają w podobny nastrój. Może to wychodzą na jaw jakieś prastare instynkty – gdy wokół chłód i ciemności, chce nam się być razem? Może przedświąteczna gorączka to taki rodzaj odpowiedzi na instynkt samozachowawczy? Faktem jest, że w grudniu ludzie zaczynają sobie pomagać, tak przynajmniej wynika z moich obserwacji. Organizują się, poświęcają czas, siły i pieniądze i tworzą piękne rzeczy. Rok temu uczestniczyłam w Krakowie w projekcie „Szlachetna paczka”. Wolontariusze szukają rodzin w trudnej sytuacji materialnej, ustalają ich najpilniejsze potrzeby, po to, żeby znaleźć darczyńców, którzy w ramach bożonarodzeniowego prezentu spełniają marzenia potrzebujących. Jako wolontariusz dostarczałam paczki do rodzin – nie zapomnę przeogromnej radości dzieci rozpakowujących prezenty. Tak działa świąteczna magia.

Kiedy dziś oglądam w telewizji relacje z Kijowa, mam wrażenie, że tam też dzieją się czary – bo jak inaczej wytłumaczyć to, że tysiące ludzi od kilkunastu dni stoją dzień i noc na mrozie, setki innych gotują dla nich barszcz, przynoszą ciepłe skarpetki i szaliki, udostępniają auta i mieszkania? Czy nie pod wpływem świątecznej magii muzycy, biorący udział w tegorocznym festiwalu „Jazz bez” zrezygnowali z honorariów i grają przez ostatnich kilka dni w ukraińskich miastach za darmo, aby wesprzeć tych marznących na majdanach? Moim zdaniem to prawdziwe czary, te same, które przemieniły Ebenezera Scrooga z „Opowieści wigilijnej” Dickensa.

Poddajmy się ich działaniu i bądźmy dla siebie dobrzy na święta.

Elżbieta Zielińska
Tekst ukazał się w nr 23–24 (195–196) za 20 grudnia 2013–16 stycznia 2014

X