O początkach Dialogu Dwóch Kultur Dworek rodzinny Słowackich, obecnie Muzeum Juliusza Słowackiego w Krzemieńcu, z archiwum autora

O początkach Dialogu Dwóch Kultur

Chociaż mamy sezon urlopowy trwają prace nad przygotowaniem XXV, jubileuszowej, edycji Dialogu Dwóch Kultur. W Polsce tegoroczne wydarzenia będą miały miejsce w Lublinie, Nałęczowie, Puławach, Warszawie, Żelazowej Woli, w Sulejówku i będą przebiegały w dniach 9–13 września. Kiedy sięgam pamięcią do początków zaistnienia tych spotkań pisarzy, naukowców i artystów z Polski i z Ukrainy wydaje mi się, że to było wczoraj i jakże trudno uwierzyć, że jednak już tak dawno.

Był maj 1991 roku i o świcie ciągnęły ze złotych obłoków, koronek blasków, klucze żurawi nad jeziorem w Tarnopolu kiedy wjeżdżałem do miasta na czele długiej kolumny samochodów wiozącej licznych artystów, pracowników instytucji kultury, także kilka wystaw oraz różnorodny sprzęt na targi rolnicze. Wyprawa była nader ryzykowna, wszystko było jak w chmurze. Na granicy państwowej w Medyce/ Szegini stały jeszcze służby KGB. Trzymano nas bez potrzeby dwie doby, choć z wcześniejszych ustaleń wynikało, że mamy być odprawieni poza kolejnością. Chwiało się wówczas w posadach imperium sowieckie, ale było nadal nieprzewidywalne, mroczne i groźne. Z chaosu tamtego czasu wyłaniała się właśnie wolna Ukraina. Ogłosiła swą niepodległość 24 sierpnia tego roku, a Polska była pierwszym w świecie krajem, który uznał ten fakt.

Tarnopol znałem głównie z lubaczowskich opowiadań babci Anieli, oczywiście z okresu przedwojennego, a także z kilku pocztówek w starym, rodzinnym albumie. Nie miałem żadnych doświadczeń w budowaniu współpracy międzynarodowej. Byłem młodym dyrektorem wydziału kultury w Urzędzie Wojewódzkim w Przemyślu wyniesionym na to stanowisko przez siły niepodległościowe zaraz po wygranych wyborach czerwcowych. Kilka miesięcy przed tarnopolską wyprawą – zupełnie do tej roli nieprzygotowani – wkraczaliśmy jako działacze solidarnościowi niewielką grupą do przemyskiego urzędu wojewódzkiego, aby starać się zrzucić z tej części kraju czerwone kajdany, przejąć władzę, włączyć się w wielki nurt przemian. Niosły nas skrzydła nadziei i wiary, że służymy niepodległości, a więc kluczowej i najpiękniejszej sprawie.

Pomysł wyprawy do Tarnopola był mój, zaakceptował go wojewoda przemyski Jan Musiał, a po uzgodnieniach w Warszawie, podpisał w tej sprawie bardzo ogólnikowe porozumienie z przedstawicielem obwodu tarnopolskiego. Celem było wsparcie ukraińskich dążeń niepodległościowych, a jednocześnie nawiązanie, na zupełnie nowych zasadach, od podstaw, kontaktów przede wszystkim w sferze kultury, ale też gospodarki, głównie rolnictwa. Wyruszając tam dobrze wiedziałem, że podążam na teren tragicznych wydarzeń z okresu rzezi wołyńskiej, a zarazem byłem w pełni świadomy tego jak niebezpieczny i podstępny jest komunizm sowiecki.

Na miejscu Ukraińcy przyjęli nas – na szczęście – dobrze, z pewnym niedowierzaniem, ale też z nadzieją i ostrożną życzliwością. Zapewnili godne warunki bytowe w nowym hotelu z rozległym widokiem na miasto i zbiornik wodny. A przede wszystkim udostępnili obiekty, w których mieliśmy zrealizować nasze plany. Powitali nas ogromnym przyjęciem, na którym wznosiłem toasty: „Za wolną Ukrainę!” I „Za dobrą współpracę polsko-ukraińską”. Tydzień Kultury Polskiej, który wtedy zorganizowałem, był pierwszym tego typu wydarzeniem w Tarnopolu i na tych ziemiach po 1939 roku. Dla gospodarzy był zaskoczeniem i w jakimś sensie objawieniem. Na moją prośbę Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Rzeszowie przygotowała bowiem wspaniałą wystawę „Ojciec Święty Jan Paweł II jako orędownik pokoju i wolności narodów”  z wieloma zdjęciami, afiszami, książkami, kopiami dokumentów, także z cytatami przetłumaczonymi na język ukraiński, a dotyczącymi pojęcia wolności narodu w nauczaniu papieskim. Uroczyste otwarcie ekspozycji odbyło się w gmachu muzeum, a przybył na nie ze stolicy, między innymi, nieżyjący już dziś, legendarny działacz Solidarności chłopskiej Józef Ślisz, ówczesny wicemarszałek Senatu RP. Także wojewoda przemyski, no i oczywiście gubernator tarnopolski. Wystawa była przygotowywana przez nas za zamkniętymi drzwiami, a kiedy poinformowałem na wernisażu zebranych jaki jest jej temat przewodni, wspomniany gubernator, jeszcze dygnitarz komunistyczny, potężnej postury, zadrżał jakby go trafił piorun. Po przecięciu wstęgi i przemówieniach ruszył za nami ogromny tłum zwiedzających, duża rzesza dziennikarzy. Niestety, ekspozycja została zamknięta po dwóch dniach, pod pretekstem awarii instalacji światła. Sensacją stały się filmy, które przywieźliśmy, a których projekcje trwały od rana do nocy w ogromnym kinie. Przed gmachem stał po bilety nie kończący się tłum, cisnął się do wnętrza. Był to film Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru” i dzieła Krzysztofa Zanussiego, które wówczas miały potężną, porywającą umysły i serca wymowę. Inne nasze wystawy – rzeźb abstrakcyjnych oraz malarstwa współczesnego z Jarosławia, wzbudziły zdziwienie tamtejszej publiczności, która przywykła przez dziesięciolecia wyłącznie do prac socrealistycznych, naturalistycznych. Zaprezentowane ekspozycje niosły posmak sensacji, nowych, nieznanych tam zupełnie prądów w sztuce. Wspaniale zaprezentował się też na tarnopolskiej scenie Akademicki Zespół Pieśni i Tańca z Rzeszowa „Resovia Saltans” w pięknych, barwnych strojach, z narodowymi i ludowymi pieśniami, recytacjami, urzekającymi układami tańców. Dziękowałem później memu przyjacielowi Witoldowi Kopie z Lubaczowa, choreografowi zespołu, że zwrócił moją uwagę na ten zespół. Koncert rzeszowskiej młodzieży trwał ponad trzy godziny i był nieustannie przerywany oklaskami przez tłumnie zgromadzoną publiczność. Niejako odpowiedzią był  koncert pieśni ludowych i tańców ukraińskich, dum przy wtórze bandur i lir, który się odbył następnego dnia. Byłem tą prezentacją zupełnie olśniony. Nie tylko ja, ale wszyscy, który w tym wydarzeniu mogli uczestniczyć.

Pamiętam, że w tamtym dniach żyłem w jakimś uniesieniu, spałem po kilka godzin na dobę, nie czułem zmęczenia; organizowałem częste narady z pracownikami instytucji kultury, którzy przygotowywali wspomniane wydarzenia, wydawałem polecenia, dziwiąc się, że jednak to wszystko jakoś udaje się zorganizować w zupełnie nieznanych miejscach na zasadzie błyskawicznej i pełnej improwizacji. Bardziej zresztą ufałem wtedy opiece Opatrzności i temu, że służę dobrej sprawie, niż swym umiejętnościom. Brałem udział w rozlicznych spotkaniach, przemawiałem, poznawałem osoby, zabytki miasta, także instytucje kultury z wieloma dziełami jeszcze z czasów I Rzeczypospolitej.

Któregoś dnia, mimo pilnych obowiązków, udało się wyruszyć na krótko do pobliskiego Krzemieńca w towarzystwie mego odpowiednika w urzędzie tarnopolskim. Wyjazd odbył się na moją prośbę, a musiał być przygotowany, bo wówczas na każdym skrzyżowaniu, rozstaju dróg, rogatkach miejscowości, stały posterunki milicji i dokładnie sprawdzano dokumenty. Przepytywano kto, dokąd i w jakim celu jedzie. Każdy samochód był drobiazgowo przeszukiwany. Swobodna podróż, nawet krótka, po terytorium ZSRR nie była możliwa. Było zupełnie odwrotnie niż w tej zakłamanej pieśni z czasów sowieckich: „Szyroka strana moja rodnaja,/Mnogo w niej polej, lesow i riek!/Ja drugojtakojstrany nie znaju,/Gdie tak wolno dyszyt cziełowiek”.

Liceum w Krzemieńcu, z archiwum autora

Krzemieniec znałem od czasów szkolnych z lektur książek w bibliotece domowej, także z wielu sesji naukowych o Juliuszu Słowackim, o romantykach, które ongiś organizował w Wyszogrodzie mój ojciec, regionalista i działacz kultury. Przede wszystkim z samych natchnionych dzieł wieszcza. Kiedy się więc tam zjawiłem ujrzałem zupełnie nieznaną mi przestrzeń, ale zarazem od dawna jakże mi bliską i drogą.

Spotkanie z miastem Słowackiego poruszyło we mnie wszystkie czułe struny. A zaczęliśmy je od wjazdu samochodem na Górę Królowej Bony, skąd rozpościera się przepiękny i rozległy widok na gród i okolice. Później swe wrażenia próbowałem ująć w jednym z wierszy „Przestrzeń”:

Jest taka chwila na cyplu urwistym
niczym różą przetarcie we śnie powiek,
kiedy rozchyla się nagle przestrzeń złota
między wierzchołkiem góry legend,
a zawieszeniem wież liceum w dole.
(…)

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zastaliśmy na górze wówczas kilkuosobową grupę turystów z Polski, podobno jedną z pierwszych, która z trudem tam dotarła. Dołączyłem do niej i z rosnącym zainteresowaniem słuchałem finezyjnej opowieści o dziejach tych ziem, rozlicznych zabytkach, o samym Słowackim; opowieści mówionej piękną, śpiewną polszczyzną. Mówiła – jak się później okazało –  pani Irena Sandecka, poetka, nauczycielka, wychowawczyni wielu pokoleń polskich dzieci, nauczająca je historii, religii i języka polskiego na tajnych kompletach. Ciesząca się w środowisku miłością i autorytetem, inicjatorka i współzałożycielka Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego. Kiedy się przedstawiłem, zostałem zaproszony do jej skromnego, drewnianego domu, w którym ongiś mieszkał – za czasów Tadeusza Czackiego – Willibald Besser, wybitny przyrodnik, profesor Gimnazjum Wołyńskiego, założyciel rozległego i unikalnego parku przyrodniczego w Krzemieńcu. Dziś na fasadzie tego pochylonego czasem budynku, dumającego pod zapadłym dachem nad swym losem, znajduje się tablica poświęcona temu badaczowi. Z panią Ireną od pierwszych słów szczególnie się polubiliśmy. Przy herbacie i domowych ciasteczkach opowiadała mi o wyśnionych planach miejscowego środowiska, o pragnieniu jakże trudnym do zrealizowania, aby w zaniedbanym i zmurszałym już dworku należącym niegdyś do rodziny Słowackich, powstało muzeum wieszcza. Na moją prośbę powędrowaliśmy tam – a nie było daleko – abym mógł ten obiekt obejrzeć. Na szczęście cały dworek, ganek, układ pokoi zachowały się tak jak za życia Słowackich, choć obiekt był w opłakanym stanie.

Wnętrza mieściły skromną, miejską bibliotekę, ale mimo to wiedziałem, że jestem w miejscu dla kultury świętym. Chodziłem przez chwilę po pomieszczeniach w szczególnej zadumie i wzruszeniu. Wkrótce pod kolumnami ganku pożegnaliśmy się z panią Ireną, bo przyjechał po mnie mój ukraiński kolega, który ten czas wykorzystał na odwiedzenie znajomych. Nie wiedziałem, że w następnych latach będziemy prowadzili z panią Ireną w jej domu długie i serdeczne rozmowy, a sam Krzemieniec, a także jakże wielu jego mieszkańców staną się mi bardzo bliscy. Że z tego pierwszego, olśnionego spojrzenia w dół z Góry Bony, z przygodnych rozmów rozwinie się cały ciąg zupełnie niezwykłych wydarzeń. I że kiedyś będę mógł wydać piękny zbiór jej utworów „Wiersze spod Góry Bony”, które zaprezentuje znakomicie w Muzeum Juliusza Słowackiego w wieku 95 lat.

Następnego roku zacząłem – we współpracy z miejscowym środowiskiem – organizować w Krzemieńcu spotkania poetów, pisarzy polskich i ukraińskich, do których z czasem – po kilku latach –  dołączyli naukowcy, muzealnicy, artyści z wielu najważniejszych ośrodków naukowych i kultury w obu krajach. Idea była wzniosła szlachetna, a zarazem czytelna. Z biegiem lat zaczęli także brać udział w tych spotkaniach rodacy z kilku innych krajów europejskich: Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii, Grecji.

Grono uczestników krzemienieckich spotkań powiększało się, a z czasem przybrały one nazwę, najpełniej odzwierciedlającą przewodnią ideę: Dialog Dwóch Kultur. Samo bowiem już słowo „dialog” ma walor budujący, pozytywny. Każdy dialog – jeśli ma być autentyczny – opiera się na trzech filarach: pełnym poszanowaniu partnera, woli budowania porozumienia oraz poczuciu odrębności, osobności. I właśnie te trzy warunki były przez organizatorów i uczestników tych wszystkich spotkań w pełni akceptowane. Są nie spisanym kodeksem. Spotkania te odbywały się przez ponad dwie dekady w przyjaznej, pogodnej atmosferze, a sam Krzemieniec niezmiennie zachwycał co roku swym pięknem. Celem tego rozwijającego się wciąż dialogu było budowanie porozumienia i przyjaznych relacji między elitami kultury i nauki obu krajów, umożliwienie nawiązania kontaktów, pogłębianie wiedzy o wspólnych dziejach, wzajemnie ubogacanie się o nowe wiadomości z zakresu literatury, sztuki, historii, muzealnictwa. Utrwaleniu osiągnięć służył rocznik publikowany w języku polskim i ukraińskim, pod tą sama nazwą, co całe przedsięwzięcie. W ciągu ćwierćwiecza powstała bardzo cenna, cała biblioteka, kopalnia wiedzy, a periodyk był rozprowadzany i jest po obu stronach granicy. W 2024 roku ukazał się już numer XVII tego cennego naukowo i poznawczo wydawnictwa.

Mariusz Olbromski z grupą uczestników spotkania Dialogu Dwóch Kultur, z archiwum autora

Do wybuchu wojny gromadziliśmy się w mieście Słowackiego przeważnie na tydzień, a czasem nawet na dłużej. Zawsze począwszy od 4 września, w kolejną rocznice urodzin wieszcza, przeważnie przy słonecznej jeszcze aurze. Spotkania pisarzy i naukowców zostały jeszcze dodatkowo ubogacone przez organizowane najpierw w kraju od 1994 roku Warsztaty Kulturowo-Artystyczne połączone z plenerami malarskimi. Zostały one zainicjowane przez Urząd Wojewódzki w Przemyślu, a ich wieloletnim kuratorem była historyk sztuki Urszula Olbromska. Pierwsze edycje, do czasu przeniesienia ich do Krzemieńca, przebiegały w Bolestraszycach, w przepięknym parku i dworze, w którym ongiś mieszkał i tworzył Piotr Michałowski, w Krasiczynie w zamku Sapiehów, perle renesansu i w Przemyślu, skarbnicy podkarpackich zabytków. Początkowo były one skierowane do młodych malarzy i kształcącej się w szkołach artystycznych młodzieży pochodzenia polskiego oraz ukraińskiej współpracującej ze środowiskami polskimi w Ukrainie. W Krzemieńcu po raz pierwszy Warsztaty Kulturowo-Artystyczne odbyły się w 1999 roku. Tym właśnie, który został przez Sejm RP ogłoszony Rokiem Słowackiego. W okresie letnim pojawili się wówczas ze sztalugami na ulicach miasta, w zaułkach, na wzgórzach i w okolicach młodzi, polscy artyści, mieszkający w Ukrainie. Tak jak przed wojną, gdy na Ogniskach Wakacyjnych organizowanych przez kapistów, między innymi Jana Cybisa, tworzyli artyści z całego kraju. Na naszych plenerach młodzi adepci sztuki malowali razem z miejscowi artystami ukraińskimi z grupy „Gładuszczyk” i „ Palitra”. Miejscowi, krzemienieccy wiekowo i doświadczeniem malarskim znacznie różnili się od naszych młodych malarzy; niektórzy z nich pracowali jako wykładowcy w miejscowej uczelni. Była to dla obu grup bardzo interesująca współpraca, cenna wymiana doświadczeń, pomysłów, refleksji.

Inicjatywa spotkań krzemienieckich była zrazu w zasadzie oddolna, spontaniczna, ale jej realizacja zyskała z czasem akceptację władz polskich jak też i ukraińskich, zarówno lokalnych z Krzemieńca, Tarnopola, jak i z Kijowa. Zainicjowanie ich zbiegło się też z powstaniem planów odrestaurowania zabytkowego dworku w Krzemieńcu i utworzenia tam Muzeum Juliusza Słowackiego. Konferencje i wydarzenia artystyczne budowały w mieście i w województwie sprzyjającą porozumieniu w tej sprawie atmosferę dla trwających rządowych polsko-ukraińskich rozmów. Brałem udział w pracach zespołu powołanego przez premiera RP prof. Jerzego Buzka. Ustalenia się przedłużały, były złożone, miały swoistą dramaturgię, ale zakończyły się jednak bardzo pomyślnie. Przełomowe porozumienie w sprawie powołania muzeum zostało podpisane przez ministrów kultury obu krajów: Kazimierza Michała Ujazdowskiego oraz Bohdana Stupkę właśnie w Krzemieńcu w czasie trwania Dialogu Dwóch Kultur. Drewniany obiekt, mocno już nadkruszony czasem i zaniedbany, został wyjątkowo pieczołowicie odrestaurowany na koszt rządu polskiego od wapiennych fundamentów aż po gontowy dach. Pracami restauracyjnymi kierował wybitny znawca architektury drewnianej prof. Ryszard Brykowski, wiceprezes Wspólnoty Polskiej, rodem z Kołomyi, który czuwał nad pracami i głową, i sercem. Wystawy zaś we współpracy ze stroną ukraińską przygotowało Muzeum Literatury Adama Mickiewicza w Warszawie, kierowane wówczas przez dyrektora Janusza Odrowąż-Pieniążka, pisarza, a zarazem prezesa Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Scenariusze ekspozycji opracowała kustosz Joanna Pol z tegoż muzeum we współpracy z Tamarą Sieniną, dzisiejszą dyrektor Muzeum Juliusza Słowackiego, a wcześniej opiekunką niewielkiej ekspozycji o Słowackim w krzemienieckim Muzeum Regionalnym.

Wielkim orędownikiem po stronie ukraińskiej utworzenia tego muzeum i kontynuacji naszych spotkań był poeta, wybitny działacz niepodległościowy, współtwórca tekstu konstytucji wolnej Ukrainy, a także pierwszy ambasador tego państwa w Warszawie Dmytro Pawłyczko. Późniejszy wielokrotny uczestnik Dialogu Dwóch Kultur zarówno w Krzemieńcu, jak też w Stawisku, wówczas, gdy byłem tam dyrektorem. Jakże znakomite były jego wystąpienia przed fasadą dworku Słowackich, często z licznymi cytatami z utworów autora „Kordiana” mówionymi z pamięci. Trzeba wspomnieć, że Pawłyczko znał i przyjaźnił się w młodości z Jarosławem Iwaszkiewiczem, bywał jeszcze za życia autora „Brzeziny” w Stawisku, zorganizował autorowi „Książki moich wspomnień” podróż do jego rodzinnego Kalnika jeszcze w czasach ZSRR. Brał wówczas też udział w sesji naukowej poświęconej Słowackiemu, która odbyła w Krzemieńcu z udziałem Iwaszkiewicza oraz wielu naukowców i pisarzy ukraińskich i polskich. Już wtedy bowiem, w czasach sowieckich, myślano wśród intelektualistów o stworzeniu porozumienia polsko-ukraińskiego, między innymi właśnie w oparciu o postać i twórczość Słowackiego, w sposób zawoalowany, poza plecami „wielkiego brata”. Iwaszkiewicz podczas wspomnianego pobytu posadził przed dworkiem Słowackich brzozy, które szumią tam dotychczas. Siadywałem później pod nimi na ławce, gdy trwał remont dworku, także gdy wnoszono zaraz po zakończeniu tych prac pierwsze meble na ekspozycje. Nie wiedziałem wtedy, że będę mógł w przyszłości, właśnie w Stawisku gościć kilkakrotnie Pawłyczkę wraz z żoną, wędrować po rozległym parku, po dawnym domu Iwaszkiewicza, a dziś muzeum, zaglądać tam do bezcennego archiwum.

W miarę upływu lat aura krzemieniecka inspirowała do podjęcia tematów związanych z tym miejscem także wielu poetów i pisarzy, którzy tam się pojawiali. Dla tych z Polski oznaczało to – w jakimś sensie – powrót do staropolskich tradycji, także do „ukraińskiej szkoły romantycznej” oraz dokonań poetów z okresu dwudziestolecia międzywojennego, a szczególnie skupionych w Grupie Poetyckiej Wołyń. Ci z Ukrainy nawiązywali głównie do tradycji ludowych tych ziem. Powstawały utwory, pisane często w sposób nowatorski, o różnej wartości artystycznej, niosące nowe treści, ale będące jednak kontynuacją wspomnianych dokonań.

Gromadziło się wiele refleksji, drobnych faktów, przeżyć skłaniających do chwycenia za pióro. Barwny, bogaty kalejdoskop. Spotkania, prace organizacyjne, udział w plenerach malarskich, wędrówki w okresie wakacyjnym z artystami, a także z rodziną po wzgórzach, jarach, zaułkach miasta, zainspirowały i mnie do tworzenia wierszy, prozy, które później ukazały się w moich książkach takich jak „Lato w Krzemieńcu. Legendy znad Ikwy”, „Powroty do Krzemieńca”, wielu innych…

Zgłębiając często rewiry pamięci, wspominam uczestników tamtych wydarzeń: różnorodnych sesji naukowych, prezentacji literackich, koncertów, wernisaży wystaw, wyjazdów zabytkoznawczych. Wszystkich współtworzących ten niezwykły ruch intelektualny i artystyczny… A było ich przez te lata łącznie kilkuset. Wspaniała, krzemieniecka plejada. Wielu z nich, niestety, już nie żyje. Pozostały ich artykuły, owoce pracy i wiedzy, ich rozliczne, cenne i różnorodne dzieła. Jeśli chodzi o publiczność w wielu miastach, to szacuje się, że wzięło w nich udział łącznie około dwudziestu tysięcy osób. Powstał ruch intelektualno-artystyczny i zapisał nową, trwałą i dobrą kartę w jakże złożonych w dziejach relacjach polsko-ukraińskich.

Mariusz Olbromski

Tekst ukazał się w nr 14 (474), 39 lipca – 28 sierpnia 2025

Mariusz Olbromski: Wiersze z cyklu „Album Krzemieniecki”

X