W Muzeum Historii Religii we Lwowie została otwarta wystawa pt. „Nunquam retrorsum” (Nigdy wstecz) o działalności polskich i ukraińskich wolontariuszy ze Stowarzyszenia Magurycz. Od prawie czterdziestu lat remontują oni cmentarze na terenach południowo-wschodniej Polski, które pozostały bez opieki wskutek wysiedleń i Holokaustu. Pracowali też w Gruzji, Bośni i Hercegowinie, a od 2006 roku regularnie realizują projekty z partnerami z Ukrainy.
Nazwa Stowarzyszenia Magurycz pochodzi od góry nieopodal wsi Bartne w Beskidzie Niskim, gdzie przez wieki pozyskiwano piaskowiec, służący za materiał na żarna, kamienie młyńskie, nagrobki i krzyże. Bartneńscy kamieniarze słynęli w całej okolicy ze swego kunsztu i znakomitych wyrobów i do tej tradycji – pracy z kamieniem i w kamieniu – stowarzyszenie nawiązuje. Słowo „magurycz”, pochodzące z języka rumuńskiego, a mające słowiańską końcówkę, wskazuje na dawne dzieje regionu, których dziś śladem są toponimy. W nich przechowała się historia miejsca i świata, w którym przez setki lat współistniały różne grupy etniczne, narody, kultury i religie.

Szymon Modrzejewski
Założycielem i przewodniczącym Stowarzyszenia Magurycz jest Szymon Modrzejewski, który pochodzi z Warszawy. W wywiadzie dla Kuriera Galicyjskiego opowiedział, jak został kamieniarzem, żeby remontować stare kamienne krzyże, figury, kapliczki na zaniedbanych cmentarzach i przy drogach:
– To jest bardzo osobista historia. W 1983 roku zmarł mój dziadek. Znałem tylko jednego dziadka. Drugi dziadek zmarł daleko wcześniej. Był żołnierzem AK, był na Syberii. Do tego pierwszego byłem bardzo przywiązany i nie zaakceptowałem jego śmierci. Teraz to rozumiem, ale wtedy jakby nie bardzo wiedziałem, co się stało. I trzy lata po jego śmierci zupełnie przypadkowo wszedłem na ukraiński cmentarz w Polsce. Kwestie narodowości nie miały tak naprawdę dla mnie i nadal nie mają żadnego znaczenia. Ja po prostu wszedłem na cmentarz, który nie przypominał cmentarza. Każdy chodzi najpierw z rodzicami na cmentarz, później niestety do rodziców na cmentarz i tak w kółko. Odwiedzamy groby swoich bliskich i nasze cmentarze zwykle są dość uporządkowane. Zapalamy świeczki, modlimy się. Jako dziecko bardzo lubiłem też święto zmarłych, bo można było bawić się świeczkami, ogniem.
Gdy wszedłem na ten cmentarz, zobaczyłem, że jest tu coś dziwnego. Dopiero później sobie uświadomiłem, że jako dziesięciolatek byłem też na niemieckim cmentarzu na Pomorzu, zupełnie przypadkowo, i wtedy strasznie się bałem. Miałem już 17 lat i wydawało mi się, że po prostu coś z tym trzeba zrobić, że to tak nie może wyglądać. Nie wiedziałem dlaczego, nic nie wiedziałem, ale coś mi kazało tym się zająć. Teraz myślę, że chodziło trochę o to, że nie zaakceptowałem śmierci dziadka i że chciałem się czymś w obrębie cmentarza zająć.
Zająłem się więc cmentarzem w Berehach Górnych w Bieszczadach. To właśnie tam natrafiłem, nadepnąłem prawie na przewrócony nagrobek ukraińskiego kamieniarza Hrycia Buchwaka, który właśnie ten nagrobek sam dla siebie wykonał. On był oczywiście zrujnowany, a ja nie umiałem go naprawić. Rok później okazało się, że znacznie starsi znajomi opowiedzieli, że ktoś ze Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich w Warszawie organizuje obóz i że podczas tego obozu będą naprawiać nagrobki. Gdy to usłyszałem, od razu chciałem tam pojechać i pojechałem. Zafascynowało mnie, że to co dla przeciętnego człowieka wydaje się już nie do uratowania, można jednak uratować.
I tak się zaczęło. Cmentarzy, które utraciły opiekunów jest dużo i w Polsce, i w Ukrainie. W Polsce są to głównie cmentarze ukraińskie, niemieckie i żydowskie. W Ukrainie to cmentarze, a właściwie częściej pochówki polskie na cmentarzach co najmniej dwuwyznaniowych, czy dwunarodowych polsko-ukraińskich. Najbardziej zależy mi na tym, żeby opiekować się tymi co utraciły opiekunów. Czyli według zasady: w Polsce remontujemy nagrobki na cmentarzach ukraińskich, a w Ukrainie remontujemy nagrobki na cmentarzach polskich.
W Ukrainie chcę też po prostu pokazywać ludziom, że można to robić. Że mogą to robić ludzie zwykli, którzy na co dzień takimi rzeczami się nie zajmują. Większość wolontariuszy Magurycza, a jest to do tej pory grubo ponad tysiąc osób, to są ludzie, którzy na co dzień nie mają z tym nic wspólnego. Zajmują się zupełnie innymi rzeczami.

Przykładem jest cmentarz w Zakładzie koło Mikołajowa, który został pozbawiony opiekunów i gdybym miał się kierować narodowością, to powinniśmy pracując tam pominąć nagrobki ukraińskie. To jest cmentarz zakładu dla sierot i ubogich zaprojektowany wraz z całym kompleksem. Pracownikami tego zakładu byli Polacy i Ukraińcy, pensjonariuszami tego zakładu byli Polacy i Ukraińcy. Sieroty były tam i polskie, i ukraińskie.
Więc na przykład wśród pochowanych tam jest ksiądz Emil Pociej, który był greckokatolickim księdzem z Podlasia, który z Podlasia uciekł, kiedy zaborca rosyjski zlikwidował Unię. On po prostu albo musiał zostać prawosławnym księdzem, albo trzymać się swojego wyznania. I on uciekł do Galicji. Bardzo wiele było takich osób a przecież to jest tak samo jak z powstańcami styczniowymi i listopadowymi. Oni nie mieli szans, często byli pozbawieni całego majątku i nie mieli jak funkcjonować w zaborze rosyjskim, więc uciekali do Galicji. Z tego powodu na cmentarzu w Zakładzie jest też bardzo dużo grobów Polaków. Jest jeden Rosjanin, którego nazwisko brzmi Bogdan. On się tak naprawdę nazywał Bogdanow. To był Rosjanin, który przeszedł na stronę powstańców, zmienił nazwisko i jest pochowany w Zakładzie. To też ciekawa historia, ukazująca jak to różnie bywa z kwestiami narodowymi.
Pracowaliśmy na ukraińskim cmentarzu w Polsce, była to wieś nie całkiem ukraińska, bo mieszkały tam dwie rodziny polskie. Są tam dwa nagrobki polskie i my ich nie pomijamy, ponieważ nie działamy według klucza narodowego, podobnie jak tutaj.
Jest tylko jeden bardzo ważny, kluczowy warunek. Musi być ktoś, kto wie jak to robić. To znaczy profesjonalista, który wie jak naprawia się stare nagrobki. Mógłbym te przykłady mnożyć, jak bardzo wielu ludzi z jakichś nieznanych zupełnie powodów, i Polaków i Ukraińców, uważa, że w sprawach budowlanych to wystarczy worek cementu i wiaderko akrylowej farby. Nie, nie wystarczy. W ogóle używanie cementu do kamienia to błąd, zasadniczo najlepiej go w ogóle nie używać do pracy z kamieniem. To tak na marginesie. Przykłady źle wykonanych prac znajduję zarówno w Polsce, jak i w Ukrainie.

Ktoś może powie: no dobrze Szymon, a ty to niby skąd to wiesz. W roku 1991 zatrudnił mnie w swoim zespole konserwatorskim jako pomocnika profesor Janusz Smaza. To ktoś bardzo znany tutaj, kto wiele dobrego zrobił dla kultury polskiej we Lwowie, w okolicach i zresztą nie tylko w Ukrainie, ale też we Francji, w Rumunii i w wielu innych krajach. To jest mój mistrz. Nigdy formalnie u niego się nie uczyłem, ponieważ zawsze miałem do szkoły stosunek negatywny, więc najkrócej mówiąc Janusz, bo jest to mój przyjaciel do tej pory, zatrudnił mnie w swym zespole, w którym pracowałem do 2005 roku.
Przez 15 lat większą część lata spędzałem w Ukrainie, pracując przy polskich zabytkach i jednocześnie ucząc się oczywiście od Janusza. Od Janusza, ale też od jego współpracowników, od lepszych ode mnie. Dzisiaj mój stan wiedzy podstawowy, jakkolwiek wciąż jest mnóstwo rzeczy, których też mógłbym się nauczyć, pozwala uczyć innych. Może nie na poziomie profesorskim, ale na pewno na poziomie prac, które mogą przeprowadzić wolontariusze. Janusz ma też nadzór konserwatorski nad tym, co my robimy w Ukrainie. Również Instytut Polonika, z którego pomocy korzystamy od 6 lat. Pracujemy w Ukrainie od 18 lat, ale od 6 lat co roku udaje mi się wygrywać dotacje w Instytucie Polonika. Tenże instytut także wymaga od grantobiorcy, żeby był nadzór konserwatorski nad pracami, które prowadzi Magurycz. Nadzór ma profesor Janusz Smaza. Gdy czegoś nie wiem, zawsze go pytam.
Finalnie jest tak, że ten rok będzie dziewiętnastym rokiem naszych prac. Chcemy nadal pracować na cmentarzu w Zakładzie, byliśmy tam już sześciokrotnie. Tam jest niespełna 80 nagrobków. W tragicznym stanie. I tu bardzo ważna z mojego punktu widzenia informacja, mianowicie taka, że ten cmentarz został po raz pierwszy zdemolowany przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku. Rozmawiałem ze świadkiem tego wydarzenia, już nieżyjącym w tej chwili. To był ojciec Mychajła Cykulaka, przewodniczącego trościanieckiej terytorialnej gromady. Przywiózł swojego tatę na cmentarz, miał wtedy ponad 90 lat i on nam opowiedział o tym. A później ten cmentarz był stopniowo coraz bardziej demolowany, pewnie nie tylko przez komunistów. To słaby wytyk, no bo tak samo jak byli polscy komuniści, tak byli i ukraińscy komuniści. Tylko, że tu nie chodzi o to, żeby się skupiać na tym akurat, kto to zrobił, tylko jak to naprawić, bo tym ludziom już i tak żadna kara nie zostanie wymierzona. Myślę, że karą będzie dla nich to, że my to naprawimy. Bo się okaże, że im się nie udało. Na cmentarzu w Zakładzie większość stanowią Polacy, ale w zasadzie jest to cmentarz polsko-ukraiński.

Tam super rzecz zrobili pracownicy Konsulatu, mianowicie posprzątali w kaplicy Skarbków. My nie mieliśmy na to czasu, pracując na cmentarzu. Kaplica została starannie posprzątana – te cegły, fragmenty, detale z piaskowca, które spadły na ziemię, zostały starannie zebrane. Pracownicy konsulatu zaczęli naprawiać nagrobki i tutaj, mówiąc szczerze, wykonali pracę bez sensu, bo nie chodzi tylko o to, żeby przewrócony cokół na grób postawić, przecież tam w ziemi jest jeszcze podstawa. Tę podstawę trzeba najpierw wydobyć, ustabilizować podłoże, czyli utwardzić, dopiero potem można ustawić podstawę i postawić cokół. Stawianie cokołów bez wykonania tych przygotowań nie ma sensu, przecież to są architektoniczne całości. One nie funkcjonują odrębnie. Więc to akurat była robota, która trochę, powiem szczerze, pomieszała szyki, bo my chcemy wykopać z ziemi podstawę, ale na tej podstawie został postawiony cokół. Ja rozumiem, że im było miło podnieść to, bo proszę, leżało, a stoi. No dobrze, ale nie stoi tak, jak powinno stać.
Nic strasznego się nie stało, mam nadzieję, że po dzisiejszym spotkaniu, czy też poznaniu się z obecnym konsulem przybierze to inne formy, żeby można było zewrzeć szeregi, po prostu pracować razem w jednym czasie, tak byłoby najlepiej. Proponowałem to w zeszłym roku, ale z nieznanych przyczyn do tego nie doszło. Z drugiej strony to fajnie, że są jacyś ludzie, którzy w ogóle chcą coś zrobić. Tylko powtarzam, żeby te prace miały sens i były wykonywane poprawnie. Bo przecież jeżeli psuje nam się samochód, a nie jesteśmy biegli w kwestiach auta, to oddajemy je do warsztatu i tam ktoś, kto umie, naprawia i naprawia tak, jak należy.
Myślę, że dzisiejsza wystawa i spotkanie właśnie nam pomoże. Ja nie mówię, że pomalowanie farbą nagrobka będzie zaraz tragedią, ale trzeba wiedzieć, jak działa kamień. My twierdzimy, my homo, czasami sapiens, że kamień to materia nieożywiona. A ja śmiem twierdzić, że my po prostu zazdrościmy kamieniowi, bo on żyje miliony lat, a my żyjemy tylko średnio powiedzmy lat 80, stosunkowo krótko. Ta materia wymienia różne informacje z otoczeniem, wchłania wodę, ta woda odparowuje. Z tą wodą różne chemiczne składniki są wypłukiwane albo wsiąkają w kamień. O tym wszystkim trzeba wiedzieć. Kamień współpracuje z otoczeniem.
Można myśleć, że z kamieniem, który leży głęboko w ziemi, nic się nie dzieje, ale już kamień wyjęty na powierzchnię zaczyna po prostu podlegać erozji. Jest mnóstwo czynników chemicznych, pogodowych, całe mnóstwo rzeczy, które wpływają na destrukcję materiału skalnego. On wietrzeje po prostu. To jest fizyka, chemia, to jest cały zestaw różnych procesów. Trzeba je wszystkie rozumieć.

W kręgu starych i nowych przyjaciół
Inicjatorką wystawy jest Natalia Matłaszenko, kierownik sali ekspozycyjnej Muzeum Historii Religii we Lwowie. W naszej rozmowie nie ukrywała, że wcześniej w ogóle nie słyszała o Stowarzyszeniu Magurycz.
– Spotkaliśmy się przypadkiem na Facebooku pod jednym z postów dotyczącym dawnej wioski łemkowskiej, skąd pochodzą moi krewni – powiedziała. – To była prywatna komunikacja. Dowiedziałam się od pana Szymona o historii jego rodziny, że poprzez swoją działalność przywraca pamięć i dba o jej kontynuację w przyszłości, że obok działalności związanej z renowacją pomników na cmentarzach, nadal angażuje się w wolontariat. Dlatego jestem bardzo zadowolona, że nasze muzeum natychmiast go zaprosiło. Myślę, że nawiążemy z nim długą przyjaźń i będziemy promować więzi z Polakami, którzy są z nami na tych samych falach.
Orest Małyć, dyrektor Lwowskiego Muzeum Historii Religii podczas otwarcia wystawy podkreślił, że eksponowane zdjęcia odzwierciedlają codzienną pracę wolontariuszy Stowarzyszenia Magurycz.
– Pan Szymon jest żywym przykładem tego, że Ukraińcy, Polacy, Żydzi i Niemcy mogą i powinni współistnieć, pamiętać o przeszłości i pomagać sobie nawzajem – zarówno w czasie pokoju, jak i dziś – zaznaczył.
W wydarzeniu wzięła udział grupa radnych Lwowskiej Rady Obwodowej. Światosław Szeremeta, przewodniczący Stałej Komisji Kultury, Polityki Informacyjnej i Promocji Rady oraz radny Taras Czolij, były wolontariusz Magurycza wręczyli odznaczenia honorowe wolontariuszom i pracownikom Towarzystwa Magurycz.
– Towarzystwo Magurycz prowadzi niezwykle ważne działania na rzecz utrwalania pamięci, renowacji cmentarzy, nagrobków i pomników. To szlachetna i niezwykle potrzebna sprawa. Wiele zrobiono przez dziesięciolecia. Zarówno samo stowarzyszenie, jak i jego lider Szymon Modrzejewski pracują na rzecz jednoczenia narodów. Ich praca dowodzi, że należy patrzeć w przyszłość, szanując przeszłość. Dziękuję wolontariuszom za ich ogromną pracę i pragnę, by ta cenna działalność była kontynuowana przez wiele kolejnych lat – powiedział Swiatosław Szeremeta.

Salomea Rybotycka, radna Lwowskiej Rady Obwodowej i prezes Stowarzyszenia Nadsanie osobno złożyła podziękowanie Stowarzyszeniu Magurycz za remonty cmentarzy ukraińskich w województwie podkarpackim.
Wolontariusze ze Stowarzyszenia Magurycz wyremontowali do tej pory społecznie ponad 3200 kamiennych obiektów, z których większość to nagrobki na 157 cmentarzach. Jedna z uratowanych nekropolii znajduje się w Pomorzanach koło Złoczowa w obwodzie lwowskim.
– Szymon zrobił tam wiele rzeczy uważanych za niemożliwe – powiedział dla Kuriera Teodor Gudziak, krajoznawca z Pomorzan. – Wyremontował praktycznie wszystkie najcenniejsze pomniki w Pomorzanach. Nie tylko je odnowił, ale wręcz wydobył z ziemi. Wykopał nagrobki moich krewnych, które leżały w ziemi przez 150 lat, oczyścił je i położył na miejsce. Dlatego ja i moja rodzina, wszyscy mieszkańcy Pomorzan jesteśmy mu za jego pracę bardzo wdzięczni.
Wzruszającymi były spotkania Szymona Modzejewskiego z ukraińskimi wolontariuszkami i wolontariuszami Magurycza, z którymi razem pracował nie tylko w Ukrainie, ale także w Polsce. Wśród nich Maksym Martyn, z którym 17 lat temu pracował na cmentarzu w Żydowskim, w środku dawnej Łemkowszczyzny. Maksym walczył już w 2015 roku. W 2022 wrócił na wojnę. Trzy razy ranny. Ciężko okaleczony wrócił z frontu do rodziny, również do pracy w Muzeum Historii Religii. Jest znawcą i badaczem kultury żydowskiej.
– Wśród tysięcy ludzi, których zabili Moskale, jest też trzech wolontariuszy Magurycza – powiedział ze smutkiem Szymon Modrzejewski.

W otwarciu wystawy uczestniczył konsul generalny RP we Lwowie Marek Radziwon, który w wywiadzie dla Kuriera zaznaczył:
– W działalności Stowarzyszenia Magurycz zbiega się kilka rzeczy ważnych. Pierwsza ta, o której przy otwarciu wystawy mówiliśmy, o której pan Szymon mówił, która się narzuca wszystkim, którzy obserwowali to otwarcie i oglądali wystawę, że Magurycz nie dzieli pamięci na obcą i swoją. Nie dzieli narodowo czy etnicznie na niemiecką, żydowską, ukraińską czy polską, tylko właściwie zajmuje się restauracją, nie odnawianiem, ale remontem jako kamieniarz tych miejsc pamięci, tych cmentarzy, które znajdują się na ich drodze. Każdej lokalnej pamięci. Szymon Modrzejewski mówi też o tym, że mamy krótką pamięć. Rzeczywiście to są dwa-trzy pokolenia. I z fotografii, które widzimy na wystawie, widzimy jak szybko te nienaruszalne wydawało by się bloki kamienne, nagrobki szybko zarastają liśćmi, krzakami, wielkim lasem. Jak szybko zapominamy w ciągu kilku pokoleń, w ciągu kilkudziesięciu lat. A druga ważna rzecz to chyba to, że jest to Stowarzyszenie wolontariuszy. Od 40 lat działają ludzie dobrej woli. Po prostu uważają, że jest to potrzebne innym. Potrzebne pamięci. Potrzebne też im samym. I nie są instytucją państwową. Nie są urzędem powołanym przez ministrów kultury, pamięci i dziedzictwa, tylko są po prostu wolontariuszami, ludźmi, którzy chcą na to poświęcać swój własny czas, energię. Więc poza tym realnym efektem, to znaczy remontem cmentarzy czyli przywróceniem pamięci jest jeszcze taka powiedziałbym warstwa społeczna i obywatelska, że oni się dzisiaj tym zajmują, bo tego chcą.

Znani i nieznani
– Ja jeszcze powiem tak, że z jakichś zupełnie nieznanych mi przyczyn my, Stowarzyszenie Magurycz, pozostajemy nieznani – mówił po zakończeniu otwarcia wystawy Szymon Modrzejewski. – Bardzo wielu uważa, że dużo ludzi o nas wie, więc powiem, że to nie jest prawda. Jeśli ktoś chciałby to mierzyć miarą Facebooka, że stronę Magurycza na Facebooku 7300 osób polubiło, to ja powiem, to żadna miara. My funkcjonujemy głównie dzięki darowiznom i dzięki pieniądzom, które zdobędę na materiały, sprzęt, jedzenie, przejazdy, które zdobędę z jakichś konkursów. Gdyby każda z tych 7300 osób wpłaciła nam rocznie 100 zł, to nie musielibyśmy zabiegać o żadne granty, dlatego że możliwości pracy społecznej wszyscy mamy ograniczone. No chyba, że ktoś wygrał w totolotka albo dostał Nobla. Albo ma jakieś zasoby, dzięki którym może się poświęcić jakiejkolwiek pracy, niekoniecznie zarobkowej.
Mam natomiast wrażenie przede wszystkim takie, powiem szczerze, że państwo polskie nas nie widzi. Z jakichś powodów, nie wiem jakich. Napisałem w tym roku i wysłałem list do minister kultury, do dyrektorki Departamentu Polskiego Dziedzictwa Kulturowego zagranicą, do Adama Bodnara, którego kiedyś poznałem, do Pawła Kowala, który w sprawy Ukrainy jest zaangażowany i wie o istnieniu Magurycza. Mamy dziś 4 lutego, te listy zostały wysłane w grudniu, na żaden z nich nie dostałem żadnej odpowiedzi. To były listy pisane drogą pocztową, nie maile. Wszyscy urzędnicy mają swoje biura, ktoś tam siedzi, pracuje.
Robiłem to już tyle razy i po prostu myślę sobie, to ja staram się o pieniądze, żeby wydrukować taki np. kalendarz Magurycza. To kosztuje, nam tego nikt za darmo nie drukuje. To w takim razie, po co im to w ogóle wysyłać, skoro oni to kompletnie ignorują. Może wyjdzie na to, że się żalę, ale tak mi trochę dziwnie, że do kolejnego ambasadora Ukrainy też wysłałem i też nie ma żadnej odpowiedzi.

Więc czy to polscy, czy ukraińscy urzędnicy, wszystko działa tak samo. Dlatego bardzo mnie wzrusza fakt, że większość to wolontariusze, którzy poświęcają swój czas i pracują z nami w Ukrainie przy polskich nagrobkach i w większości to są Ukraińcy.
Remontujemy tu też ukraińskie nagrobki. Nie tylko na cmentarzu w Zakładzie. Remontujemy po to, żeby pokazać, że to ma wartość. Chodzi w ogóle o kulturę pamięci, też o sztukę sepulkralną. Najbardziej o pamięć o zwykłych ludziach, nie o jakichś bohaterach. Bo o tych wszystkich ludziach możemy przeczytać w książkach, możemy znaleźć informacje w internecie, a mnie chodzi o to, żeby o jakimś kowalu z jakiejś tam wsi też pamiętali. Jest takie bardzo ładne powiedzenie znane w Irlandii, nie wiem jak brzmi po angielsku czy po irlandzku, że cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć. Tu nie chodzi zaraz o jakichś bohaterów, pisarzy, nauczycieli. Chodzi o wszystkich ludzi. Każdy z nas ma wpływ na to, co się dzieje. Więc jak słyszę, że nie mamy wpływu, mówię – mamy wpływ. Jeżeli my wszyscy, każdy, tak jak wy, zrobicie fajny materiał o czymś, to też ma znaczenie, wszystko ma znaczenie, nie żyjemy w pustce – zaznaczył Szymon Modrzejewski.
Wystawę w Lwowskim Muzeum Historii Religii można oglądać do końca marca.
Konstanty Czawaga
