Nieszczęśliwy rok 1952

Nieszczęśliwy rok 1952

Rok 1952. Polska leczy powojenne rany. System stalinowski nie bardzo w tym pomaga, dokładając do starych ran nowe blizny. Był to rok szczególny – rok wielkich katastrof, które dzięki zbiegowi okoliczności zakończyły się z tak niewielką ilością ofiar. Mogło być o wiele gorzej, szczególnie w tym przypadku.

Rutynowe szkolenie
Katastrofy lotnicze zdarzały się od chwili, gdy człowiek po raz pierwszy wzbił się w przestworza. Jednak w systemie totalitarnym zupełnie inaczej wyglądała informacja o takich przypadkach. Tak było i tym razem.

Ciepły letni dzień 10 czerwca 1952 roku. W ten dzień w Poznaniu dzieci obchodziły swe święto – Dzień Dziecka. Na Łęgach Dębińskich nad Wartą zebrało się dużo dzieci, bawiły się i grały w piłkę. Dla nich to było święto, które o mały włos nie skończyło się tragicznie. Tego dnia od rana na pobliskim lotnisku Ławica odbywały się loty ćwiczebne. Co kilka minut samoloty 21. Pułku Lotnictwa Zwiadowczego (PLZw) wzbijały się w powietrze. Były to stare, wysłużone i wycofane z użycia w ZSRR bombowce Pe-2. Te dwusilnikowe maszyny trafiły do pułku w Poznaniu jako „dar” braterskiej Armii Czerwonej. Piloci nie mieli trudnego zadania – ćwiczyli „oblot po kwadracie”, czyli start, po nim cztery kolejne zakręty i lądowanie.

Krótko po 8 rano wzbiła się w powietrze kolejna maszyna z numerem bocznym 6. Pilot Zdzisław Lara, zaledwie dwudziestoletni lotnik, prowadził ten lot. Na pokładzie miał pełną załogę: nawigatora Stanisława Kucia i strzelca-radiotelegrafistę Józefa Bednarka. Ćwiczebny lot miał trwać około 10 minut i był przy takiej pogodzie dziecinnie prosty. Start, nabór zadanej wysokości i lot po prostej. Pierwsze dwa zakręty poszły jak z płatka. Zgodnie z planem lotu, przed trzecim należało wypuścić podwozie. Nagle samolot gwałtownie przechylił się w prawo: „Wyprowadzaj ze zwisu, idź po prostej” – rozkazał przez radio dowódca pułku major Andriej Dubowoj. Na nic to się nie zdało, bo maszyna nadal schodziła z kursu i traciła wysokość. Pilot zaczął szukać miejsca na lądowanie awaryjne. Pomyślał o Łęgach Dębińskich, które były na kursie. Ale gdy tam zobaczył bawiące się dzieci, zmienił zdanie i postanowił posadzić maszynę na niezabudowanym terenie przy kościele Bożego Ciała.

Powojenny Poznań rozbudowywał się. W tym samym czasie na placu Kościuszki u zbiegu ulic Królowej Jadwigi i Drogi Dębińskiej trwała budowa linii tramwajowej. Przy tej okazji przekładano kable telefoniczne i inne komunikacje. Na placu kręcili się robotnicy, po ulicy chodzili przechodnie. Obok stał dom Robotniczej Spółdzielni Pracy. Nagle zza niego wyłonił się samolot. Uderzył w skarpę wschodniego przyczółka budowanego wtedy mostu Królowej Jadwigi. Siłą uderzenia podbił się w górę, zawadzając jeszcze po drodze o słup trakcji tramwajowej, runął na ulicę kilkadziesiąt metrów dalej. Maszyna była już na ziemi, i pędząc z ogromną prędkością, niszczyła wszystko po drodze. Wtedy eksplodowało paliwo. Bombowiec rozpadł się, a plac Kościuszki wypełnił ogień. Pożar momentalnie ogarnął drzewa i uszkodził okoliczne domy.

Tragiczny bilans szkoleń
Pilot Zdzisław Lara i strzelec-radiotelegrafista Józef Bednarek zginęli na miejscu. Nawigatora Stanisława Kucia uderzenie o ziemię wyrzuciło z kabiny. Przybyli na miejsce koledzy-piloci odwieźli go do szpitala. Tam jednak zmarł po kilku godzinach. Meldunek o wypadku znajduje się w Archiwum Sił Powietrznych w Modlinie. Mowa tam jeszcze o pięciu ofiarach cywilach. Historyk z poznańskiego IPN Przemysław Zwiernik odnalazł w Archiwum Państwowym biuletyn przeznaczony dla ścisłego kierownictwa PZPR. Z niego wiemy, że w wypadku zginęło też trzech pracowników Poznańskiego Przedsiębiorstwa Robót Telekomunikacyjnych i troje przypadkowych przechodniów. Kolejna ofiara zmarła dopiero po kilku dniach. Piętnaście osób zostało rannych. Danych tych nigdy przedtem nie publikowano.

Czy były strzały przed upadkiem?
Świadkiem wypadku był 14 letni wówczas Andrzej Kaczmarkiewicz. Opowiada, że tuż przed upadkiem samolot zaczął strzelać w powietrze z broni pokładowej, aby ostrzec osoby znajdujące się na ziemi. Silniki samolotu w tym momencie już chyba nie działały, więc nie było słychać jak leci. Dzięki temu część robotników, pracujących na skrzyżowaniu zdołała się ukryć. Jeżeli wierzyć słowom Kaczmarkiewicza to należy przypuszczać, że strzelano z kabiny tylnego strzelca, kaprala Józefa Bednarka. Inny ze świadków Zygfryd Polowy – pracujący kilkaset metrów od miejsca tragedii w Zakładzie Eksploatacji Kruszywa tak wspomina:

„Po wybuchu pobiegliśmy natychmiast w kierunku słupa ognia i dymu. Było nas kilkunastu, a ja byłem najmłodszy. Pomagaliśmy rannym, odprowadzając ich do pobliskiego szpitala. Widziałem lotników, którzy znaleźli swojego rannego kolegę. Zatrzymali samochód, by go zawieźć do szpitala. Kiedy kierowca nie chciał się zgodzić zabrać rannego, dali mu po pysku”.

„Tradycyjne” przyczyny tragedii
Po wypadku natychmiast powołano 5-osobową komisję. Przewodniczącym został generał Iwan Turkiel, Rosjanin polskiego pochodzenia (nie mówił wprawdzie po polsku). Był dowódcą Wojsk Lotniczych w Polsce w latach 1950–1956. Oprócz niego w skład komisji weszli sami Rosjanie, którzy dowodzili polskim lotnictwem: generał Torochow, pułkownik Nowosilcew, podpułkownik Butow, major Połtanow. Do pomocy wezwano prokuratora wojskowego, podpułkownika Amonsa i kapitana Kirkina z Zarządu Informacji Wojskowej. Jedynym Polakiem w komisji był kapitan Gałubiński. Badanie okoliczności katastrofy zajęło komisji jedynie trzy dni i zakończyło się 13 czerwca. W orzeczeniu przyznano, że doszło do usterki technicznej (awarii prawego silnika na skutek rozszczelnienia tulei cylindrów), ale winą za katastrofę obarczono pilota, chorążego Larę, który miał zawinić „panicznym nastrojem” i nieprawidłowo podejść do awaryjnego lądowania wykonując ciasny zakręt na „zbyt małej wysokości”.

Podczas badania przyczyn wypadku nie brano pod uwagę innych katastrof Pe-2. Tymczasem było ich kilka tego rodzaju wśród samolotów wykorzystywanych przez polskie lotnictwo. Ponad rok wcześniej, bo 16 stycznia 1951 roku zginęła cała załoga „Peszki” z eskadry w Poznaniu. Powodem była również stwierdzona awaria silnika.

Propaganda sukcesu lat 50. XX wieku nie mogła dopuścić, aby prawdziwa przyczyna katastrofy, czyli awaria obu silników jednocześnie, wyszła na jaw. Samolot był przecież produkcji ZSRR, co bardzo negatywnie wpłynęło by na stosunki polsko-radzieckie w czasach głębokiego stalinizmu.

„Ściśle tajne” przez 55 lat
Tajemnica o tragicznych wydarzeniach przetrwała PRL. Pierwszy artykuł w poznańskiej prasie- o katastrofie ukazał się dopiero w roku 2007. W marcu tegoż samego roku poszerzono katalog zbrodni komunistycznych o „Fałszowanie dokumentacji przez funkcjonariuszy organów bezpieczeństwa na szkodę osób trzecich”. Dzięki temu Instytut Pamięci Narodowej mógł wszcząć postępowanie dotyczące sfałszowania przyczyn katastrofy bombowca. To jedna z pierwszych w Polsce spraw o zbrodnię komunistyczną.

Cześć ofiarom
10 czerwca 2008 roku w 56 lat po tragicznych wydarzeniach odsłonięto na jego miejscu tablicę okolicznościową, upamiętniającą ofiary tragedii. Ufundowały ją władze miasta. Kompozycja rzeźbiarza Romana Kosmali nawiązuje do złamanych skrzydeł i rozbitego samolotu. W uroczystości brał udział ówczesny wiceprezydent Poznania Tomasz Kayser, a w imieniu obecnych rodzin ofiar głos zabrał imiennik pilota bombowca – Zdzisław Lara. Bardzo wielu poznaniaków, w tym świadkowie katastrofy, którzy pomagali w ustaleniu jej okoliczności, pojawiło się także na uroczystości. Częścią monumentu stał się fragment rozbitego bombowca, znaleziony przez 14 letniego wówczas Andrzeja Kaczmarkiewicza.

Opracował Krzysztof Szymański
Artykuł ukazał się w nr 16 (188), 30 sierpnia – 16 września 2013

X