Niedosyt Propagandy

Życie w globalnej wiosce oznacza zarówno nieomal nieograniczony dostęp do informacji, jak i przesyt wiadomościami, którymi jesteśmy zewsząd bombardowani.

Z czasem zaczynają nam one powszednieć, z mediów wyłuskujemy sensacyjne wzmianki o problemach rodzinnych celebrytów, skupiamy się na podwyżkach cen i kontrowersyjnych wypowiedziach polityków, a spychamy na plan drugi to, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, co trwa. Dlatego walki na wschodniej Ukrainie wbrew temu, co być może chcieliby widzieć specjaliści od tej problematyki, nie budzą dziś już większych emocji w społeczeństwie, którego bezpośrednio nie dotyczą.

Tego zmęczenia świadomy jest Kreml. Wie też, że póki coś nie zaprząta uwagi obywateli, politycy nie muszą się tym przesadnie zajmować. Priorytetem dla nich jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od własnych granic, także, a może raczej przede wszystkim, w sensie ekonomicznym. Dlatego też zmęczenie tematem wywołane przez chaos kolejnych zawieszeń broni i toczonych mimo nich walk, sprzyja obecnie Putinowi. Przeciętny mieszkaniec zachodu Europy już tak naprawdę nie wie, o co na tej Ukrainie chodzi, czy Noworosja jest już odrębnym państwem czy jeszcze nie, czy Ukraińcy wspierają separatyzm, czy może jednak, obalając charkowski pomnik Lenina, prezentują swą nienawiść do tego, co postradzieckie, a dziś rosyjskie?

Możemy oburzać się na nieskuteczną dyplomację, nieefektywne sankcje ekonomiczne, samobójczo możemy domagać się wprowadzenia na Ukrainę wojsk. Wciąż jednak za mało mówimy o tym, co oczywiste – o nieskuteczności Zachodu w toczącej się wojnie propagandowej. Rosjanie są mistrzami dezinformacji i fałszowania rzeczywistości, czego Zachód chyba wciąż nie może zrozumieć, a co za tym idzie nie może pojąć ani Rosji, ani Rosjan.

Jeśli z okazji urodzin Władimira Putina w Groznym organizowana jest proputinowska demonstracja z prezydentem Ramzanem Kadyrowem na czele, to przecież jest to nie tylko wydarzenie dla tysięcy osób wychodzących na ulice, ale przede wszystkim sposób by pokazać, że dawni wrogowie dziś stoją po „właściwej stronie”. Kadyrow, walczący niegdyś z rosyjskimi wojskami, a dziś fetujący 62. urodziny Putina to dowód na to, że każdy może się nawrócić na Rosję, w domyśle – Ukraińcy też. To, co niepojęte dla mieszkańca Niemiec czy Wielkiej Brytanii jest w pełni akceptowane przez ruskiego człowieka.

Ruskiego, nie znaczy rosyjskiego. Kreml od wieków przekonuje, że Czeczeniec, Ukrainiec, Białorusin to Ruski, choć nie Rosjanin. Na tej płaszczyźnie budowana jest złudna wspólnota ruskich narodów, mimo, że Rosjanie niewiele mają im do zaoferowania. W przypadku narodów słowiańskich wydaje się, że przez stulecia posiłkują się podobieństwem języków i kultury i sami tam bardzo w nie uwierzyli, że nie dostrzegli, iż tacy na przykład Ukraińcy różnią się od Rosjan i nie sposób wtłoczyć ich w tę samą szufladę wiernopoddańczego stosunku do władzy. Historia Rusi Kijowskiej jest znacznie dłuższa, niż dzieje moskiewskiego państwa, a związki Ukraińców z Europą Zachodnią zaowocowały mniejszymi kompleksami wobec niej, niż te wyhodowane na Kremlu. Przez to dziś obu społeczeństwom jest ze sobą jakby nie po drodze…

Są to rzecz jasna uogólnienia, nie sposób tych zdań odnieść do całości społeczeństw, ale propaganda, jeśli ma być skuteczna, musi szukać mas, nie jednostek. Putin o tym wie, Zachód zapomniał. Przeoczył najwyraźniej, że chcąc grać z Rosją musi stosować jej metody, bo Moskwa do metod Brukseli czy Waszyngtonu nigdy się nie dostosuje. Ona je zna, może rozumieć, ale je a`priori odrzuca. Wie, że tak jak przed wiekami, nieprzewidywalność dzikiej hordy zawsze ma przewagę nad tymi, co walczą według rycerskich reguł gry, a demokracja może mieć różne oblicza. To rosyjskie nijak ma się do demokracji znanej krajom Unii Europejskiej. To mutacja demokracji socjalistycznej, w której wartości, jakim hołduje się w innych krajach, są swoistą abstrakcją. W warunkach tutejszej demokracji naukowcy badają 550 największych osiągnięć Putina, a na ulicach sprzedawane są ikony z jego podobizną. To, co wydaje się być scenariuszem rodem z filmów Monty Pythona, dzieje się w Rosji naprawdę.

Nie sposób przekonać Rosjan do Zachodu, posługując się zachodnią retoryką. Oni wiedzą, że jest kłamliwa, bo tego ich nauczono. Trudno także przyjąć, że w Rosji samoistnie zajdą zmiany, dzięki którym kraj nie stoczy się w otchłań autorytaryzmu. Dziś bardziej prawdopodobnym wydaje się, że Putin skoncentruje swoje wysiłki na dwóch celach. Z jednej strony będzie to zdobycie korytarza łączącego Rosję z Krymem, a tego należy dokonać jak najszybciej, jeszcze przed nadchodzącym zimowym załamaniem pogody, utrudniającym podróże na półwysep przez Kercz. Bunt na głodnym Krymie nie jest tym, czego Moskwa dziś potrzebuje, „źle by wyglądał”, a jego tłumienie jeszcze gorzej.

Drugim ważnym przedsięwzięciem jest zamknięcie muru budowanego wokół Rosji. Putin tworzy oblężoną twierdzę, tak naprawdę, samemu ją oblegając. Zdaje sobie sprawę z tego, że pozostawienie społeczeństwu możliwości samodzielnego myślenia, dostępu do niefiltrowanych informacji prędzej czy później skończy się manifestacjami przeciwko władzy, a tego na pewno ani on, ani jego potencjalny następca by nie chciał.

Dziś Władimir Władimirowicz żyje tak, jakby planował żyć wiecznie. Jeśli prawdą są sugestie Walerija Paniuszkina, jakoby prezydent Rosji finansował badania nad nieśmiertelnością, to kto wie, może ma ku temu powody. Jeżeli jednak badań tych nie ma lub zakończą się fiaskiem, musi on przygotować kogoś, kto przejmie po nim schedę, kogoś, kto myśli w ten sam sposób o imperium, którego ma być carem. Co więcej – kogoś, kto staremu carowi pozwoli godnie dokończyć żywota. Jeśli tak jest i Putin hoduje dziś takiego człowieka, może być pewien, że jego otoczenie, świadome tego faktu, podzieli się na dwa obozy. Tych, którzy wejdą w nowy układ i tych, co spróbują go obalić. Adwersarze natomiast sięgną chętnie po społeczne niepokoje i wyprowadzą ludzi na moskiewski majdan.

Temu Putin musi przeciwdziałać, musi dziś zastraszyć lub zniszczyć opozycję, a Rosjan utwierdzić w przekonaniu, że świat zewnętrzny jest złem, które na nich czyha. Tę sytuację mógłby również wykorzystać Zachód, gdyby potrafił uderzyć z drugiej strony w propagandową nutę, gdyby odnalazł tych, którym z Putinem dziś nie po drodze, a jutra mogą z tego powodu nie doczekać. Może takim sposobem udałoby się wywalczyć więcej niż sankcjami, które uderzają w możnych, ale nie w cara?

Agnieszka Sawicz
Tekst ukazał się w nr 19 (215) 21–30 października 2014

X