Nie tak stało się, jak planowano. Część 1 Tramwaj tak i nie pojawił się na ulicach Stanisławowa, pocztówka z kolekcji Ołeha Hryczanyka

Nie tak stało się, jak planowano. Część 1

Będzie to materiał o niezrealizowanych projektach, głównie architektonicznych, dotyczących naszego miasta. Było ich rzecz jasna o wiele więcej, ale wybrałem najbardziej interesujące i znaczące. Szkoda, że niektóre z nich nie powstały, ale były i takie, że… nie daj Boże.

Projekt modernizacji stanisławowskich fortyfikacji, Krakowskie Archiwum Narodowe

Jak o mały włos nie staliśmy się „twardym orzechem”

Rozpoczniemy od zamierzchłych czasów. Przed nami plan fortyfikacji miejskich Stanisławowa z roku 1743. Oryginał zachował się w austriackim Archiwum Wojskowym i jest to najstarszy dokument kartograficzny naszego miasta. Właściwie nie jest to mapa, ale plan rozbudowy fortyfikacji. Za autora projektu uważany jest Stanisław Potocki, inżynier fortyfikator i przyszły właściciel miasta. Możliwe, że pomagał mu w tych pracach szwedzki pułkownik Christian Dalke, pracujący w XVII wieku nad umocnieniem stanisławowskich fortyfikacji. Plan przewidywał stworzenie drugiej linii obrony przez usypanie wałów ziemnych i budowy sześciu rawelinów, broniących najbardziej wrażliwych odcinków obrony. Po realizacji tego planu obronność Stanisławowa podniosłaby się kilkakrotnie i kto wie – możliwe, że nie zdobyliby miasta Rosjanie w latach 1764, 1768 i 1769.

Szkoda, ale większa część tego planu pozostała tylko na papierze. Może zabrakło pieniędzy, może zakres prac ziemnych był ponad siły? A jednak dwa raweliny powstały: jeden bronił bramy tyśmienickiej i był usytuowany na skrzyżowaniu dzisiejszych ulic Halickiej i Belwederskiej. Drugi trójkąt obronny został wzniesiony od północno-wschodniej strony fortecy. W tym celu ręcznie zmieniono ukształtowanie terenu, obniżonego w tym miejscu. Właściciele miasta nie skąpili na to grosza, bowiem nowy rawelin bronił pałacu Potockich.

Prawie jak w Petersburgu

Żydowska społeczność miasta pod koniec XIX wieku podzieliła się na dwa wrogie obozy. Większość stanowili ortodoksyjni wyznawcy Mojżesza, pozostający pod wpływem rabinackiego klanu Horowitzow. Ci ściśle przestrzegali praw Tory i Talmudu. Byli w Stanisławowie też tacy, którzy pragnęli nosić modne stroje, zdobywać wyższe wykształcenie, brać udział w kulturalnym i politycznym życiu imperium. Nie widzieli nic złego w częściowej asymilacji z Polakami czy Niemcami. Nazywano ich progresywnymi lub postępowymi i należeli do nich najbardziej wybitni przedstawiciele stanisławowskiej inteligencji.

Władza w kahale należała do ortodoksów, jak i wszystkie synagogi. Postępowi mieli do swej dyspozycji jedynie dom modlitwy, mieszczący się w wynajętym lokalu. Z czasem zebrali odpowiednie fundusze i wybudowali własną synagogę. W tym celu założyli „Towarzystwo świątyni izraelickiej” w Stanisławowie.

Projekt stanisławowskiej synagogi postępowej Maksymiliana Schlossa

Projekt bożnicy przygotował jeden z postępowców – inżynier Maksymilian Schloss (1857-1900). Był powiatowym geometrą w Kosowie i zajmował się budową dróg i mostów. W 1894 roku Schloss przedstawił zarządowi Towarzystwa swój projekt synagogi. Była to potężna budowla z czterema małymi cebulastymi kopułkami i centralną wysoką wieżą z gwiazdą Dawida na szczycie. Wizualnie projekt przypominał cerkiew Issakowską (sobór św. Izaaka) w Petersburgu. Historyk Żanna Komar pisze wprawdzie, że Schloss wziął za wzór główną berlińską synagogę przy Oranienburger Straße.

Zarządowi projekt nie podobał się i odesłano go na dopracowanie do architekta Wilhelma Stiassnyego – nadwornego architekta klanu bankierów Rothschildów. Zamiast poprawek Stiassny zaproponował swój projekt, który Towarzystwo przyjęło. Obecnie jest to jedyna ocalała synagoga Iwano-Frankiwska przy ul. Straconych Nacjonalistów.

Stanisławowski tramwaj

W 1904 roku praskie wydawnictwo Lederera i Poppera wydało interesującą pocztówkę z widokiem ul. Karpińskiego (dzisiejszej Halickiej). Całość była wypełniona różnymi rodzajami transportu: na niebie – balon i sterowiec, na jezdni – rowerzysta, automobil i… tramwaj nr 15. Tak wyobrażali sobie Stanisławów w roku 1914. Byli blisko prawdy.

Na początku XX wieku nasze miasto gwałtownie rozwijało się, rosła liczba mieszkańców, a jedynym środkiem komunikacji miejskiej pozostawał fiakr. W tym czasie we Lwowie i Czerniowcach już dawno jeździły tramwaje. Wreszcie władze zdecydowały się zapożyczyć doświadczenie sąsiadów. Na posiedzeniu Rady miasta 26 marca 1908 roku ogłoszono początek prac przygotowawczych do wprowadzenia w mieście ruchu tramwajowego. Uzgodniono nawet pierwszą trasę. Krajoznawca Mychajło Hołowatyj zbadał te dokumenty i wskazał przebieg linii tramwajowej: od dworca, ulicami Wowczyniecką i Hruszewskiego do Deptaku. Tu dzieliła się ona na dwie trasy: wiodącą do przejazdu kolejowego na ul. Niezależności oraz drugą, która zawracała do pasażu Gartenbergów i znów się rozgałęziała. Wzdłuż ul. Halickiej można by było dojechać do parku Żołnierzy Afganistanu – wówczas był tu targ bydła, a drugie tory prowadziły ulicami Mazepy, Strzelców Siczowych i Czornowoła z końcowym przystankiem koło… więzienia. Dość dziwnie wyglądała na pierwszy rzut oka ta końcówka, ale obok był też park miejski i to wszystko wyjaśniało.

Wprowadzenie ruchu tramwajowego w mieście traktowano poważnie. Prace miała prowadzić znana niemiecka firma „Siemens&Halske”. Oprócz przełożenia torów, budowy przystanków i nabycia taboru należało zbudować elektrownię i remizę. Niestety, realizację tego ambitnego planu przerwał wybuch I wojny światowej. Dziennikarz Wołodymyr Horoszczak widzi jednak też inną przyczynę. Wartość „tramwaizacji” Stanisławowa kosztowałaby kasę miejską jeden milion koron. I to jako minimum! Magistrat naradził się i w kwietniu 1909 roku zawiadomił mieszkańców, że organizacja ruchu tramwajowego w mieście jest niepraktyczną i zaproponował wprowadzenie w mieście o wiele tańszych elektrycznych omnibusów, czyli trolejbusów. Ale i na to nie starczyło pieniędzy.

Starostwo powiatowe mogło stać się perełką architektoniczną miasta, rysunek z książki Żanny Komar „Trzecie miasto Galicji”

Gmach dla wysokich urzędników

W austriackim Stanisławowie najwyższym urzędnikiem był starosta powiatowy. Jeżeli obecne władze zajmują monumentalny „Biały Dom”, to stanisławowscy powiatowi urzędnicy nie mieli własnego kąta. Początkowo urzędowali w obecnym gmachu morfologii Akademii Medycznej, skąd w końcu wysiedliło ich gimnazjum. Następne 20 lat urzędnicy tułali się w hotelu Kamińskiego, a na początku XX wieku wynajęli kilka pokoi w kamienicy Hersza Gottesmana przy ul. Mazepy 28. Ten gmach zupełnie nie odpowiadał pozycji urzędu powiatowego i starosta marzył o bardziej odpowiednim miejscu pracy. Mało brakowało by jego marzenia się spełniły.

W 1908 roku na skrzyżowaniu ulic Strzelców Siczowych i Witowskiego Jan Kudelski wybudował wielką kamienicę, własność miejscowego drukarza Stanisława Chowańca. Na początku zaprojektowana była dla „cesarsko-królewskiego urzędu poczt i telegrafów”, czyli jako poczta główna.

Po przekazaniu budowli w dzierżawę pocztowcom właściciel zamówił u architekta nowy projekt – budynek starostwa powiatowego, który miał przylegać do poczty od lewej. W 1909 roku Kudelski przedstawił projekt, który w Archiwum miejskim zachował się do dziś. Budynek niewątpliwie stałby się ozdobą miasta i starosta byłby usatysfakcjonowany.

Interesujące jest to, że Chowaniec nie zamierzał na tym poprzestać i na początku deptaka planował budowę nowego hotelu „Rewera”, który miał stanowić całość z pocztą i starostwem. Niestety zmarł w 1910 roku. Jego syn i spadkobierca Wacław nie podzielał architektonicznych wizji ojca i zaprosił innego architekta, Fryderyka Janusza. To on niebawem wybudował hotel „Union”, który ukształtował architektoniczną całość ulicy.

A co ze starostwem? Nadal dzierżawiło różne lokale, aż do przyjścia pierwszych sowietów.

Iwan Bondarew

Tekst ukazał się w nr 11 (375), 15 – 28 czerwca 2021

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X