Nasz kochany ksiądz

Nasz kochany ksiądz Grupa byłych parafian z Mostów Wielkich podczas przekazania Medalu Prymasowskiego. Od lewej: Władysław Pękal, ks. Władysław Szeremet, Mieczysław Gorzko, ks. Aleksander Kozieł, Stanisław Rawski i ks. Józef Kara, proboszcz parafii św. Ducha w Gliwicach (fot. z archiwum autora)

Ośrodek Badań nad Historią i Tradycją Metropolii Lwowskiej Obrządku Łacińskiego organizuje konferencje naukowe i gromadzi materiały o postaciach duchownych na tych terenach.

Są to również wspomnienia o biskupach, kapłanach, osobach konsekrowanych. Ostatnio te zbiory swoim artykułem o śp. ks. Aleksandrze Koziele (1914-1999) wzbogacił inż. Marian Kładny z Mostów Wielkich, który jest też stałym czytelnikiem i autorem artykułów do Kuriera Galicyjskiego. Pan Kładny włożył wiele wysiłku w odzyskanie kościoła i plebanii w swoim rodzinnym miasteczku, a także w upamiętnienie dziejów i miejsc męczeństwa Polaków na terenie Mostów Wielkich i okolicy.

Ksiądz Aleksander Kozieł, udekorowany Brązowym Medalem Prymasowskim, archiwum autora

Ks. Aleksander Kozieł urodził się w Nowym Targu w rodzinie kolejarza. Ojciec Stefan Kozieł w latach 30. ubiegłego stulecia przeniósł się wraz z rodziną na stale do Buczacza na Podolu. Głęboka wiara rodziców i otaczające środowisko z pewnością wpłynęły na kształtowanie się osobistości młodego człowieka i wybór drogi życiowej. Studia teologiczne odbył na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie i w 1938 roku otrzymał stopień magistra, po czym w tymże roku został wyświęcony na księdza. Ks. Aleksander Kozieł w 1942 roku otrzymał skierowanie z Kurii Archidiecezji Lwowskiej do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Mostach Wielkich jako wikariusz przy proboszczu Janie Kielarze, który liczył wówczas 65 lat i potrzebował pomocy w obsługiwaniu rozległej parafii w trudnych czasach wojny i okupacji oraz wzmagającego się bezprawia.

W kwietniu 1944 roku szantażowano ks. Kielara i był on zmuszony opuścić Mosty Wielkie, wtedy to młody wikary pozostał na miejscu. Nadal jeździł na rowerze do pobliskich okolicznych wiosek z posługą kapłańską, udzielając mieszkańcom również wszelkiej pomocy. W Mostach Wielkich organizował pomoc materialną dla ubogich, troszczył się o chorych i rodziny osób aresztowanych oraz prześladowanych i tych parafian, ojcowie których byli w obozach lub na wojnie. Trzeba było mieć żywność na obiady, które gotowano na plebanii. Razem z moim ojcem rowerami jeździli na Wołyń koło Sokala i tam robili wymiany różnych ubrań, odzieży na kasze, olej i inne potrzebne artykuły żywnościowe. Ojciec mój był mistrzem krawieckim, miał swój zakład, to zawsze miał coś z odzieży, bo na Wołyniu odzieży brakowało.

Jako że poza codziennymi kłopotami pojawiły się zagrożenia ze strony banderowców, to młody ksiądz troszczył się też o bezpieczeństwo parafian, niekiedy z narażeniem własnego życia. Dla obrony przed napadami, na plebanii były zrobione specjalne umocnienia okien i drzwi. Ksiądz chronił w pomieszczeniach plebanii Polaków, którym zagrażało niebezpieczeństwo. Mieszkańcy Mostów Wielkich jeszcze pamiętają styczniowy dzień 1944 roku, kiedy ks. Kozieł prowadził na miejsce wiecznego spoczynku 20 trumien ze zwłokami zamordowanych Polaków. A potem takich pochówków były dziesiątki nie tylko w Mostach Wielkich, ale i w okolicznych wsiach.

Terror, rozbój i szantaż sprawiły, że niektórzy mieszkańcy Mostów Wielkich już wcześniej opuścili miasto, udając się przeważnie do Lwowa lub Żółkwi. Tak uczynili, na przykład, rodziny nauczycielskie Schabowskich i Rolandów. We Lwowie przebywało dużo dzieci sierot. Były pozbawione rodziców, którzy zginęli w sowieckich lub niemieckich obozach, albo zginęli w czasie wojny. Opiekowało się nimi polskie podziemie, AK i Kościół rzymskokatolicki. Takich dzieci podziemia adoptowały rodziny polskie. Żeby mogli wyjechać do Polski, ks. Aleksander Kozieł wystawiał im metryki chrztu na nazwisko przybranych rodziców. Jeździł na rowerze do Lwowa do rodziny Adama Rolanda, gdzie przywoził dla dzieci żywność, a także długie świece, gdyż często we Lwowie wyłączano prąd.

Czysto polską wsią była wówczas Stanisłówka koło Mostów Wielkich. Do tej wsi został skierowany oddział AK pod dowództwem ppor. Onufrego Kuźniary (ps. „Popiel”), który wcześniej dokonał napadu na siedzibę niemieckiej policji kryminalnej (Kripo) w Żółkwi, zdobywszy tam broń i wyposarzenie wojskowe. W Stanisłówce już działała placówka samoobrony AK dowodzona przez kaprala Wieczorka. Dołączyli się też ochotnicy z Wołynia, rodzice których zginęli z rąk banderowców i drobne zgrupowania partyzanckie, w wyniku czego oddział liczył 80 żołnierzy. Wskutek tego UPA bała się napadać na wieś, ale czekali na odpowiedni moment. Współpracujący z AK i obsługujący Stanisłówkę ks. Aleksander Kozieł w Wielkanoc, 9 kwietnia 1944 roku odprawił uroczystą mszę św. i wyspowiadał żołnierzy. W kilka dni później przebywający w Żółkwi ks. Kozieł dostał jakiś rozkaz dla ppor. Kuźniara i jadąc po drodze do Mostów Wielkich rowerem miał wstąpić do Stanisłówki i oddać ten rozkaz. Ale poinformowany przez napotkanego furmana ze Stanisłówki, że oddział już opuścił wieś, do Stanisłówki nie wstąpił, a rozkaz nie czytając zniszczył. Jednak oddział jeszcze przebywał w Stanisłówce. Potem okazało się, że to był rozkaz nakazujący szybsze opuszczenie Stanisłówki i wyruszenie do Wiszenki (powiat Mościska). I tak dzięki tej okoliczności, jak potem zobaczymy, uratowano mieszkańców Stanisłówki od zagłady. A swój wymarsz do Wiszenki oddział AK ppor. Onufrego Kuźniara zrobił dopiero 16 kwietnia 1944 roku. Przy pewnych okolicznościach, oddział zatrzymał się w lesie za Stanisłówką. W ten dzień widząc, że akowców nie ma, UPA napadło na wieś. Na dźwięki strzałów oddział momentalnie wrócił i walcząc uratował mieszkańców Stanisłówki od całkowitego zniszczenia. Wskutek tego napadu zginęło 10 mieszkańców wsi, dwaj żołnierzy AK i do dziesięciu zostało rannych. O tym poinformowano księdza. Nocą przez las jechał z krzyżem w ręku nie bacząc na niebezpieczeństwo, aby oddać ostatnią posługę swym parafianom. Każdy z tych mieszkańców, co padł ofiarą, został pochowany na swoim podwórku, bo na rytualną posługę nie było czasu. I można powiedzieć, że cała wieś teraz jest cmentarzem. A rannym ksiądz nadał pierwszą pomoc. Odwaga i męstwo nigdy nie opuszczały naszego księdza. Po tym napadzie mieszkańcy Stanisłówki, żeby nie było więcej ofiar, podjęli decyzję opuścić wieś. Ksiądz Kozieł od razu przyjechał do Żółkwi (powiatowego miasta), udał się do najbliższego telefonu i zawiadomił niemieckiego komendanta o wydarzeniach, które miały miejsce ubiegłego dnia w Stanisłówce, ustalił dokąd mogą się ewakuować. Niemiecki komendant nie silił się nawet na wyrażenie słów ubolewania. Były to wypadki codzienne. Zapewnił, że otrzymają kwatery w jakich pustych barakach. Z tą wiadomością udał się ksiądz od razu do wsi, i zaczęły się przygotowania do odjazdu. Na następny dzień, 16 kwietnia, wypadała greckokatolicka Wielkanoc. Ksiądz pożegnał się nie bez łez z mieszkańcami Stanisłówki i z żołnierzami AK, ruszył do Mostów Wielkich.

Niektórzy Polacy, mieszkańcy Mostów Wielkich, już od kwietnia 1944 roku wyjeżdżali z miasta. Wybierali na osiedlenie się różne miejsca, często leżące blisko nowej granicy wschodniej licząc, że kiedyś będą mogli powrócić w rodzinne strony. Ksiądz Kozieł wspomagał swoich wiernych w przygotowaniach do opuszczenia rodzinnych stron. Wybierał miejsca do osiedlenia się. Później też w niewielkim tylko stopniu mieszkańcy korzystali z wyjazdów organizowanych przez Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR), wybierając się w drogę indywidualnie, osiedlając się w różnych regionach kraju. Tylko mieszkańcy Stanisłówki wyjeżdżali zbiorowo, korzystając z pomocy i rady ks. Kozieła. Wielu z nich zamieszkało w Warszowicach, gdzie kontynuują tradycje i pamięć o stronach ojczystych.

Dramatycznie potoczyły się losy naszego kościoła w Mostach Wielkich po 19 lipca 1944, gdy miasto ponownie znalazło się w granicach Związku Sowieckiego. Większa część Polaków już opuściła tereny miasta indywidualnie. Pozostała część czekała na zorganizowany transport. Ksiądz starał się jak najdłużej utrzymywać kościół czynnym, dopóki jeszcze pozostawała tu część Polaków. Władze komunistyczne starały się nakłonić księdza do współpracy z nimi, w czym ksiądz im odmówił. A tym czasem, starał się przynajmniej ewakuować archiwa, dokumenty i cenniejsze dobra kościelne.

Na wiosnę 1945 roku ksiądz został wyrzucony przez „bojcow kracnoj armii” z plebanii i zamieszkał u rodziny Sawickich, a później przeniósł się do Żółkwi. Do Mostów Wielkich na nabożeństwa dojeżdżał na rowerze. W listopadzie 1945 roku ksiądz odprawił ostatnią mszę św. w Wielkich Mostach dla repatriantów, z którymi odjeżdżał ostatnim pociągiem ewakuacyjnym do Polski. Klucze od kościoła przekazał najstarszemu z pozostających parafian, p. Stadnickiemu.

Do swoich Mostów powrócił dopiero w 1992 roku. Wielka radość zapanowała wśród parafian, którzy pamiętali jeszcze swego proboszcza. Ile było serdecznych słów i ile wylano łez, bo przez te lata nie marzyli o tym, że znów zobaczą swego księdza. Wspominano wspólne trudne lata wojenne, chrzciny, śluby i pochówki. Każdy chciał z nim porozmawiać. Ogromnym przeżyciem dla ks. Aleksandra był widok kościoła bez wieży i krzyża – w tym czasie była tu piekarnia. W czasie tego przyjazdu na Ukrainę odwiedził też groby rodziców w Buczaczu.

Po wielu staraniach i pisaniu listów i petycji do wszystkich możliwych instancji, po wizycie Ojca Świętego Jana Pawła II na Ukrainę w 2001 roku zwrócono nam zdewastowany kościół i 24 października 2004 roku ks. Oleg Salamon na nowo konsekrował kościół i odprawiona została tu pierwsza od 1945 roku msza św.

Parafianie z Wielkich Mostów zawsze otaczali swego księdza głęboką czcią i miłością. Gdy nadarzyła się okazja, wystarali się o odznaczenie zasług księdza Medalem Prymasowskim. Niestety schorowany ks. Aleksander nie mógł odebrać odznaczenie osobiście. Dokonał tego ks. Władysław Szeremet. Przekazanie odznaczenia odbyło się podczas uroczystego nabożeństwa w grudniu 1998 roku w katedrze św. Jana w Warszawie. Ks. Prymas Józef Glemp, wręczając odznaczenie ks. Szeremetowi, wspomniał zasługi ks. Aleksandra Kozieła dla dobra Ojczyzny i Kościoła Katolickiego, a szczególnie dla parafii w Mostach Wielkich i przekazał podziękowania za jego postawę i życzenia powrotu do zdrowia. Ks. Szeremet w towarzystwie byłych mieszkańców Mostów Wielkich przekazali odznaczenie i słowa Prymasa ks. Aleksandrowi, przebywającemu wówczas w Gliwicach.

Nasz ukochany ksiądz Kozieł zmarł w Gliwicach 17 października 1999 roku. Spoczął pod murami kościoła św. Ducha, w którym przez wiele lat pełnił posługę kapłańską. W pogrzebie księdza uczestniczyli żyjący jeszcze dawni parafianie oraz ich potomkowie. Po śmierci księdza ufundowali oni tablicę upamiętniająca działalność swego proboszcza. Została ona wmontowana w ścianę kościoła w Mostach Wielkich w święto Wniebowzięcia MB w 2008 roku. Niestety podczas remontu kościoła została usunięta. Niestety nie powróciła już na swoje miejsce.

O naszym kochanym księdzu można powiedzieć słowami św. Augustyna: „Szedł on za Jezusem tą jasną drogą krzyża, która wiedzie do świętości”.

Marian Kładny
Tekst ukazał się w nr 3 (247) 16-29 lutego 2016

X