Na Stanisławowskiej Fali Maria Partyka, matka Ewy Lisowskiej (ze zbiorów prywatnych Mikołaja Małachowskiego)

Na Stanisławowskiej Fali

Fragmenty pracy pani Ireny Partyki-Wasidłow.

Praca została nagrodzona w 3 Konkursie Literackim im. Kazimierza Wierzyńskiego w Przemyślu w 1994 roku (druga nagroda).

Za mną – szmat niełatwej drogi. Długie, długie lata. Coraz częściej dążę myślami w minione lata i wspomnienia ogarniają mnie i budzą rozrzewnienia nad sobą i nad nami wszystkimi. Czy kogokolwiek, kiedykolwiek interesowały nasze losy? Jacy jesteśmy, jak żyjemy, co porabiamy na tej ziemi? Co zostawimy dzieciom, wnukom, prawnukom? Różne fragmenty wypływają w pamięci. Życie nie oszczędzało naszego pokolenia. Rzucało z deszczu pod rynnę, na zimną wodę. Ale, mimo wszystko, przeżyło się. Doczekaliśmy zwrotu świątyni, naszego odrodzenia. Wypływają w pamięci pierwsze lata odwilży, powiązane z nią nasze nadzieje, radość, że jesteśmy, że nie wszystko stracone.

Prawie od pierwszych dni do prac przy kościele włączyła się brygada poznańskiego „Energopolu” (zatrudniona w Bohorodczanach). To była ogromna pomoc. W 1990 roku powstało pierwsze towarzystwo polskie. TKP im. F. Karpińskiego.

W dzienniku, bez daty, jest lakoniczny zapis: „Energopol” podarował DOM!”
To był mały żółty domek (wagon), który jak grzybek przycupnął obok kościoła, na skrawku ziemi „polskiej”. Wielkie litery na fasadzie układały się w dumny napis: TOWARZYSTWO KULTURY POLSKIEJ.

Wewnątrz zacisznie, gościnnie. Wita Orzeł Biały i Dziadek patrzy przenikliwie spod krzaczastych brwi. Słychać język polski, a czasem i piosenkę, tę dawną, niby zapomnianą. Tu czujesz się naprawdę Polakiem, jesteś u siebie. Nareszcie można wyprostować zgięte plecy. Co prawda, ludzie zapisywali się do Towarzystwa bojaźliwie, z ociąganiem. Nie byli może zbyt pamiętliwi, nie. Ale krzywda siedziała w nich głęboko i gniewnie, stłumionym krzykiem wyrywała się na zewnątrz. Tyle przecież przeżyli!

„Ludzie, przestańcie się bać” – wołał ksiądz z ambony. Zło świata wywodzi się ze ślepego lęku, z braku naszej odwagi.

„Polacy, jednoczcie się, siła w jedności” – nawoływała Pani Prezes Towarzystwa.

Wokół niej zebrali się ludzie, mający inicjatywę, patriotycznie nastrojeni. Jednym słowem – swoi. Zawrzała praca w żółtym domku. Kraj otwierał gościnnie drzwi dla tych, tak zupełnie zapomnianych przez wiele, wiele lat. Powiał wolny wiatr, oszałamiający lekko, zawrotnie. Tam rozumieli, że trzeba nieść polskie słowo, oświatę między tych, co nigdy nie przestawali się czuć Polakami. Między ludzi ze znakiem biało-czerwonej.

Jesienią 1990 roku dzieci i młodzież pochodzenia polskiego rozpoczęły naukę religii i języka ojczystego na zajęciach fakultatywnych, otrzymano klasę w ukraińskiej szkole. Właśnie minęło 32 lata od zamknięcia szkoły polskiej w Stanisławowe. Otwarcie szkoły i zakończenie pierwszego roku szkolnego to były zdarzenia na wielką miarę w życiu wspólnoty polskiej. Radość i łzy! Zaświtała niewymyślna nadzieja! Jutro naszych dzieci i wnuków będzie lepsze.

Grupa starszej młodzieży przygotowywała się na studia do Polski. A na Święta Bożego Narodzenia, w kościele rozświetlonym Gwiazdą Betlejemską młodzież przystąpiła do Pierwszej Komunii. Dziewczyny nie miały białych, zwiewnych sukien, ani chłopcy białych ubrań. Jedwabne pelerynki, mirtowe wianeczki – to wszystko. Byli piękni w swojej niepokalanej młodości. Stali u stóp ołtarza, w oczekiwaniu na cud Boskiego Przemienienia. Z wielkiego obrazu uśmiechała się do nich Jasnogórska Madonna (też dar z Polski). Świece rzucały złote blaski na twarze pełne cichego zachwytu. Przez oszklone już, oszronione okna zajrzało zimowe słońce. Rzuciło na ołtarz garść złotych promieni. Zdawało się, że to spływa łaska Boża na dzieci, na nas, na kościół cały. Niezapomniane chwile!

Kartka z dziennika, grudzień 1990
Pierwsza Gwiazdka! Pierwsza najprawdziwsza Pasterka! Odświętnie przystrojony kościół, pachnący jedliną. Łkało coś we mnie, gdy tak stałam w przyćmionym kościele, między swoją rodziną, z dziećmi, z wnukami…

Zdawało się, że nie istnieje nic, tylko my, zebrani tu, zjednoczeni wielką radością narodzin Zbawiciela. A kiedy zaśpiewaliśmy kolędy, nasze polskie, najpierw cicho, a potem burza dźwięków uniosła się hen, chyba do samych niebios. Pozwoliłam łzom płynąć. Uczucie ogromnej ulgi i spokoju ogarnęło chyba wszystkich. Dał Bóg dożyć!

A przed Świętami były paczki! Pycha!!! Uciecha i małym, i starszym. I wyszedł w świat pierwszy numer „Gazety Lwowskiej”, w samą Wigilię! Czy to nie cud Bożego Narodzenia?

Wszystko w tym dziewięćdziesiątym było nieoczekiwane, zadziwiające. Ciągle coś się działo!!! Nie tylko remontowano kościół, ale budowano cegiełka po cegiełce nowe życie.

Prace w Towarzystwie nabierały tempa. Ludzie, nie szczędząc sił, pracowali dla dobra wspólnoty. Ambitna Pani Prezes dokonywała cudów. Niemożliwe stawało się możliwe. Zarażała i nas swoją energią i wiarą. Kolonie dla dzieci, kursy dla nauczycieli.

De facto: Pani Prezes TKP wiosną 1991 roku jeździła do Poznania w składzie delegacji miasta Iwano-Frankiwska (Stanisławowa) w celu nawiązania ścisłych kontaktów i podpisania umowy o współpracy w dziedzinie gospodarczej i kulturalnej. To było niebywałe zwycięstwo na naszą korzyść. I pojawiła się idea założenia swojej biblioteki, własnej. I wysłanie kogoś na warsztaty biblioteczne do Poznania.

Kartka z dziennika. Czerwiec 1991 roku.
Proponują mi wyjazd na warsztaty biblioteczne (nauka, znajomości, kontakty), organizowane przez bibliotekę Raczyńskich. Czy wywiążę się z tego zadania? Cóż robić??? Bezsprzecznie trzeba się zdecydować.

To okazja! Słowem, trzeba jechać. Jak siebie pamiętam, zobaczyć Kraków było zawsze moim marzeniem. Właściwie jechałam do Poznania. Nie sama, a z panią Kazią Tymą i Irenką, młodą nauczycielką z Kołomyi. Towarzystwo wydelegowało nas na te warsztaty i zaczęła się ta wspaniała przygoda. Tylko pieniędzy na tę imprezę nie było, bo i skąd miały się wziąć? Biletów też nie można było dostać. Były one dla handlarzy wożących do Polski najrozmaitsze różności, by urozmaicić bazary i robić niebywałe interesy!!! Gorączka turystyki komercyjnej owładnęła życiem miasta. A cóż nam robić? Tego nie wiedział nikt. Ale jechać musimy, żeby w Kraju wiedzieli, że tu czekają na polskie słowo, na polską książkę. Ksiądz pobłogosławił nas z cichym westchnieniem. Miły pan Andrzej z „Energopolu” wyciągnął pieniądze z własnej kieszeni. Całe 100 tysięcy złotych! W tamtych czasach w Polsce wszystko liczyło się na setki tysięcy i na miliony. Upchałyśmy się do kolonijnego autokaru i szczęśliwie, spokojnie razem z dziećmi dojechałyśmy do Przemyśla. Dzieci pojechały dalej.

Byłyśmy na Polskiej ziemi! Zostało nam dotrzeć do Poznania i zdążyć na początek zajęć na warsztatach. Na stacji, przechodząc obok śpiących po trudach życia bazarowego pokotem handlarzy, dostaliśmy się do kasy. O, zgrozo! Pieniędzy starcza tylko na jeden bilet i bilet ze zniżką 50 procent.

W pociągu
Paskudnie. Cóż robić? Już jutro, 4 lipca rozpoczynają się warsztaty… Biegiem, na chybił trafił, wpadamy do ruszającego już pociągu. Uff! Lecimy na Wrocław. Mamy szczęście!

W przedziale są Stanisławowiacy. Student z babcią. Nie zdążyłyśmy odsapnąć, jak do przedziału wszedł konduktor, młody, przystojny facet. Był nawet miły. „Bilety proszę” – mówi bardzo uprzejmie. Student z babcią grzecznie podają. Pani Kazia i ja objaśniamy naszą sytuację. (Irenka zaniemówiła). „Proszę bilety”, powtarza konduktor, głosem mrożącym krew w żyłach. Robi się nagle zły i wstrętny. Do naszych łzawych próśb przyłączają się student z babcią. Niestety! Tych pieniędzy, tych 100 tysięcy złotych wystarcza tylko na trzy bilety do Krakowa. Nieubłagany konduktor, mający numer 89, twierdzi twardo: „W Krakowie wysiadać, wymiatać się i koniec!”. Nastąpiło zbieranie pieniędzy. Dorzucił student, babcia. Ale mimo wszystko nie wystarczyło na bilety do Wrocławia. W dodatku „numer 89” zabrał nam paszporty! A to byłaby heca, gdybyśmy wylądowały w radzieckim konsulacie! Nie widziałby nas Poznań i droga do Kraju byłaby dla nas na długo zamknięta. I tak każdego razu rozgrywa się dramat przy wyrabianiu wiz, szczególnie służbowych. I skąd wzięliście się tu „wdruh” Polacy??? A nam się zdaje, że byliśmy tu zawsze… Ale z władzą lepiej nie zadzierać. Władza zawsze ma rację. I w naszym wypadku też.

We „Wspólnocie Polskiej” jak u mamy
Wysadził nas srogi konduktor o świcie w Płaszowie. Był rześki lipcowy poranek. Wymęczone, wymiętoszone maszerowałyśmy puściutkim peronem. Irenka na sportowo, z plecakiem, a my, starsze panie z torbami za nią. To był widok! I żadnego reportera w pobliżu. Najgorsze, że to nie był wymarzony Kraków, to przecież Płaszów. „A do Krakowa jeszcze o ho, ho!” – powiedział starszy pan, oglądając nas ciekawie. Na pewno nie wyglądałyśmy reprezentacyjnie… Cóż robić dalej! Byłyśmy w rozterce. I zaświtała zbawcza myśl: „Wspólnota Polska!!!”. W tej chwili los uśmiechnął się do nas całą gębą. Z piosenką i naprzód! W dół, w górę i znów pociąg i nareszcie Kraków. Teraz to już naprawdę jesteśmy w wymarzonym Krakowie. Wstąpiła w nas otucha. Ruszamy z Kazią na poszukiwanie gmachu „Wspólnoty Polskiej”. Irenka siedzi z bagażami. Jeszcze jest bardzo wcześnie. Przebiegają pojedynczy przechodnie… Zaczyna mżyć. Gubimy się w szarości wąskich uliczek. Zimno… Nieoczekiwanie wychodzimy, poprzez stare mury, na Plac Mariacki. Przed nami panorama Starego Miasta. Strzelisty kościół Mariacki, Rynek Główny z Sukiennicami i zabytkowymi kamieniczkami. W jednej z takich kamienic znajduje się Wspólnota. Przekraczamy próg nie bez obawy. Przemiła „polonijna” pani wita nas uśmiechem, już jest gotowa nam pomóc. Jak ta wróżka, która wszystko wie i rozumie. W stylowo urządzonym wnętrzu jest tak po staropolsku gościnnie. „Świat nie jest bez dobrych ludzi” – mówiła moja babcia. Roztkliwiłyśmy się, opowiadając o naszym życiu-byciu na dawnych ziemiach kresowych (jak u tej przysłowiowej babci na cudzym garnuszku). A potem było, jak w bajce o sierotce Marysi, tylko, że otaczały nas nie krasnoludki, a pełne uroku Krakowianki. I Irenkę przywieziono z bagażami, zziębniętą z tego przydługiego czekania. I stoliczek się nakrył! I po dobrej kawie nabrałyśmy animuszu… I… otrzymałyśmy bilety do samego Poznania! Czujemy się, jak partyzanci przy wykonywaniu trudnego zadania, którzy w końcu dotarli do swoich. Tak, teraz jesteśmy na ojczystej ziemi!

Atmosfera święta
Idziemy zwiedzać Kraków. Już południe i można obejrzeć ołtarz Wita Stwosza. Widziałam go tylko na reprodukcjach. A teraz jaśniał przede mną, w ciemnym wnętrzu kościoła, niepowtarzalnym pięknem barw i plastyki. Urzekające piękno. Kolana uginają się same.

W Sukiennicach rozbolała mnie głowa od kręcenia na prawo, na lewo… I od tych cen z wieloma zerami. Gapimy się przed każdym stoiskiem i wzdychamy: żeby choć coś kupić na pamiątkę… Ale, ale…

Wpadamy w wir krakowskiego życia, w atmosferę niekończącego się święta. W cieniu krużganków Sukiennic jest barwnie od obrazów. A na placu są koncerty. Pod rozpogodzonym błękitem grają i śpiewają, i do czapki grosiki zbierają. Wesele, uciecha! Potem Traktem Królewskim idziemy na królewski WAWEL. Wchodzimy w kraj legendy. Machnęła wróżka czarodziejską pałeczką i znaleźliśmy się na dziedzińcu starodawnego Zamku. Lada chwila pojawią się królewskie orszaki i roztańczeni kuglarze… A może i Lajkonik wyskoczy?! A z Jamy Smoczej może pokaże się stary Smok. To tutaj piękna Wanda, co nie chciała Niemca za żadne skarby, rzuciła się w nurty Wisły…

Wieczorem odjechałyśmy do Poznania, zabierając ze sobą moc przedobrych, przepięknych wrażeń. I wdzięczność ogromną.

Wspomnienia Poznańskie
Po perypetiach drogi krakowskiej, droga do Poznania wydawała się wyjątkowo spokojna. O, teraz mogłyśmy siedząc w wagonie rozpamiętywać miniony dzień, tak pełen wrażeń, że aż pękał.

Pociąg leciał na zachód przez równinną ziemię: naszą polską, ubarwioną czystym złotem pól, zielenią lasów. Mijaliśmy polskie wsie, miasta i miasteczka. Można odegnać strach, co siedzi w nas jak gwóźdź. Można odetchnąć spokojnie, bez bojaźni, że za jakieś polskie niefortunne słowo i oberwać możesz. A przecież zupełnie niedawno nasza podróż do Poznania była niemożliwa. Znaczy jest lepiej! Coś ruszyło!

Za oknami wagonu kończył się dzień. Noc objęła ziemię. Nareszcie Poznań! Zmęczone, ale jakże szczęśliwe, dotarłyśmy do celu!

Dworzec cały rozjaśniony światłami. Ludno, gwarno, chociaż jeszcze noc. Ostatnie metry naszej drogi. Tramwaj dowozi do hotelu. Tam nas oczekiwano. Koniec podróży. Teraz wykąpać się i spać. Do jutra!

A jutro okazało się najpiękniejszym dniem. Początkiem najwspanialszej przygody, jaka nam się nawet nie śniła. Pierwsze kroki ulicami Poznania. Uroczystość otwarcia warsztatów. Wspaniała! I znajomość z najpiękniejszą biblioteką. Już sam gmach, z koryncką kolumnadą na fasadzie, sprawia duże wrażenie, a wnętrze to świątynia książek. Biblioteka posiada nie tylko zadziwiający księgozbiór, ale i najbardziej sympatycznego dyrektora i najmilsze panie „biblioteczne”. Założyciel biblioteki i fundator Edward Raczyński musiał być nadzwyczajnym człowiekiem! Przyjmowano nas, ludzi ze Wschodu, ze szczególną życzliwością i z wielkim zrozumieniem do naszej niewiedzy. Nasze przygody wzbudzały zainteresowanie i uśmiechy. „A to trzeba było mieć odwagę tak przyjechać” – słyszałyśmy. A jak inaczej? No jak?!

A właśnie dla nas, którym niedawno uchylono żelazną kurtynę, wszystko tu było ciekawe i niezwykłe. Poznałyśmy interesujących ludzi. Nawiązałyśmy kontakty ze światem. Poznań nas oszołomił. Chodząc po wykopaliskach prastarego Ostrowia Tumskiego, ma się wrażenie, że cofasz się do kolebki dziejów polskich. A mroczne, potężne gmachy Śródmieścia przypominają panowanie pruskie. Chciałoby się je „wybielić”, chociaż troszeczkę! Zrozumiałe, to naruszyłoby powagę miasta! A na starym Rynku trzynastowieczny Ratusz! Cały nafaszerowany zabytkami historii. Wspaniałości! A jak piękne są nowe osiedla, utkane kwiatami i zielenią parków!!! Sklepy pełne towarów, bajeczne wystawy! Aż dech zapiera od patrzenia! Tylko te ceny… Nauczyłyśmy się już liczyć zera. A jak ubogie wydaje się nam nasze życie! Tam, za kolczastą granicą…

Program warsztatów obejmował nie tylko zajęcia biblioteczne, tak nam niezbędne, ale i zwiedzania miejsc zabytkowych, muzeów, na podziw bogatych. Oglądałyśmy oryginalnego Malczewskiego! I istne cuda w Archidiecezji: prastare folianty, rzeźby i wyroby złotnicze, malarstwo różne i na koniec Wyczółkowski. Jak wielkie dzieła potrafi stworzyć człowiek? I jak wielka jest siła piękna!

Z nowoczesnych rzeczy oglądamy kabaret na dziedzińcu zamkowym. Jednym słowem, jedenaście dni święta! Zebrałyśmy taką ilość wiadomości, że strach ogarniał, czy to aby w naszych głowach się utrzyma, czy nie wyfrunie, jak przelotny ptak?!

Hotel nasz stał na skraju parku „Przyjaźni polsko-radzieckiej”. Park prześliczny. Szczególnie rano, kiedy tysiące kolorowych róż kąpią się w srebrzystej rosie. I powietrze najprzejrzystsze i drzewa najzieleńsze… Ktoś by się uśmiał. Sentymenty!!! Ale my u siebie już dawno nie widzimy takiej żywej zieleni. Wszędzie rdza i w nas chyba też.

Moc wspomnień zostawiły wycieczki po Ziemi Wielkopolskiej. Jechałyśmy sobie autokarem, komfortowo, równiutkimi cienistymi drogami, mijałyśmy łany dojrzewającego zboża, poprzecinane kępami drzew, łąki zielone, przetkane błękitem jezior. Jechałyśmy Szlakami Piastowskimi, gdzie żywa była prastara legenda o Piaście Kołodzieju. O tym, jak on orał tą ziemię najukochańszą i został królem. I tę miłość, jak najdroższą spuściznę, pokoleniom przekazał.

Druga wycieczka to Rogalin, Smiełów, Gołochów… Zwiedzałyśmy pałace, ukryte w uroczych, zadbanych rozległych parkach. Do dziś zachowały dawną świetność. Tutaj tworzył Mickiewicz „Pana Tadeusza”. Tutaj Izabela Czartoryska stwarzała swój świat muzealny.

Byłyśmy cały długi dzień w gościach u wielkich Przodków. To była wspaniała gościna! Oglądanie pokoi zamkowych, spacery po parkach, uroczysty obiad i kolacja przy świecach… W naszym życiu to bajka. Aż się nie wierzy, że to było naprawdę.

Warsztaty biblioteczne dla nas – to przede wszystkim spotkanie z polskością, z historią, tą prawdziwą, nie okaleczoną. To znajomość z kulturą dawną i dzisiejszą, znajomość z książką, z tą dawną, co z dalekiego dzieciństwa, i z tą, która czekała na nas, zamknięta pod dziesięcioma kłódkami, pisana w lagrach i na emigracji. Przypominała nam czasy, o których staramy się nie myśleć: bezkresną, śnieżną równinę Sybiru, pułapkę, z której nie było ucieczki, piaszczyste stepy Kazachstanu, Powołże… i barki na Wołdze przepełnione kośćmi i odorem gnijącego mięsa, rozładowywane naszymi rękami…

Czy paliło słońce, czy suchy wiatr sypał piachem. Wszystko to było kiedyś, w jakimś koszmarnym życiu. Dziś jakby cudzym, wymyślonym.

Dni nasze były tak uszczelnione, zapięte na ostatni guzik. Z trudem można było wcisnąć jakieś osobiste spotkanie, czy wizytę. A były i spotkania i wizyty. Bowiem i w Poznaniu są Stanisławowiacy i Kołomyjanie. Zachowali sentyment do rodzinnych stron. Ciekawi wiadomości stamtąd. Przecież „Tam pod górą, hen stąd, tam rodzinny był dom”… Był!!!

Dziwią się, jak wytrwaliśmy. Cieszą się, że rozluźniło się trochę, że powoli polskość odzyskuje prawo do istnienia. Do tej pory siedziało się cicho. Jak myszy pod miotłą. Nad nami wisiał strach. Strach ma nie tylko wielkie oczy, ale i wielką siłę. Po roku 1957, zamykając szkołę polską w Stanisławowie, władze zatarły ręce, a może i umysły na wszelki wypadek, z ulgą. Uff, nie ma już tych „przeklętych lachów”. Spokój! Ale my, na przekór wszystkiemu jesteśmy. Nie zapomnimy tych poznańskich spotkań z rodakami. Wracałyśmy z takich gościn rozanielone, rozśpiewane. O, nasza pani Kazia to talent! Jaki głos! Jakie pieśni ona zna! I śmiałyśmy się, i płakały. I wzruszała nas ta dobroć, ta szczera życzliwość, którą nas otaczano. I szkoda nam było nas samych.

Zapamiętałam Irenkę, zapłakaną, z rozwianym włosem, z jarzącymi się oczyma, taką śliczną, kiedy wróciła z „gości” obdarowana, pełna tego drugiego życia. Żal więdnącej młodości, samotnych młodych lat! A i nam szkoda zatraconych nadziei. O, gdyby granica nie odcięła nas od Kraju?! Boże, czemu tak się pokiełbasiło na świecie, że ziemia rodzinna nie jest już Ojczyzną?

Od biblioteki Raczyńskich otrzymaliśmy niebywały dar: 20 tysięcy książek. Cały księgozbiór. Naszej wdzięczności nie wyrazisz słowami. Marzy się nam piękna biblioteka, na wzór tych, co widziałyśmy w Poznaniu.

Nieubłaganie przybliżał się koniec warsztatów. Gryzła myśl, jak zdobyć bilety powrotne. A właściwie, za co? Wstyd nam naszej nieuzasadnionej biedoty.

I znów pomogła biblioteka. A to kłopot mieli z nami! Czy się kiedyś odwdzięczymy?!

W jednym z ostatnich dni zwiedziliśmy poznański bazar. Zadziwił nas, wprawił w osłupienie rozmaitością „naszych” towarów! Tanich! Bez talonów, bez kuponów i bez wszelkich kartek przydziału. Fantazja! Kupiłyśmy też co nie co.

No i przyszedł czas pakować walizki. Ostatnie pożegnalne spotkania. Wymiana adresów, drobnych upominków. W ostatni wieczór wspólna uroczysta kolacja. Były podziękowania i śpiewy. Żal ściskał serca, że to już, że to koniec.

Koniec święta! Ale wspomnienia zostaną z nami. To bogactwo, którego nikt nie odbierze. Wracałyśmy pełne wrażeń, odmłodzeni.

Na pożegnanie Poznań urządził nam hecę, niezaplanowaną w żadnym programie. Już na stacji, już prawie w pociągu złodziej wyciągnął mi pugilares wypchany różnościami: wizytówki, pieniądze i… bilet!!! Fatalnie! Biedny złodziej nie obłowił się, a dla nas to znów była koszmarna noc. Taki pech!

W Przemyślu na stacji istny Babel. Różnojęzyczny, hałaśliwy tłum, tłok, harmider straszliwy. I upał męczący. Przedarłyśmy się szczęśliwie przez graniczne rogatki i już bez przygód dojechałyśmy do Stanisławowa.

Zabrałyśmy ze sobą do naszego szarego życia serdeczność, dobroć i wiarę, że w Kraju pamiętają o nas, że „Wspólnota Polska” przygarnęła nas, włączyła do wielkiej polonijnej rodziny.

Irena Partyka-Wasidłow Kraków – Poznań – Stanisławów
lipiec – wrzesień 1991 r.
Do druku opracowała Władysława Dobosiewicz
Tekst ukazał się w nr 2 (54) 28 stycznia 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X