Coraz dalej z Ukrainy do Polski

Kompromitacja i wielki wstyd dla Polski – tak można określić to, co się dzieje przed polskim konsulatem we Lwowie i na wschodnich przejściach granicznych.

Wejście Polski do grupy Schengen zaskoczyło polskie rządy, jak śnieg służby drogowe w grudniu. Nawet kilka dni trzeba stać przed konsulatem we Lwowie, aby otrzymać wizę. Ludzie złorzeczą, protestują, domagają się wprowadzenia wiz dla obywateli Polski, trudno im się dziwić. Polska, która miała być przewodnikiem Ukrainy w drodze do Unii Europejskiej, odgradza się murem od Ukraińców. Wszyscy od dawna wiedzieli, że w nowych warunkach zmienią się procedury i warunki wydawania wiz, ale nikt nic nie zrobił.

Aż trudno uwierzyć, że prawie czterdziestomilionowego kraju nie stać na rozbudowę konsulatu w stolicy Zachodniej Ukrainy, czy chociaż przejściowo na wynajęcie dodatkowych biur, zwiększenie zatrudnienia. Zwłaszcza, że chodzi przecież o Lwów, miasto tak bliskie Polakom. Problemy z uzyskaniem wiz, spowodowane niewydolnością konsulatu, istnieją praktycznie od momentu ich wprowadzenia dla obywateli Ukrainy.

Granicą bezwładu i upodlenia nazywa Marcin Romer przejścia graniczne z Ukrainy do Polski w artykule w tym samym numerze Kuriera. Jest to granica bezwładu polskich służb granicznych, upodlenia podróżnych z obu krajów, zwłaszcza jednak z Ukrainy, i wstydu dla Polski. Ukraińskie służby graniczne pracują ślamazarnie, na ich przejściu panuje chaos, ale prawdziwy horror odbywa się po polskiej stronie.

Na pytania o kolejki na przejściach i ślamazarną odprawę Straż Graniczna i Urząd Celny mają stale te same odpowiedzi: za duży ruch, za mało przejść, za mało funkcjonariuszy. Niemniej jednak, nie raz zauważyłem, że to sami pogranicznicy przyczyniają się do powstawania kolejek. Zauważyli to chyba wszyscy, którzy podróżują między oboma krajami, jak choćby forum „Ukraina” na portalu gazeta.pl. Waldemar: „Mam tego dość, jeżdżę od kilku lat na Ukrainę i to, co się teraz dzieje to kpina.(…) Nowo wybudowane przejścia za miliardy, a tu nasi celnicy odprawiają w tempie chorego żółwia (…), ale gadał dziad do obrazu”. Mamba: „Dorohusk ok. 30 godzin stania (…). Zdesperowani pojechaliśmy do Rawy Ruskiej (…). Tego, co działo się w Dorohusku, nie zapomnę do końca życia”. Vasylkowa: „Od strony ukraińskiej między 7 a 11 na przejście nie wjechał żaden samochód, ponieważ Polacy nie odprawiali”. Paweł: „Korczowa. ZERO kolejki przed przejściem. Czas przekraczania granicy ponad 4,5 godziny. (…). Polscy celnicy udają, że pracują, sztucznie tworząc kolejkę.”

– Tak tu już jest – skomentował polski celnik, gdy obserwowałem cały ten cyrk na przejściu granicznym. Tak tu musi być. Z polskiego punktu widzenia na wschodniej granicy nie muszą obowiązywać cywilizowane standardy. Z tą prawidłowością zgadzają się już nie tylko służby graniczne, ale zaakceptowały ją także np. przygraniczne samorządy, organizacje społeczne, współpracujące z Ukrainą, dziennikarze, a nawet podróżni. Jeśli już ktoś protestuje, to raczej zbulwersowany turysta na forum internetowym.

Coraz dalej z Ukrainy do Polski i z Polski na Ukrainę. Spójrzmy na rozkład jazdy pociągów międzynarodowych z Warszawy. Ze stolicy Polski dojedziemy bezpośrednio do Kijowa, Odessy, na Krym, ale także do Moskwy, Petersburga, Mińska, a nawet do Irkucka. Nie ma natomiast żadnego połączenia ze Lwowem, nawet z przesiadką. Paradoksalnie, najdalej mamy na Ukrainie do miejsc najbliższych nam kulturowo i historycznie. Jeszcze kilka lat temu z Warszawy można było dojechać sezonowym pociągiem bezpośrednio do Rawy Ruskiej. Tuż po „Pomarańczowej rewolucji” PKP zlikwidowały to połączenie. Na wieść o Euro 2012 z rozkładów jazdy zniknął ukraiński pociąg z Przemyśla do Czerniowiec. Niedługo potem zlikwidowano elektryczny pociąg do Lwowa, który miał zastąpić ten do stolicy Bukowiny. W nowym rozkładzie jazdy PKP Intercity nie ma też pociągu z Krakowa do Kijowa przez Lwów, został zawieszony. Jedynie pociąg dawał możliwość przekroczenia granicy w sposób cywilizowany i bezbolesny.

Oczywiście, są jeszcze połączenia autobusowe. Podróż taka jest jednak dość ekstremalnym przeżyciem, o czym pisze w tym samym numerze Irena Masalska. Autobus z Warszawy do Lwowa pokonuje odcinek ok. 380 km w dziesięć godzin, powrotny kurs może trwać nawet pięć godzin dłużej, wszystko zależy od polskich celników. Ostatnio jadąc do Lwowa staliśmy na zupełnie pustej (w środku nocy) polskiej granicy ok. 40 minut, bo nikt do nas nie wyszedł. W powrotnej drodze polscy pogranicznicy kontrolowali nas 5 (!!!) godzin.

Jeśli tak dalej pójdzie, przejścia graniczne staną się własnością drobnych handlarzy tzw. mrówek i pograniczników. Żaden nielegalny papieros wówczas się nie prześliźnie, a ludziom po obu stronach granicy przestaną przychodzić do głowy tak ekstrawaganckie pomysły jak wycieczka do Lwowa, czy wczasy w Zakopanem. Granicę będą przejeżdżać bez problemu oficjalne delegacje, w nieskończoność, dyskutujące za unijne pieniądze o współpracy przygranicznej, integracji Ukrainy z UE i rozwoju turystyki. Aha, jeszcze jest Euro 2012. Razem ponoć organizujemy mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

Piotr Janczarek
Tekst ukazał się w nr 2 (54) 28 stycznia 2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X