Moje trzy grosze…

W ubiegłym tygodniu zadzwonił do mnie z Wrocławia mój dawny przyjaciel Wiesław Gieras, wieloletni dyrektor Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, z którym współpracuję od lat. Spotykamy się kilka razy do roku przy okazji różnych imprez teatralnych. Po jego wizycie w Kijowie na Festiwalu „Maria”, w Polsce zostały wypromowane dwie wybitne aktorki ukraińskie – Lidia Danilczuk ze Lwowa i Łarysa Kadyrowa z Kijowa.

Zadzwonił do mnie zbulwersowany wypowiedziami przedstawicielki lwowskiej Rady Miasta Uliany Tybinki i dziennikarki Wiktorii Romaniuk, które gościły we Wrocławiu w Ośrodku Kultury i Sztuki na tzw. spotkaniu opłatkowym, a raczej na „Kuti”, gdyż spotkanie odbywało się w okresie bożenarodzeniowym wg obrządku wschodniego. Gospodarze zadbali o stosowne uhonorowanie dostojnych gości z miasta partnerskiego. W rozmowie pan Wiesław zapytał jak się miewa Polski Teatr Ludowy we Lwowie. Na co obie panie zgodnym chórem odpowiedziały, że we Lwowie nie ma takiego teatru.

Gdy gospodarze próbowali wytłumaczyć, że owszem istnieje teatr polski, że niedawno obchodził swoje 55-lecie, że często bywa na występach na Dolnym Śląsku – we Wrocławiu, Opolu, Głogowie, Brzegu, panie potraktowały to jako błędną informację. Być może wyżej wymienione panie od niedawna pracują na swoich stanowiskach i nie zawsze przeglądają prasę lwowską (a już Kurier Galicyjski – na pewno nie), ani promocyjnych wydań miejskich jak „Lviv – today”, gdzie w numerze majowym jestem na zdjęciu z dyrektorem Lwowskiej Filharmonii p. Siwochipem i pianistką Marianną Humecką. Zdjęcie to zostało zrobione podczas dekoracji odznaczeniami państwowymi, przyznanymi przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Pod zdjęciem jest naturalnie stosowny podpis.

Aż strach bierze, że podobnie poinformowani przedstawiciele władz Lwowa prezentują się w innych miastach, gdzie Teatr jest częstym gościem i jest dobrze znany widzom i po raz kolejny będą nam odmawiali obecności na teatralnym firmamencie Lwowa.

Nie ma w tym nic dziwnego, jeżeli spojrzy się na to z innej strony. Wielokrotnie stykam się z próbami wykreślenia polskiej obecności we Lwowie. Nie tak dawno do rąk trafiła mi książka „Galicyjska Kuchnia” – edytorsko wysmakowana, a firmowana przez panów Winnyczuka i Nazaruka. Otóż na barwnych kartach tej pięknie wydanej książki spotkałem wielu moich znajomych – lwowskich twórców i artystów, którzy przepasani stylowymi fartuchami i w stylowych czepkach, prezentowali różne cudeńka sztuki kulinarnej. Byli wśród nich Austriacy, Niemcy, Rosjanie i Żydzi – tylko dla Polaka miejsca nie starczyło. Aż dziw bierze – czy naprawdę żadna ukraińska gospodyni nie poznała żadnego przepisu na lwowskie smakołyki od swojej polskiej sąsiadki?

I na koniec jeszcze coś w podobnym stylu. Od Mikołaja do Jordana (okresu nazwanego ukraińskim Ramadanem) w tramwajach lwowskich rozbrzmiewały kolędy. Poprzez stukot kół można było usłyszeć całą gamę kolęd ukraińskich w różnych wykonaniach, do tego dodano „Jingle bells” czy „Stille Nacht” i inne „zagraniczne” melodie. Ale konia z rzędem temu, kto usłyszał chociaż jedną kolędę polską.

Przecież Polska jest najbliższym sąsiadem i niby „przyjacielem”. Na oficjalnym poziomie wśród polityków dobrze to wychodzi, natomiast trochę niżej…

Na myśl przychodzi mi wieczny mickiewiczowski dylemat z „Niepewności”: „…ciągle sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest…?”.

Chyba jednak celowe „olanie”.

Zbigniew Chrzanowski
Tekst ukazał się w nr 2 (222) za 30 stycznia – 16 lutego 2015

 

 

X