Przyjeżdżamy, odjeżdżamy…

Przyjeżdżamy, odjeżdżamy…

Andrzejkowy wosk wylany. W tym roku w kształcie domku – trochę proroczo, bo przeprowadzka niewątpliwie tuż-tuż. I to jakimś dziwnym zrządzeniem losu, jak zawsze, niedługo po świętach. A przecież tak niedawno – osiem lat temu – z początkiem nowego roku znaleźliśmy się we Lwowie.

Jechaliśmy trochę jak do siebie, jak do jakiejś dobrze znanej z opowieści zasłyszanych w dzieciństwie czarodziejskiej krainy. Równocześnie przebrzmiewały nam w głowach ostrzeżenia, że „Polaków we Lwowie nie lubią” i że należy się bać z kilku jeszcze innych – raczej mitycznych powodów, które choć okazały się nie całkiem mityczne, to z perspektywy zdają się nie warte większej uwagi. Lwów wydawał się przyjazny. W radiu brzmiały kolędy. Na oświetlonym świątecznie prospekcie Swobody gromadzili się kolędnicy, śpiewając głośno i radośnie – inaczej niż u nas, do pozazdroszczenia. W Katedrze oczy cieszyła olbrzymia szopka. Największy zachwyt budziła u małej córeczki. Szczególnie stojący pośród dziesiątek innych figurek aniołek, który dziękował za monety skinieniem głowy ( tak, tak, za sprawą małej córeczki i aniołka można się było pozbyć niemałej ilości kopiejeczek podczas godzinnej liturgii…Ale my nie o tym). We wspaniałym Lwowie wspaniali lwowscy Polacy nie dali nam zginąć. Wprowadzili w tajniki miejscowego życia, sprawili, że obca przestrzeń została „oswojona”. Po trzech latach z początkiem nowego roku żegnaliśmy miły nasz Lwów z sercami ciężkimi i mokrymi oczami.

Winnica, zwana powszechnie „Perłą Podola” powitała nas chłodno. Styczniowy śnieg sięgał kolan. Otoczenie wydawało się jakieś szare, monotonne, trochę ponure. Od samego wjazdu do miasta „chruszczowka” za „chruszczowką”, blok za blokiem. Oczy przyzwyczajone przez ostatnie lata do widoku lwowskich uliczek z wyczekiwaniem wypatrywały jakichś zabytkowych akcentów – wieżyczek, kamieniczek, zdobnych balkoników. Cała nadzieja w centrum. Podobno na Sobornej jest ładnie.

Jedziemy. Rzeczywiście centrum wygląda lepiej. Są kamieniczki – jest pociecha. Soborna to ulica szeroka, przestrzenna, prosta, na swój sposób dostojna. W końcu to reprezentacyjna ulica stolicy tej części Podola, więc ma się czym pysznić. Od strony mostu swoimi złotymi kopułami powitała nas majestatyczna cerkiew Przemienienia Pańskiego. Po drugiej stronie ulicy widać kościół i klasztor braci kapucynów. W samym centrum miasta, naprzeciw baszty i otaczającego ją dość uroczego Placu Europejskiego (ta nazwa funkcjonuje od roku – wcześniej była to część ulicy Kozickiego) straszy sporych rozmiarów siedziba Rady Miejskiej. Na pierwszy rzut oka wygląda jakby za chwilę miała runąć, a w dodatku na jej szaro-burym grzbiecie wyrastają upiorne szkielety anten. Trochę mniej straszną uczynił ją wyszykowany trzy lata temu skwerek, zwany Placem Wolności (Nezależnosti), ozdobiony klombami i fontannami.

Pierwszy dzień w stolicy Podola prawie za nami. Wieczorem, świąteczne iluminacje czyniły klimat bardziej przyjaznym. W Parku Kultury olbrzymia, dwudziestometrowa, świecąca choinka kręciła się w rytm świątecznych melodii. Wokół niej gromadziło się mnóstwo ludzi, którzy następnie przemieszczali się w stronę wesołego miasteczka. Owo miasteczko zaś huczało nachalnie w rytmie disco, zagłuszając dobiegające od strony choinki miękkie i ciepłe tony. Nasze tymczasowe mieszkanko w znajdowało się w pobliżu. Na pozór w porządku, do przeżycia przez okres świąteczny po którym nadejdą zwykłe, pracujące dni i będzie można szukać czegoś na stałe.

Proza (a może raczej magia) życia sprawiła, że już następnego dnia od rana zmuszeni byliśmy gościć pana majstra od wszystkiego. Bo woda ciepła owszem była, ale jak się odkręciło kran to piecyk gazowy zmieniał się w smoka i zaczynał ziać ogniem na prawo i lewo, zaś rura w łazience przeobrażała się w fontannę. Może lepiej byłoby wezwać magika lub znachora, bo majster niewiele poradził – przykleił tylko na piecyku karteczkę z napisem „Rukami nie trogać!!!” i wrócił do świętowania.

Następnego dnia z rana, w Święto Trzech Króli, agencja nieruchomości poinformowała nas, że musimy się ekspresowo przenieść gdzieś indziej, bo to czarodziejskie lokum zostało zarezerwowane dla jakichś Francuzów (Bonne Chance!). Wieczorem pierwszy raz „gościliśmy” w kościele kapucynów. Nasz kościół – poszukiwany fragment przestrzeni bliskiej, swojej – w miejscu, które jest oddalone od domu o tysiąc kilometrów, które jest nowe i obce. Ciche i miękkie brzmienie znajomych, kolędowych melodii przywołuje obraz Polski… Mimo wszystko, wręcz instynktownie właśnie tu szukamy ocalałego kawałka ojczyzny. Jej historia jest przecież uwieczniona w tych murach, doskonale przez nie zapamiętana. Wewnątrz kościoła nad ołtarzem stała wielka szopka z gwieździstym niebem w tle. W szopce pokłon Dzieciątku oddawali wspólnie polski szlachcic i kozak – wymowny symbol, który ucieleśniał się w następnych latach podczas pasterki odprawianej w języku polskim. Z życzeniami świątecznymi zjawiali się na niej rokrocznie przedstawiciele miejscowych władz.

Wkrótce nadeszły zwyczajne dni. Winnica odsłoniła swoje ciepłe i przyjazne oblicze. Odkrywanie podolskich zakątków, które przechowują tajemnice dawnych, odległych lat okazało się fascynujące. To już nasza piąta zima na Podolu. Chyba ostatnia. Kolejny adwent. Kolejne poranne msze roratnie, na które tłumy dzieci pospieszają z entuzjazmem mimo wczesnej pory. Przy blasku świec wybrzmiewa radosne „Marana tha!”. Adwentowa układanka każdego dnia powiększa się o jeden element. Wkrótce ułoży się w pełny, zrozumiały bożonarodzeniowy obraz. Szykujemy się do świąt. Czekamy na Przyjście. Wkrótce, jak co roku, bracia kapucyni postawią wielką szopkę w kościele przy Sobornej. W parku na gigantycznej choince zapłoną tysiące światełek. Podziękujemy Bogu za kolejny przeżyty w jego łasce rok, a z początkiem nowego pożegnamy malownicze Podole.

Maria Ciarcińska
Tekst ukazał się w nr 23-24 (219-220) za 19 grudnia 2014 – 15 stycznia 2015

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X