Moje obserwacje

Moje obserwacje

Ostatnie wydarzenia na Ukrainie potoczyły się z szybkością błyskawicy. Trudno za nimi nadążyć. Nie powiem, iż w tej chwili jest lepiej, o odzyskaniu równowagi też jeszcze nie ma mowy.

Kiedy kilkanaście lat temu zaczęłam „grzebać w historii”, uświadomiłam sobie wiele rzeczy. Wszystko już się kiedyś wydarzyło i niestety będzie się już tylko powtarzać. Nie wolno zapominać o skutkach poszczególnych wydarzeń. Zgadzam się z tym, że znajomość historii nie zabezpiecza od jej powtórek, ale człowiek przynajmniej nie zwariuje, choćby dlatego, że badając dzieje będzie miał się o co oprzeć.

Takie trudne okresy zawsze akcentują pewne rzeczy i jednocześnie odsuwając na dalszy plan inne. Podobnie dzieje się z ludźmi. Tylu znajomych pokazało ostatnio inną twarz, od tej którą znałam wcześniej. Nie powiem, że sama kardynalnie zmieniłam zdanie na temat Ukraińców – moich sąsiadów i współobywateli, mieszkając tu znam i widzę wiele rzeczy. Ale z satysfakcją mogę oddać należne większości zachowań i decyzji podejmowanych w ciągu tych trzech miesięcy. Wobec części rodaków z Kraju przeżyliśmy nieco rozczarowań, co też było do przewidzenia, bo pewne rzeczy od dawna są uwypuklane bez względu na okoliczności i sytuację oraz bez względu na to, czy ludzie tego chcą czy nie.

Spisując swoje refleksje, od razu zastrzegam, iż mówiąc Polacy czy Ukraińcy mam na myśli obywateli tych państw, a nie narodowość. Gdy ma się wspólną historię i „wspólną krew”, ma się też podobne charaktery. Nie zapominajmy, iż każdy Polak na terenach „przedzbruczańskich” ma w sobie krew ukraińską i odwrotnie – w każdym Ukraińcu płynie tu mniej bądź więcej krwi polskiej. Za Zbruczem mieszanka jest trochę inna, podobnie jak różni się ona na Zaolziu, Śląsku czy Pomorzu. Kwestia narodowości, na szczęście, jest kwestią wyboru. Mogę być tym, kim się czuję, a nie kim byli moi pradziadkowie – bo ci przybywali tu w ciągu tysiącleci chyba z całego świata. Ten układ odziedziczyła też Ukraina, nie pojmując jeszcze tego i nie zastanawiając się na razie nad tym.

Tereny dawnych Kresów Południowo-Wschodnich zawsze były rozległe i mało zróżnicowane przyrodniczo, w porównaniu choćby z Europą Zachodnią. To ogromna równina, płaska, z bardzo trudnym klimatem, z dużą przestrzenią, stepami i małą ilością wody. Uprawiać ziemię było zawsze trudno, więc ludzie osiadali tu opornie. Sytuacja ta widoczna jest nawet dzisiaj – na obszarze obecnego państwa ukraińskiego na około 604 tys. km² mieszka tylko około 46 mln osób. Jest to ewenement na terenie Europy w XXI wieku. A cóż dopiero o wiekach poprzednich? Jak rządzić takimi obszarami? Jak ustanowić „europejski” wzór egzekwowania prawa? Problem zarządzania tymi terenami jest stary jak świat. Wszak za prekursorów dzisiejszych oligarchów można uznać XVII wieczne królewięta. Byli to na ogół ludzie bardzo energiczni i zaradni, ale cechy te nie zawsze idą w parze z kręgosłupem moralnym. Czy typ, który prezentuje Janukowycz różni się bardzo od typu starosty kaniowskiego Mikołaja Bazylego Potockiego? A typ Achmetowa i innych od Szczęsnego Potockiego czy Ignacego Branickiego? A ci wcześniejsi byli podobno polskiej krwi. Charaktery pozostają niezmienne, są tylko warunki zewnętrzne, które kształtują je i odsłaniają bądź nie. Typ o którym wspomniałam, nie zawsze uświadamia sobie i pojmuje czym jest odpowiedzialność. Tu m.in. mamy przyczynę, że przez tereny dzisiejszej Ukrainy od wieków biegnie granica cywilizacji.

Kiedy zwolniono Julię Tymoszenko, która natychmiast przyleciała do Kijowa na Majdan, stanęła mi przed oczami historia Katarzyny Wielkiej: gdy obalono jej męża-cara i podpowiedziano by przejechała się z rozpuszczonymi włosami na koniu przed wojskiem i plebsem. Zebrani ujrzeli „matuszkę”, jedyną opiekunkę, która wszystkich przygarnie i nie da skrzywdzić. Na szczęście historia nie zawsze się powtarza. Tym razem „carycy” się nie udało. Nie ma już pospólstwa. I to jest ważne.

Takie obrazki można mnożyć.

Niezadowolenie ludzi, którym w skorumpowanym, biednym kraju dzień po dniu odbierano godność, narastało od dawna. Od wielu lat coś wisiało w powietrzu. Wybuchło teraz, zaraz potem gdy odebrano ludziom nadzieję na lepsze życie, albo chociaż godne. Historia zawsze potwierdza, że największe zrywy następują wówczas, gdy ludzie zasmakują czegoś lepszego, i nagle zostanie im to odebrane.

Jeszcze w grudniu mówiłam swoim przyjaciołom, że Ukraińcy muszą przeżyć swoje Powstanie Styczniowe, to desperackie: „Świat! Niech nas zobaczy świat!”. Rozwój wydarzeń pokazuje, że momentami stare hasło przeradza się w inne, równie stare znane też na Kresach: „Pokój chatom, wojna pałacom!”. Nie wiemy jak się potoczy dalszy ciąg wydarzeń. Modlę się o rozwagę i mądrość. Ale warto pamiętać, że nieznajomość historii, a raczej brak rozważnego pogodzenia się z historią może otworzyć puszkę Pandory.

Świat zmienia się błyskawicznie, rozwój techniczny sprawił, że ludzie prowadzą już raczej wojnę informacyjną. Bardzo szybko dociera do nas nie tylko informacja prawdziwa i rzetelna, niestety o wiele szybciej rozpowszechniają się wieści kłamliwe i nawołujące do przemocy – zawsze są bardziej medialne, bardziej interesują odbiorców. Ubolewam nad tym, że na wysokości zadania nie stanęły portale internetowe środowisk kresowych – wyciągały i rzucały jedynie to, co mogło połaskotać nerwy. Smakowało wybornie. Ale dawne antagonizmy nie zawsze powinny decydować o ważnych wydarzeniach bieżących u sąsiadów. Zabrakło równowagi, rzetelnej analizy, światłych komentarzy, zostały tylko czarne barwy i rozdrapywanie ran.

Mnie też nie podoba się (delikatnie powiedziane, ale użyję tego sformułowania) czarno-czerwona masa młodzieży, ale jeszcze bardziej przekręcanie historii i ciągłe odwoływanie się do tego, jacy my, Polacy jesteśmy. Tacy właśnie w gorącej wodzie kąpani? Ze wszystkimi sąsiadami i członkami najbliższej rodziny potrafimy się pokłócić? Porównajmy te zachowania ze zwykłymi ludzkimi zachowaniami w bloku, kamienicy, a nawet w rodzinie. Każdy ma swoje zdanie i kiedy następują trudne czasy, konflikty się wzmagają. Proszę mi przypomnieć, czy chociaż jeden konflikt dało się rozwiązać krzycząc i wyzywając? Krzycząc, by zagłuszyć zdanie innego. Rzucając mięsem i obelgami na innego, który dąży do zmian? Podnosi się poziom histerii, mózg nie przyjmuje bodźców. Co dalej?

Jeżdżąc po tych wszystkich wioskach na ogromnym terenie Podola i Wołynia, nieustannie w głowie kołacze mi myśl: gdyby nasi przodkowie bez ustanku rozdrapywali stare rany, czy odrodziłaby się przynajmniej jedna miejscowość po tylu zniszczeniach od czasów Dżyngis-chana aż do końca XVIII wieku?

Proszę zauważyć, że my mieszkający tu Polacy tych ran nie rozdrapujemy, nie robimy z tego sensu naszego życia. Tak robią ci, którzy są bezpieczni, bo nie są tu, z nami, na co dzień. Być może dla nich, jest to ucieczka od własnych problemów, które mają na miejscu. Nie podoba mi się tylko, że odbywa się to naszym kosztem. Nie opuszcza mnie wrażenie, iż nasz głos w ogóle się tu nie liczy. Bo nie o nas, pozostających tu w tym chodzi. Co więcej, słyszę nawet takie teksty: „co wy tam, na Kresach macie do powiedzenia! My, z daleka, wiemy lepiej”.

Warto żeby wszyscy ci, którzy dziarsko wykrzykują swoje tezy i uwagi pamiętali, że szkodzą nie tylko Polakom mieszkającym we Lwowie, Stanisławowie, Winnicy czy Płoskirowie. Szkodzą wszystkim naszym dotychczasowym dokonaniom. Szkodzą instytucjom i osobom, które budują tu pamięć. Granica absurdu jest naprawdę bardzo cienka.

Dziękujemy wszystkim tym, którzy udzielili nam wsparcia, wierząc, że kraj w którym mieszkamy może i chce się zmienić.

Alina Wozijan
Tekst ukazał się w nr 4 (200) za 28 lutego-17 marca 2014

X