„Bądź dla nich dobry”

„Bądź dla nich dobry”

Wincenty Dębicki urodził się w 1937 roku w Busku koło Lwowa.

W 1945 roku został wraz z rodziną przesiedlony do Gdańska. Po ukończeniu studiów na Wydziale Transportu Morskiego Uniwersytetu Gdańskiego w 1960 roku podjął pracę w Przedsiębiorstwie Spedycji Międzynarodowej C. Hartwig w Gdyni. Pracował w przedsiębiorstwach związanych z gospodarką morską. Pracę w dyplomacji rozpoczął w 1987 roku jako attaché w Ambasadzie RP w Kolumbii. W roku 1991 podjął pracę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych RP. W 1997 roku rozpoczął pracę jako konsul ds. polonijnych w Konsulacie Generalnym RP we Lwowie. W roku 2000 przez krótki okres pełnił obowiązki kierownika placówki. Obecnie na emeryturze.

Do pracy w Konsulacie Generalnym RP we Lwowie, na stanowisko konsula ds. polonijnych, zostałem skierowany w 1997 roku. Przejmując obowiązki od konsula Zbigniewa Misiaka, miałem zaledwie kilka dni na zapoznanie się z dokumentacją i rozmowy z kilkunastoma działaczami środowisk polskich. Konsul Misiak cieszył się doskonałą opinią wśród tutejszych Polaków. Był bezpośredni, komunikatywny i bardzo dobrze zorientowany w problemach nurtujących polskie środowiska działające w naszym okręgu konsularnym. Ponieważ nie miałem cech swojego poprzednika, obawiałem się różnego rodzaju trudności. Przy pożegnaniu zapytałem kolegę, jak mam sobie w tym środowisku radzić. Otrzymałem wówczas krótką i pouczającą odpowiedź: „Bądź dla nich dobry”.

Formalnie było nas trzech konsulów (obsada zakładała cztery etaty), mieliśmy określone zakresy obowiązków, ale zmieniające się ciągle warunki zmuszały nas do permanentnej improwizacji. Do mojej nowej pracy przystąpiłem z dużym entuzjazmem i zaangażowaniem. Chciałem działać, pomagać, jednocześnie zdawałem sobie sprawę z różnego rodzaju ograniczeń. Chciałem być przydatny i dobry, ale było to niezwykle trudne, bowiem pracowaliśmy w dość złożonych warunkach. Uznałem, że najpierw powinienem poznać osoby zaangażowane w podtrzymanie i krzewienie polskości w lwowskim okręgu konsularnym, od tego więc zacząłem. Najważniejsze dla mnie były osoby działające w Towarzystwie Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej i Związku Polaków na Ukrainie.

Bardzo ważną rzeczą była sprawa związana z rozpoznaniem warunków nauczania języka polskiego. W związku z rozpoczynającym się nowym rokiem szkolnym należało zaopatrzyć punkty nauczania języka w stosowne podręczniki, książki, mapy i inne pomoce dydaktyczne. Wstępne rozpoznanie już mieliśmy, powoli więc akcja rozwijała się i zataczała coraz szersze kręgi. Po roku pobytu we Lwowie udało się podpisać umowy z miejscowymi władzami w sprawie budowy przez stronę polską trzech szkół: w Strzelczyskach, Mościskach i Gródku Podolskim. Wiem, że było to możliwe dzięki determinacji i wsparciu miejscowych działaczy polskich, a także dzięki środkom finansowym, przekazanym przez Wspólnotę Polską. Działy się przy tej okazji rzeczy dość groteskowe. Jako anegdotę mogę tu wspomnieć, że odpowiednie władze obwodowe zażądały zbudowania przy szkole w Strzelczyskach bunkra przeciwatomowego, co było wymagane stosownymi przepisami byłego ZSRR. Miejscowe władze specjalnie nie naciskały, jednak na tę budowę i zgodziły się ostatecznie na obiekt zastępczy. Zbudowaliśmy go. Był to magazyn na sprzęt sportowy dla dzieciaków.

Uroczystości 81. rocznicy bitwy pod Zadwórzem, 17.08.2001 (Fot. ze zbiorów Macieja Krasuskiego)Poza takimi obiektami wspierano tworzenie punktów nauki języka polskiego w systemie szkół sobotnio-niedzielnych. Początkowo nauka prowadzona była przy miejscowych parafiach, a w miarę pozyskiwania lokali przenoszono ją do pomieszczeń organizacji polskich. Tak było w miejscowościach: Żółkiew, Równe, Łuck, Chmielnicki, Stryj. Czasem udawało się uzyskać dostęp do pomieszczeń miejscowych szkół: Drohobycz, Złoczów, Mościska. Do otwartych punktów nauczania języka przyjeżdżali również delegowani z Polski nauczyciele. Było sporo zapału dla zorganizowania pracy z dziećmi, myślę jednak, że efekty tego były mniejsze niż oczekiwano. W wielu wypadkach miejscowi działacze mieli własne pomysły na nauczanie, nie zawsze zgodne z sugestiami Konsulatu.

W niektórych przedsięwzięciach działacze byli nastawieni na realizację własnych potrzeb czy ambicji. Dawało się to zauważyć przy różnych spotkaniach, zwłaszcza wyborach do władz organizacji polskich. Niestety dochodziło też do rozłamów, z ewidentną szkodą dla organizacji. Były oczywiście dobre przykłady aktywności. Prezesem Uniwersytetu Trzeciego Wieku wybrano Henrykę Harazdę, początkowo ostro krytykowaną czy wręcz zwalczaną, która potrafiła jednak stworzyć aktywny, zdyscyplinowany i sprawnie działający zespół.

Pewien niedosyt budziła sprawa organizowania wyjazdów na kolonie oraz kwestia naboru kandydatów na studia w Polsce. Odnośnie kolonii, dysponowaliśmy zbyt małą liczbą miejsc, co powodowało czasami zrozumiałe niezadowolenie. Spotkałem się więc kiedyś z sytuacją, w której z wyjazdu zrezygnowała cała grupa, ponieważ proponowałem tylko kilka kart, podczas gdy żądano ode mnie dwa razy tyle. Argumentowano to tym, że zbyt mała ilość kart (tym samym miejsc) spowoduje rozpad grupy. Jeżeli chodzi o studia, wiele osób podejmowało naukę na kierunkach zupełnie nieprzydatnych w miejscu ich zamieszkania. Po studiach absolwenci nie wracali więc na Ukrainę, nie mogąc podjąć pracy ani jakiejkolwiek działalności w środowiskach, z których się wywodzili.

Podczas pracy we Lwowie wielokrotnie wyjeżdżałem w teren na imprezy organizowane przez Polaków. Były to festiwale, konkursy i tym podobne przedsięwzięcia. Powinny one dawać obraz dorobku i aktywności Polaków z danej miejscowości, różnie to jednak rozumiano. Kiedyś na przykład wynajęto salę, w której odbył się występ miejscowego zespołu – z ukraińskiego teatru (operetki). Poza częścią widowni, złożonej z Polaków, występ nie miał żadnych polskich akcentów.

Przez cały pobyt we Lwowie sprawą zasadniczą była kwestia odbudowy Cmentarza Orląt. Jak wiadomo, interesowała ona zarówno najwyższe władze polskie, jak i ukraińskie. Choć formalnie kwestia ta nie leżała w moim zakresie obowiązków, to jednak byłem wielokrotnie włączany do rozmów, a także interwencji w trudnych sytuacjach. Przy odbudowie cmentarza dochodziło do różnorodnych incydentów, w tym także niszczenia i dewastacji już odbudowanych jego elementów. Negatywną rolę odgrywał tu dyrektor Cmentarza Łyczakowskiego, pan Ihor Hawryszkiewicz, który utrudniał nasze działania, jak tylko mógł. Aktywnie przeciw tej inicjatywie występowała też nacjonalistyczna grupa młodzieży z UNA-UNSO (Ukraińskie Narodowe Zjednoczenie – Ukraińska Narodowa Samoobrona) związana z Andrijem Szkilem, późniejszym posłem do ukraińskiego parlamentu. Była to dobrze zorganizowana grupa młodych ludzi, która dopuszczała się różnych prowokacji na odbudowywanym Cmentarzu Orląt – jak choćby niszczenie balustrad i tralek, pamiątkowych tablic i napisów. Moja pozycja była dość trudna, gdyż występowałem sam, z paszportem dyplomatycznym, a naprzeciw mnie stała grupa dwudziestu, trzydziestu młodych, wrogo nastawionych ludzi. Obecni tam funkcjonariusze milicji ukraińskiej zachowywali się biernie.

Ważną, ale mało wyeksponowaną działalnością Konsulatu była weryfikacja liczby uczestników wojny 1939 roku oraz czynności związane z przyznawaniem im z tego tytułu odznaczeń wojskowych, wreszcie także pomocy materialnej. Akcję tę rozpoczęto przed moim przyjazdem; objęła w sumie około sześciu tysięcy osób. Z każdym ubiegającym się o weryfikację przeprowadzano praktyczne kilka spotkań. Podstawową pracę wykonywała tu pani Luda Wojtenko. Czynności związane z weryfikacją wymagały dużego taktu i zrozumienia, gdyż dotyczyły spraw sprzed kilkudziesięciu lat i ludzi już w podeszłym wieku, często schorowanych i biednych. Oceniając tę akcję, mogę stwierdzić, że osoby ubiegające się o przyznanie odznaczeń i rent z dużą sympatią wspominały swoją służbę w Wojsku Polskim i na różny sposób wyrażały swoją wdzięczność za uznanie ich zasług. Myślę, że były to oceny szczere. Prowadzona akcja nie była jednak, w moim mniemaniu, w dostatecznym stopniu wykorzystana informacyjnie i propagandowo przez nasze władze.

Druga wizyta we Lwowie marszałka Sejmu RP Macieja Płażyńskiego (Fot. z archiwum Wincentego Dębickiego)

Z historyczną przeszłością wiążą się dla mnie dwie ważne sprawy. Piętnastego sierpnia każdego roku, w Zadwórzu odbywają się uroczystości rocznicowe związane z walkami Wojska Polskiego z Armią Czerwoną w 1920 roku. W uroczystościach tych biorą udział duże grupy Polaków, a także harcerze z Przemyśla, którzy pełnią funkcje honorowe. Część poległych żołnierzy pochowana jest na cmentarzu w Busku. W 2000 roku składałem jako konsul hołd poległym. Bardzo przeżyłem tę uroczystość, gdyż na tym cmentarzu znajdują się również groby moich przodków.

W tym czasie miałem też zaszczyt wręczenia panu Eugeniuszowi Cydzikowi, prezesowi Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie, nominacji na pierwszy stopień oficerski.

W okresie letnim teren okręgu konsularnego odwiedzany jest przez wielu Polaków. Jesienią 1997 roku, we wrześniu bądź październiku, pilotowałem wizytę takiej grupy – ponad czterystu osób. Stanowili ją byli żołnierze 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, którzy po wielu latach znów przemierzali trasę swoich wojennych przemarszów. Ich podróż spotkała się z dużym zrozumieniem obywateli i władz ukraińskich, pozwolono między innymi na przejazd przez granicę kilku osobom bez ważnych dokumentów.

Niedaleko Łucka, w Kostiuchnówce, znajduje się kwatera – cmentarz wojskowy, odrestaurowany podczas wakacyjnych biwaków przez harcerzy ze Zgierza. Obok kwatery jest dobrze zachowany stary pomnik poświęcony walkom prowadzonym przez Legiony Polskie w latach 1915–1916 oraz upamiętniający wizytację tego miejsca przez marszałka Józefa Piłsudskiego w 1916 roku.

Wiele miejsc upamiętnia polską obecność na tych terenach. W związku z rocznicami i świętami składaliśmy kwiaty i wieńce w miejscach walk oraz na grobach poległych i zamordowanych. Były też zdarzenia nietypowe. W sierpniu 2001 roku konsul generalny Krzysztof Sawicki zaprosił do Lwowa orkiestrę wojskową garnizonu lubelskiego. Po pierwszym koncercie jechaliśmy na kolejne występy do miejscowości Szkło. Po drodze ktoś wspomniał, że w pobliżu znajdują się polskie groby wojskowe z 1939 roku. Zatrzymaliśmy autokar aby je nawiedzić. Cała grupa przeszła kilkaset metrów, na skraj lasu, pod pomnik. W pewnej chwili, dla mnie zupełnie niespodziewanie, trębacz orkiestry zagrał kilka melodii wojskowych. Było to niezmiernie wzruszające. W tak nieoczekiwany sposób została uczczona pamięć żołnierzy poległych w walkach z Niemcami.

Kilkakrotnie miałem okazję brać udział w spotkaniach i uroczystościach organizowanych przez ambasady bądź konsulaty innych państw. Kiedy w 1997 roku przyjechałem do Lwowa, działał tu tylko konsulat polski i rosyjski, szybko jednak powstawały przedstawicielstwa innych państw. Wymagało to z naszej strony nawiązywania stosownej międzynarodowej współpracy.

Zapraszano nas na spotkania w innych rejonach, między innymi na węgierskie święto narodowe do Użhorodu. Chociaż był to rejon odległy, byliśmy zainteresowani nawiązaniem kontaktów, gdyż w stronach tych dosyć aktywnie działało polskie środowisko. Rozmawiając z węgierskim konsulem, pytałem o jego kontakty z Polakami. Spotkała mnie wówczas dość w istocie zabawna odpowiedź. Pan konsul w bardzo agresywny sposób odpowiedział, że nie chce nas znać ani mieć z nami w czymkolwiek do czynienia. Zaintrygowany próbowałem wyjaśnić problem. Otrzymałem prostą odpowiedź: „Moja teściowa jest Polką”. W imię dobrych stosunków, starałem się załagodzić ten poważny konflikt.

We Lwowie działa środowisko żydowskie, jednak Żydzi przybywający z zagranicy różnymi drogami, docierali bezpośrednio do naszego konsulatu. Brałem udział między innymi w uroczystościach odsłonięcia pomnika Żydów pomordowanych przez Niemców w pobliżu Stryja. Prawdę mówiąc, organizowałem przewóz elementów obelisku przez granicę polską na miejsce montażu. Podobnie było z renowacją cmentarza żydowskiego w Starym Samborze. Na terenie Lwowa przebywał wraz z rodziną pan Lehman, dyrektor Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Ponieważ pochodzi z tutejszych terenów, prosił o umożliwienie odwiedzenia kilku miejsc związanych z jego rodziną.

Pod pomnikiem legionistów na cmentarzu w Czortkowie (Fot. z archiwum Wincentego Dębickiego)W miarę upływu czasu poznawałem ludzi i ich problemy. Starałem się pomagać im w miarę moich możliwości. Często odwiedzałem różne miejscowości, przywożąc książki, pomoce dydaktyczne, a także sprzęt ułatwiający pracę kółek zainteresowań. Dzięki współpracy z przedstawicielami Wspólnoty Polskiej, Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, a także z grupami Polaków z kraju, udawało się uzyskiwać wieloraką pomoc, w tym także finansową dla polskich organizacji. Te formy działania, jak się później zorientowałem, nie zawsze były właściwie wykorzystywane. W niektórych przypadkach dublowaliśmy się, co powodowało, że jedni, bardziej aktywni, otrzymywali środki i sprzęt, który nie zawsze był efektywnie wykorzystywany. Stąd też na pewnym etapie uznałem, że należy nie tylko być darczyńcą, ale trzeba kontrolować sposób wykorzystywania przekazywanych środków i materiałów.

W różny sposób staraliśmy się zabezpieczać polskie pamiątki, których istnienie zgłaszali nam Polacy. Między innymi udało nam się przejąć (bądź spowodować zabezpieczenie) kilka tablic pamiątkowych. Niektóre z tablic przekazano do Polski, inne, na przykład Franciszka Smolki, pozostawiono na swoim, historycznym miejscu. W kilku wypadkach udało się odsłonić skromne tablice wskazujące na powiązania tych ziem z Polakami i polskością. Dotyczy to – między innymi tablicy poświęconej profesorowi Rudolfowi Weiglowi (w Uniwersytecie Medycznym we Lwowie), tablicy księdza Stanisława Staszica w Dubnem i wielu innych.

Nie udało się, niestety, za mojej obecności odsłonić tablicy poświęconej Marianowi Hemarowi, ufundowanej przez panią Władę Majewską z Londynu. Tablicę tę przejąłem osobiście w Warszawie i dostarczyłem do Lwowa. Prawdopodobnie została umieszczona w kościele pw. św. Antoniego na Łyczakowie. Włada Majewska była też zainteresowana pokryciem kosztów renowacji pomnika Jana Kilińskiego w parku Stryjskim, ale niestety udało się przeprowadzić jedynie wstępne rozpoznanie kosztorysowe.

Nie udała się również próba odnowienia pomnika Ułanów Jazłowieckich na cmentarzu w Czortkowie. Sprawą było żywotnie zainteresowane miejscowe środowisko Polaków, jednak opieszałe działanie konserwatorów z Polski spowodowało w końcu zaniechanie prac.

Wizytując środowiska i organizacje polskie, często korzystałem z pomocy miejscowych księży. Pomagaliśmy sobie wzajemnie w różny sposób. Na przykład przewoziłem dla nich różne sprzęty, materiały szkolne i tym podobne potrzebne drobiazgi. Kiedyś, będąc w Łucku, zwiedzałem katedrę. Przysłuchiwałem się grze na organach. W pewnym momencie organista, przestawszy grać, podszedł do mnie i zaczął oprowadzać po świątyni. Dopiero po dłuższej rozmowie zorientowałem się, że oprowadzającym i organistą w jednej osobie jest ubrany po cywilnemu ksiądz biskup Marcjan Trofimiak.

Przed przyjazdem do Lwowa Jana Pawła II przeprowadzane były prace renowacyjno-konserwatorskie w prezbiterium katedry lwowskiej. Miałem zaszczyt być członkiem komisji odbierającej wykonanie tych prac.

W tym okresie aktywnie współpracowałem z przedstawicielami Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Edukacji Narodowej. W Krzemieńcu prowadzone były wówczas z władzami ukraińskimi rozmowy w sprawie utworzenia muzeum w dworku Słowackiego. W sprawę zaangażowani byli również miejscowi Polacy, między innymi Jadwiga Gusławska. Podczas jednego ze spotkań z panią Gusławską zatelefonował do mnie redaktor Marian Zacharczuk z Radia Zamość. W trakcie rozmowy zapytałem go, czy jest w stanie zorganizować akcję na rzecz wsparcia remontu tego obiektu. Uzgodniliśmy, że Radio Zamość przeprowadzi zbiórkę środków na wykonanie stosownej tablicy pamiątkowej. Niestety, mimo naszej instrukcji, tablica została wykonana z błędami i nie nadawała się do ekspozycji. We Lwowie tablicę przekazano do kamieniarza z prośbą o korektę napisu. W efekcie tego wykonano na odwrocie kamienia poprawny w treści i formie napis, a tablicę ostatecznie odsłonięto na frontowej ścianie muzeum.

Sympatycznie wspominam kontakty ze środowiskiem naukowców, między innymi z Krzemieńca, Ostroga (rektor Igor Pasicznyk, mąż Jadwigi Pasicznyk – działaczki polskiej w Równem i nauczycielki języka polskiego w tym mieście), Tarnopola, Drohobycza, Stanisławowa i oczywiście Lwowa. Na Uniwersytecie Lwowskim organizowano sympozja naukowe i panele poświęcone różnym rocznicom i stosunkom ukraińsko-polskim. Byłem też zaproszony na obchody związane z rocznicą powołania we Lwowie korpusu kadetów (obecnie uczelnia wojskowa). Jedna z sal wystawowych była poświęcona korpusowi w latach 1919–1939.

Na podstawie materiałów MSZ w 1998 i 1999 roku zorganizowano prezentowaną we Lwowie (w trzech miejscach) oraz Łucku i Tarnopolu wystawę dotyczącą współpracy politycznej Piłsudskiego i Symona Petlury. Z wystawą związane były dyskusje naukowe. W Tarnopolu ostrzegano mnie przed możliwością zakłócenia imprezy przez miejscowych nacjonalistów, jednak zarówno spotkania, jak i dyskusja odbyły się na szczęście w spokojnej i rzeczowej atmosferze. Ważną rolę w organizacji tej wystawy i związanych z nią spotkań odegrał profesor Henryk Stroński, miejscowy działacz polonijny i wykładowca uniwersytetu w Tarnopolu.

Dla miejscowych Polaków duże znaczenie miały wizyty władz polskich i związane z tym spotkania w terenie. Mam tu na myśli kilkakrotne przyjazdy marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego, marszałka Senatu Alicji Grześkowiak, ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, prezesa „Wspólnoty Polskiej” Andrzeja Stelmachowskiego i innych. Możliwość wizytowania wielu miejscowości i spotkań z członkami organizacji polskich pozwalała na poznanie warunków życia i potrzeb Polaków.

W okresie wakacyjnym we lwowskim okręgu konsularnym przebywały na stażach i wycieczkach grupy studentów z Polski. Były to między innymi grupy historyków i archeologów z własnym programem pobytu, niemniej konieczne było włączenie się w ich sprawy poprzez udzielenie im opieki konsularnej (grupa archeologów miała duże problemy z ukraińskimi władzami celnymi).

Niezwykle ważna dla kultury lwowskiej instytucja to – Polski Teatr Ludowy, dający przedstawienia zarówno dla miejscowych Polaków, jak i turystów przyjeżdżających z Polski. Często bywałem zapraszany na ich przedstawienia. Zdarzało mi się też (nie wchodząc w kompetencje dyrektora Chrzanowskiego) kierować grupą aktorów – dosłownie, bo… siedząc za kierownicą samochodu.

Powyższe i inne sprawy związane z ponad czteroletnim okresem pracy w konsulacie były moim osobistym udziałem. Myślę, że udało mi się zrealizować sporo celów, które stawiałem sobie na początku pobytu we Lwowie. Wiedziałem, że nie ma tu Polonii, a są Polacy i zgodnie z sugestią mojego poprzednika starałem się podchodzić do spraw w sposób rzetelny, a przede wszystkim ludzki.

Myślę, że udało mi się w jakimś stopniu zdobyć zaufanie środowiska polskiego. Miałem na ogół bliskie i dobre kontakty z działaczami w poszczególnych miejscowościach. W wielu wypadkach spotykałem się z różnymi potrzebami, a najbardziej przykrym było ujawnianie autentycznej biedy, pokrywanej serdecznością i gościnnością. Dzięki kontaktom z kolegami z LOT i PKP, a także pomocy „Wspólnoty Polskiej” niejednokrotnie udawało się nam zdobyć trochę dodatkowych środków, aby choć częściowo pomóc szkołom, Radiu Lwów czy „Gazecie Lwowskiej”.

Mam dużo dobrych wspomnień ze Lwowa, niemniej trudno jest oceniać samemu własną pracę w Konsulacie. Pokusiłem się o to dopiero po powrocie do kraju. Najgorszym było uczucie, że pod koniec swego pobytu we Lwowie zacząłem się trochę gubić i popełniać błędy. Niektóre z nich wynikały z nawału pracy, gdyż przez okres dwóch czy trzech miesięcy byłem w placówce jedynym konsulem. Jestem przekonany, że gdyby nie pomoc ze strony koleżanek i kolegów pracujących w Konsulacie, mogło być znacznie gorzej.

Przed powrotem do kraju, w czasie jednej z rozmów z panią Jadwigą Pechaty, pytałem o wskazanie błędów, jakie popełniłem przy ocenie sytuacji Polaków mieszkających na Ukrainie. Odpowiedź była bardzo prosta: że trudno mi jest zrozumieć i poznać sprawy przez krótki w istocie okres czterech czy pięciu lat. Widzę je oczyma urzędnika, zaś wyjeżdżając, pozostawiam wszystko za sobą – a Polacy z problemami pozostają. Dlatego też swoim następcom, współpracującym z polskimi organizacjami, radzę być ludzkim i wyrozumiałym, a jednocześnie rzeczowym i konkretnym.

Jeżdżąc służbowo po terenie lwowskiego okręgu konsularnego, nie miałem czasu na poznanie wielu miejsc historycznych. Dziś, podczas prywatnych wycieczek, chętnie nadrabiam te zaległości.

Czasem na trasie przejazdu spotykam ludzi, z którymi pracowałem. Spotkania te są miłe i serdeczne. Chyba mnie jednak pamiętają – niemniej żal, że niektórych spraw nie udało się załatwić tak, jak bym naprawdę chciał…

Wincenty Dębicki
Tekst ukazał się w nr 4 (200) 28 lutego-17 marca 2014

X