Moja „Duma o atamanie”

Moja „Duma o atamanie”

Zanim zdałem na wydział reżyserii, studiowałem kilka lat historię na Uniwersytecie Warszawskim. Moją pasją były zakłamane lub przemilczane karty polskiej historii XX wieku, szczególnie zwycięska wojna polsko-bolszewicka w 1920 i dzieje „idei prometejskiej” Józefa Piłsudskiego.

„Prometeizm” zakładał wyzwolenie spod sowieckiego jarzma narodów Ukrainy, Gruzji, Azerbejdżanu oraz innych narodów zniewolonych, by wspólnie z nimi i krajami bałtyckimi utworzyć sojusz geopolityczny.

Obecnie mamy sytuację, w której wiele z kluczowych założeń „prometeizmu” Marszałka zostało zrealizowanych, także dzięki śmiałym i dalekosiężnym działaniom zmarłego tragicznie Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, ale zagrożenie, które „prometeizm” upatrywał w imperializmie moskiewskim, pozostaje to samo…

Kiedy pod koniec lat 90. ubiegłego wieku podjąłem próbę realizacji filmu dokumentalnego o polsko-ukraińskim sojuszu przeciw bolszewikom, był to temat zupełnie nieznany szerszym kręgom zarówno w Polsce, jak i na Ukrainie. Co więcej, mimo wszelkich zmian i „transformacji” w naszym kraju – temat nadal niemile był widziany przez sporą część rządzącego ówcześnie establishmentu. Niechętnie też się do niego odniosła rządowa faktycznie Telewizja Polska. Nieoczekiwanie jednak zyskaliśmy z producentem – legendarnym twórcą niezależnego od cenzury, bo faktycznie podziemnego, wydawnictwa „Nowa”, Mirosławem Chojeckim – potężnego sprzymierzeńca, z którego wsparcia bez chwili wahania skorzystaliśmy.

Okazał się nim Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, który w ramach swojej polityki zbliżenia z Ukrainą, objął patronat nad powstającym filmem. Faktycznie zaś ten potężny protektorat zawdzięczaliśmy zainteresowaniu naszym tematem ówczesnego doradcy Kwaśniewskiego do spraw ukraińskich, pana Jacka Kluczkowskiego, do niedawna Ambasadora RP w Kijowie.

Wspierał nas też zaprzyjaźniony z Chojeckim Jerzy Giedroyć. „Książę Redaktor”, twórca legendarnej „Kultury” zgodził się osobiście wystąpić w naszym filmie, wypowiadając swoje credo: Wolność Polski niemożliwa jest bez wolności Ukrainy. Udzielone nam wsparcie Prezydenta oraz Redaktora Giedroycia z Paryża zmogło wreszcie opór TVP i mogliśmy przystąpić do pracy nad filmem. Scenariusz napisałem z ukraińskimi historykami młodszego pokolenia, podówczas doktorami, dziś profesorami Uniwersytetu Lwowskiego, Wiktorem Hołubką i Bohdanem Hudziem. Obaj znają doskonale język polski, specjalizując się właśnie w dziejach trudnego sojuszu Piłsudski-Petlura, co odzwierciedlały już pierwsze ich znakomite prace naukowe.

Współpraca z nimi – która wkrótce przekształciła się w szczerą, trwającą do dziś przyjaźń – przebiegała właściwie całkowicie bezkonfliktowo, co nie dziwi, gdy wyjawię, iż wszyscy trzej kierowaliśmy się w niej dewizą wielkiego pisarza polskiego, Józefa Mackiewicza: „Jedynie prawda jest interesująca”. Staraliśmy się więc ukazać całą prawdę, nie unikając spraw nieprzyjemnych, tak dla Polaków, jak i Ukraińców. W żartach wymyśliliśmy z Bohdanem Hudziem symbol nowego zbliżenia naszych dwóch narodów – obustronnie zaostrzony, pomalowany pół na pół na biało-czerwono i żółto-błękitnie – „pal pojednania”.

Symon Petlura (Fot. www.petlura.com.pl)

Właściwie jedyną kontrowersję stanowił wybór tytułu do filmu. Zaproponowane przeze mnie „Trudne braterstwo” nikomu się początkowo nie podobało, jednak po hucznej premierze filmu weszło do języka publicystyki polskiej, a często używane też było przez Prezydenta Kwaśniewskiego w wystąpieniach na tematy ukraińskie.

Mówiąc o hucznej premierze, miałem na myśli tę w Kijowie, bo w Polsce państwowa telewizja wyemitowała film o godzinie… 23.50!

W Kijowie natomiast odbyło się to z pełną pompą w historycznym budynku Rady, gdzie jednocześnie otworzono wystawę fotograficzną pod tymże tytułem, co film, przygotowaną wspólnie przeze mnie, operatora filmu, urodzonego w Czerniowcach austriackiego barona i polskiego patrioty – Franciszka Gorka i naszego znakomitego konsultanta wojskowego, historyka, autora wielu książek o Ukrainie, pułkownika WP Tadeusza Krząstka. Po projekcji filmu z tekstem nagranym po ukraińsku przez wybitnego śpiewaka operowego Andrija Szkurhana, na sali, zapełnionej ukraińskimi notablami, generalicją i wysokimi przedstawicielami Prezydenta Kuczmy, przez parę minut panowała głucha cisza. Już myśleliśmy, że wymyślony przez nas nowy symbol pojednania zostanie wypróbowany na nas, gdy wybuchły oklaski i owacja na stojąco…

Reakcja Ukraińców była dla wszystkich twórców filmu niezwykle ważna, gdyż postać Petlury – nie mówiąc już o Piłsudskim – była w sowieckiej (podobnie zresztą jak w peerelowskiej) pseudo-historiografii doszczętnie zakłamana i oczerniona. Chcieliśmy więc zarazem Polakom przypomnieć o jedynym sojuszniku w walce z nawałą bolszewicką, zapomnianym i faktycznie – według określenia Tadeusza Hołówki – zdradzonym w Rydze, a Ukraińcom ukazać postać ich prawdziwego bohatera narodowego, który o wolność swego kraju walczył wszelkimi sposobami i za tę walkę zginął na wygnaniu w Paryżu z ręki sowieckiego agenta Szwarcbarda.

Jerzy Giedroyć udostępnił nam z archiwów „Kultury” opis misji Jerzego Stempowskiego, podjętej z inspiracji Piłsudskiego, a polegającej na skłonieniu kół żydowskich do uczciwej oceny postaci Petlury podczas procesu jego mordercy, Szwarcbarda, który głosił, że to zabójstwo było sprawiedliwą odpłatą za pogromy żydowskie, rzekomo organizowane przez Atamana. Misja Stempowskiego zakończyła się niepowodzeniem, a morderca Petlury wyszedł z paryskiego „Pałacu Sprawiedliwości”(!) wolny od winy i kary. Do prawdy o pogromach, która była zupełnie inna, udało nam się dotrzeć w filmie, dzięki ukraińskim historykom, gdy uzyskali dostęp do tajnych przedtem archiwów sowieckiej bezpieki…

Jak wspomniałem, film miał w naszym zamierzeniu ukazywać trudną niekiedy dla obu stron prawdę, co nie znaczy, by miał być wypruty z emocji. Mnie osobiście szczególnie bolała niesprawiedliwość losu i niewdzięczność pamięci potomnych wobec Symona Petlury. Dlatego w końcówce filmu pojawia się piękny wiersz „Duma o atamanie”, napisany przez Zdzisława Kunstmana w 1936 roku „Cóż, ów dzień do dziś nie nastał”. Wiersz ten znalazłem w chronionych w Warszawskiej Bibliotece Narodowej zeszytach znakomitego „prometejskiego” pisma „Orient-Wschód” wydawanego w latach 30. przez młodych piłsudczyków. Pierwszym naczelnym redaktorem tego pisma był… Jerzy Giedroyć!

Przyznam się, że w owym czasie nic nie wiedziałem o autorze „Dumy o atamanie”, po prostu wiersz ten tak mi się spodobał, iż nie wyobrażałem sobie lepszego odeń zakończenia tak osobistego filmu. Po 12 latach od premiery filmu, chcę spłacić zaciągnięty wobec poety dług i pokrótce przedstawić czytelnikom „Kuriera Galicyjskiego” jego piękną postać.

Zdzisław Kunstman

Zdzisław Kunstman urodził się 27 stycznia 1909 roku w Łańcucie, gdzie też ukończył gimnazjum, na studia zaś wybrał się do Lwowa, z którym związał się na długo. W latach 1927-1933 studiował na Uniwersytecie Jana Kazimierza filologię polską, uzyskując stopień magistra, w międzyczasie kończąc filologię czeską na Uniwersytecie Karola w Pradze. Znał biegle czeski, słowacki i francuski.

Jeszcze w czasie studiów jego utwory zaczęły drukować lwowskie pisma „Słowo Polskie” i „Wiek Nowy”, a od 1933 współpracował także z tytułami warszawskimi – „Tygodnikiem Ilustrowanym”, „Ruchem Słowiańskim” oraz dwoma wydawnictwami „prometejskimi” – „Biuletynem Polsko-Ukraińskim” i „Orient-Wschód”. W 1935 roku wygrał konkurs lwowskiej rozgłośni Polskiego Radia na spikera i odtąd jego piękny, melodyjny głos uwodził lwowiaków na falach eteru.

Kunstman-spiker był tak dobry, że po paru latach ukradła go Lwowowi stolica. Odwdzięczył się jej we wrześniu 1939, gdy brał udział w obronie Warszawy, jako zmobilizowany podporucznik rezerwy. W czasie okupacji od początku działał w konspiracji, najpierw w ZWZ, gdzie między innymi redagował podziemne pismo „Odwet”, potem w Armii Krajowej. W ramach partyzantki akowskiej wraca w rodzinne łańcuckie strony, gdzie jako porucznik „Grottger” (!) jest szefem rozpoznania miejscowej Komendy Obwodu AK. Zarazem uczestniczy też w prowadzeniu podziemnego nauczania.

Po wojnie powraca do zawodu radiowca, pracując w rozgłośniach w Poznaniu i Bydgoszczy, którą zorganizował praktycznie od zera. Warto wspomnieć, że to właśnie Kunstman pierwszy odkrył radiowy talent Jeremiego Przybory, ściągając go do Bydgoszczy na spikera. A poza tym… czasy były nieciekawe, o przedwojennych „prometejskich” ideach nie było co marzyć, więc Zdzisław Kunstman postanowił się oderwać od ziemi. Dosłownie! Należał bowiem do pionierów sportu balonowego w bidnej i smutnej powojennej Polsce. W barwach Aeroklubu Poznań szybował w przestworzach i wielokrotnie zajmował miejsca na podium podczas różnorakich zawodów balonowych.

Zdzisław Kunstman był człowiekiem skromnym, a przedwojenną twórczością lepiej się było w owych czasach nie chwalić, dlatego w Peerelu nigdy nie wyszedł zbiór jego poezji, ale jeden wiersz zrobił tak oszałamiającą karierę, że dotrwał aż do czasów Internetu, przez który posyłają go sobie nawzajem Polacy w okolicach Gwiazdki, nie wiedząc najczęściej, kim był jego autor. Pozwólcie więc, drodzy Czytelnicy „Kuriera Galicyjskiego”, że pożegnam się słowami wiersza Zdzisława Kunstmana „W Dzień Bożego Narodzenia”.

Cóż, od premiery filmu (1998 r.) minęło już 12 lat, ale wydaje się, że nadal jest on aktualny przynajmniej z jednego powodu – wiedza na temat sojuszu Piłsudski-Petlura jest w obu naszych krajach nadal znikoma, a „idea prometejska” strategicznego sojuszu od Bałtyku do Kaukazu w obronie przed wciąż się odradzającym rosyjskim imperializmem nie zyskała takiego zrozumienia u rządzących tymi narodami, na jakie moim zdaniem zasługuje. Stąd wielce jestem wdzięczny organizatorom „Arki” za zaproszenie mnie wraz z moim filmem do cudnego Uniowa, gdyż dało to możliwość kontaktu dzieła i autora z młodym pokoleniem Ukraińców, od którego wiedzy historycznej zależeć będzie, czy nasze braterstwo przestanie wreszcie być trudne.

Jerzy Lubach
Tekst ukazał się w nr 1 (125), 14 – 27 stycznia, 2011

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X