Modliłem się za rannego i płakałem. Tak wyglądał mój czarny czwartek

Modliłem się za rannego i płakałem. Tak wyglądał mój czarny czwartek

Tam w Hotelu Ukraina robiłem zdjęcia zabitych. Niczego nie odczuwałem. Wyszedłem przed hotel. Zapaliłem papierosa. Zobaczyłem jak z hotelu wynoszą rannego z zabandażowaną głową, całą zakrwawioną. Gdy odwiozła go karetka, ścisnęło mnie za gardło i uświadomiłem, co się dzieje. Zacząłem się za tego rannego modlić i płakać.

Z Konradem Falęckim, fotoreporterem Gazety Polskiej rozmawiał Wojciech Jankowski.

Czy pamiętasz ile razy byłeś na Majdanie?
Pierwszy raz na Majdanie byłem 1 grudnia zeszłego roku.

Więc to dokładnie dzisiaj jest rocznica.
Tak, rocznica. A historia była dokładnie taka. Protesty zaczęły się tam tydzień wcześniej, więc ja mówiłem w redakcji, że trzeba jechać na Ukrainę. Ale w redakcji jakoś nie wyczuwano niczego. Dopiero, gdy 30 (listopada – red.) studenci na Majdanie zostali pobici, zmasakrowani, podjęto decyzję – jechać. Ale gdy stało się wiadome, że Kaczyński jedzie na Majdan, redakcja prawie dostała wścieklizny i nagle „wszyscy jedziemy na Majdan”. Pamiętam ten dzień. Była to sobota wieczór. Niedziela to był 1 grudnia. Siedziałem u kumpla pod Warszawą, przy winku. Mam wolny weekend. Aż tu telefon – Czy ja jadę na Majdan? – Ja mówię, przepraszam, już przed trzema dniami mówiłem, że trzeba tam jechać to nikt nie reagował. Ale po chwili namysłu postanowiłem jednak pojechać. Pojechaliśmy prywatnym samochodem w kilka osób. W Kijowie zdążyliśmy na początek wiecu, tuż przed przemową Kaczyńskiego. Jeszcze nie było tego Majdanu który znamy, nie było sceny. Był tylko samochód, na który po kolei wszyscy wychodzili i przemawiali. W tym i Jarosław Kaczyński. Zrobiłem tam kilka zdjęć. Ale od młodych ludzi dowiedzieliśmy się, że na Bankowej jest demonstracja. Ruszyłem tam i to były moje pierwsze godziny na Majdanie.

Czy pamiętasz wrażenie? Czego się spodziewałeś?
Niczego się nie spodziewałem. Nie byłem wcześniej w Kijowie. Na Ukrainie zawędrowałem najdalej do Chocimia i to przed chyba dziesięciu laty. Właściwie niczego się nie spodziewałem. Nie byłem tam podczas pomarańczowej rewolucji. Nie wiedziałem jak wygląda Kijów. To co zobaczyłem wyglądało zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Trudno było mi ogarnąć tę masę ludzi na Majdanie – pół miliona, czy milion ludzi. Na Bankowej, która jest dość szeroką ulicą, było chyba około 20 tysięcy.

Spotkałem tam kumpla z Polski – Tomka Piechala, dziennikarza. Pracowaliśmy kiedyś razem w telewizji. Czuł się dość słabo, bo poprzedniej nocy został pobity wraz ze studentami, dostał dość solidnie po głowie. Było to zaskakujące, bo w Polsce nie widziałem go od dłuższego czasu, aż tu raptem w Kijowie.

Czy spodziewałeś się tu jakiś zamieszek?
Nie miałem żadnych wyobrażeń. To co zobaczyłem na Bankowej to tak mnie podnieciło, że pomyślałem: „Jak oni pięknie walczą. Jak mi się to podoba”. W Polsce w stanie wojennym byłem kilkunastoletnim chłopakiem i te czasy ostrych zadym pamiętam raczej słabo. Tu dotknąłem tego na żywo i przywiozłem z tego dobry materiał.

Co przywiozłeś?
Zdjęcia. Głównie z tej ostrej zadymy. Ludzie miedzy sobą spierali się czy atakować milicję pod siedzibą prezydenta. Pojawił się wtedy Poroszenko, o którym nie wiedziałem nic, kto to jest. Był on tam od samego początku i to jest znaczące, bo później w czasie swoich sześciu pobytów w Kijowie widywałem go stale.

Czy jesteś w stanie ocenić ile czasu spędziłeś na Majdanie?
Trudno powiedzieć, ale myślę, że w ciągu tych trzech miesięcy około sześciu tygodni. Jakoś tak. Ten pierwszy pobyt 1 grudnia to był w zasadzie kilkunastogodzinny. Ale już 6 grudnia wróciłem na tydzień czy dziesięć dni. Następnie przyjechałem w styczniu, potem w lutym.

Kontynuujmy o Poroszence.
W każdych istotnych sytuacjach, które widziałem, on był. Nie mówię o jego wystąpieniach ze sceny Majdanu, bo rzadko występował. Zawsze stał w drugim szeregu, ale był tam gdzie potrzeba. Tak było 1 grudnia i dla mnie to jest znaczące. Wtedy młodzi ludzie, radykalnie nastrojeni zaczęli walczyć z milicją, z Berkutem, gdy z jednej strony leciały granaty hukowe i gazowe, a z drugiej cegły i koktajle Mołotowa. To było dla mnie piękne. Ważne było to, jacy są nieustępliwi, jacy zorganizowani. Dopiero później zorientowałem się kto to był. Niektórzy mieli oznaczenia – strzałka w górę na sztandarach czy na żółtych opaskach na ramieniu – była to organizacja Młodych Patriotów Ukrainy, jedna z kilku radykalnych organizacji. Dla mnie 1 grudnia – to była ewidentna chęć odwetu, pokazania, że młodzi ludzie walczą. Nie wiem czy wśród nich byli studenci, ale po prostu masa młodych ludzi chciała się bić z milicją. No i bili się na Bankowej. Tak wyglądał dzień 1 grudnia.

Ze zdjęć z tych dni możemy zobaczyć, jakie były techniki walki.
Kilku chłopaków, chcąc przepchnąć policję, która używając granatów hukowych i gazowych miała na sobie maski przeciwgazowe, stosowało sprawdzoną technikę. Jeden podchodził do milicjantów i ciągnął ich za maskę przeciwgazową, a drugi w tym czasie farbą w spreju zamalowywał mu szybę hełmu i twarz. żeby milicjant stracił widoczność.

Milicja używała również gazów łzawiących. Chociaż wtedy wiał wiatr, to raz byłem dość mocno zagazowany. W czasie ataku gazem ludzie po prostu kucali i wiatr ten gaz przewiewał nad nimi. Mam takie zdjęcie tłumu w kaskach, goglach, z twarzami zasłoniętymi szalikami – wszyscy wyglądają jak narciarze na stoku. Miałem wrażenie, że ten gaz był słabszy od tego, używanego w Polsce, o ile pamiętam. Ale to chyba za sprawą tego wiatru. Ale raz tak dostałem, że musiałem się wycofać, bo nic nie widziałem, co dzieje się wokół, a wtedy rozpoczął się atak Berkutu i dzięki temu uratowałem zdrowie. Jestem o tym przekonany. Kilka tygodni później poznałem chłopaka, ukraińskiego fotoreportera, który był w tym samym miejscu co ja. Przeleżał kilka tygodni w szpitalu, bo miał poważne obrażenia wewnętrzne po ataku Berkutu. Jak go spotkałem w styczniu, to miał jeszcze problemy z żołądkiem. Zostało tam wtedy rannych dużo osób i dużo osób zatrzymano.

Czyli byłeś w miarę blisko, żeby i ciebie poturbowano?
Byłem bardzo blisko. Uratowało mnie to, że się wycofałem po ataku gazowym. Później wróciłem i zrobiłem kilka zdjęć, jak Berkut atakuje ludzi z całą brutalnością.

Wspomniałeś o swojej młodości i o skojarzeniach z okresu stanu wojennego…
Miałem bardzo silne skojarzenia, bo byłem silnie zaangażowany w Grupy Oporu w latach 80. Może nie pamiętam samych zadym, ale pamiętam te lata, lata walki z komuną. To we mnie tkwiło zawsze. Było nas kilkunastu znajomych chłopaków z liceum i tworzyliśmy grupę, która rozrzucała ulotki, kolportowała prasę, nadawała audycje radia Solidarność. „Bawiliśmy” się w dość poważną konspirację wykonując mały sabotaż. Bardziej utkwiły mi w pamięci te skojarzenia, niż same walki i zadymy.

Czy byłeś w jakiejś większej strukturze, czy była to grupa samodzielna?
Przez naszą grupę przewinęło się kilkudziesięciu chłopaków. Początkowo byliśmy związani z regionem solidarności Mazowsze przez Teodora Klincewicza. Później nasza grupa odeszła do grupy twórcy m. in. Tygodnika Wojennego i II program Radia Solidarność, Andrzeja Federowicza. W tej grupie robiliśmy wiele akcji aż do 1989 roku.

Po tych skojarzeniach mogłem ocenić to, co zobaczyłem na Bankowej, jak młodzi ludzie potrafią walczyć o siebie.

Wracając do Warszawy złapałeś coś w rodzaju uzależnienia…
Początkowo nie, ale później tak. Ten pierwszy, kilkunastogodzinny pobyt w Kijowie, później kolejny 6 grudnia i dopiero wtedy zauważyłem zmiany: jak z niczego powstaje małe państwo w państwie, ta organizacja i to co się tam dzieje – to mnie fascynowało, dotykało się takiej prawdziwej rewolucji. Nie bawiłem się wtedy w oceny, czy to jest rewolucja czy nie, ale gdy widzisz barykady, parę tysięcy ludzi, którzy siedzą tam dzień w dzień, to tak to odbierasz. Nie zastanawiałem się ile osób się tam przewinęło, ale myślę, że średnio około 5 tys. ludzi codziennie. Liczyłem też ile to mogło kosztować. Zakładając 5 tys. ludzi przez 90 dni i przez, powiedzmy, 30 złotych stawki wyżywieniowej, to wychodzi mi około 3-4 mln dolarów. Za samo tylko jedzenie, plus prąd, plus scena, opał, to niech będzie około 5-6 mln dolarów za utrzymanie Majdanu przez ten okres. Myślę, że nie jest to duża kwota dla oligarchów i opozycji jak na warunki ukraińskie.

Jednak te początki Majdanu były autentyczne i należy oddzielić je od sfery politycznej, gdzie interesy są już całkiem inne. Często podkreślaliśmy to, że Majdan poza sceną jest zupełnie inny, zupełnie są inne oczekiwanie społeczeństwa, niż to co dzieje się w sferze polityki i układów z Janukowyczem. Zresztą tzn. liderzy nigdy nie schodzili ze sceny do ludzi, a Kliczko dostał po „twarzy” w czasie wydarzeń na Hruszewskiego. Miałem takie wrażenie, ale nie analizowałem tego, bo latałem z aparatem, stad mój obraz Majdanu jest taki czysto fotograficzny, dokumentalny, a nie analityczny. Ale tak było.

Te postacie ze sceny występowały jedynie tam. Kliczkę widziałem raz na Hruszewskiego obok stadionu Dynamo i został on stamtąd wypchnięty.

Kilka ważnych momentów, których byłeś świadkiem?
To było od 8 po 12 grudnia, kiedy był szturm na Majdan. Nie byłem od samego początku szturmu. Byłem tam dopiero później, bo mieszkaliśmy z Wojtkiem Muchą, kolegą redakcyjnym, jakieś 12 km od centrum. Pojechaliśmy do domu około 12, a o 2 w nocy dzwoni do mnie przerażona Agata Grzybowska, fotoreporterka z Gazety Wyborczej i mówi poważnym głosem, że zaczął się szturm Majdanu. Nigdy nie zapomnę jej głosu. Wtedy z Wojtkiem próbowaliśmy wydzwonić jakąś taksówkę i wrócić z powrotem na Majdan jak najprędzej. Dotarliśmy dopiero po półtorej godzinie przypadkowym autem, kierowca i pasażerowie jechali na Majdan wesprzeć protestujących.

Wtedy na Majdanie nawoływano, żeby ściągać jak najwięcej ludzi…
Tak. Ale my mieszkaliśmy po drugiej stronie rzeki, w wielkim osiedlu i o 2 godzinie w nocy tam nic nie jeździ. Gdy przybyliśmy okrężna drogą, to już rozwalono barykadę na Instytuckiej i tam po jednej stronie stały setki milicjantów, po drugiej tysiące ludzi, wzajemnie się blokując. Na samym Majdanie ludzie stali przy scenie, przy Domu Związków Zawodowych od strony hotelu Chmielnickiego, przy ul. Michajłowskiej. Budowano kolejne barykady. Ja tam wtedy stałem i czekałem na kolejny szturm. Był jeszcze nieudany atak przy gmachu Administracji Kijowskiej.

Ostatecznie milicja zrezygnowała ze zdobywania całego Majdanu, bo nastał już dzień. Co mnie wtedy uderzyło, że gdy Berkut odchodził z Majdanu 11 grudnia rano, tuż za nimi szedł tłum i z ławek i innych rzeczy, momentalnie budował na nowo barykady. Wieka radość i każdy coś niesie w ręku i na naszych oczach powstaje barykada. Ogromna determinacja, ale też ogromna organizacja, która jest przepiękną rzeczą tych wydarzeń. Bardzo mnie to fascynowało i do tej pory fascynuje.

Poprzedniej nocy rozbito na barykady przy ul. Luterańskiej. Tam też udało mi się, bo nie bili pałami.
Później również działy się straszne rzeczy. 19 styczeń gdzie powstała barykada na Hruszewskiego przy stadionie Dynama. W tamtych dniach zginęły od kul pierwsze 3 osoby na Majdanie. Potem nastąpił rozejm, aż do wydarzeń czarnego czwartku. Warto też wspomnień, że tam cały czas były osoby zaginione. Było takie symboliczne miejsce na Majdanie – but Martens, dziewczęcy, malowany w kwiatki, który został znaleziony po wypadkach z 30 listopada – symbolizował ludzi zaginionych od początków protestów. Pamiętam młodych ludzi, którzy wywieszali listy zaginionych po tych wypadkach. Mam nawet takie zdjęcie, gdy młoda dziewczyna wylepia z kolegą nazwiska zaginionych.

Pamiętasz, jak nie starczyło materiału na barykady i zaczęto zbierać śnieg do worków?
Nie wiem czy faktycznie zabrakło materiału na barykady. Przecież tam cały czas coś znoszono. Jak opony palono przez tydzień. Przez dzień zużywano około 10 tys. opon. Mieszkańcy Kijowa przyjeżdżali i przywozili opony i benzynę skąd się dało. Teren samego Majdany okazał się na tyle duży, że władze nie potrafiły zablokować tych dostaw. Dziwiliśmy się dlaczego tak jest, a oni po prostu nie mieli tyle siły, aby to uszczelnić. Władze nie dały temu rady.

1 grudnia – 11 grudnia – czarny czwartek…
Przyjechałem po raz kolejny w dzień przed czarnym czwartkiem. Nie byłem w niedzielę podczas wiecu na Majdanie i w poniedziałek podczas walk pod Radą Najwyższą i na Instytuckiej, gdy milicja wjechała na Majdan i zajęła go w połowie. 20 lutego, we czwartek o 8 rano wyszedłem wraz z Jakubem Szymczukiem fotoreporterem „Gościa Niedzielnego” na Majdan.

Co zobaczyłeś?
To, że chłopaki idą do przodu i odbijają ten Majdan. Ruszyliśmy z nimi na Hruszewskiego, przez Plac Europejski, aż do stadionu Dynamo. Do głowy by nam nie przyszło, że mogą do nas strzelać. Dopiero później na jednym zdjęciu zobaczyłem jak oficer Berkutu przeładowuje swoją broń krótką na placu Europejskim ale ostatecznie tam nie strzelano. Kilku gliniarzy zostało wtedy wziętych do niewoli i mam to na zdjęciach. Ten atak szedł falami – zdobywali po kilka, kilkadziesiąt metrów i dalej kolejny atak. Moi koledzy dostali jakieś telefony, że strzelają na Instytuckiej. Ja nie dostałem żadnego i mnie to obeszło. Mam wrażenie, że 2/3 Majdanu w ogóle o tym nie wiedziało. Jest to ogromny teren i zza rogu ulicy nie słyszysz strzałów. W ogóle o niczym nie wiedziałem. Poszedłem wysłać zdjęcia. Potem poszedłem na Instytucką. Wszędzie pełno ludzi, sprzątają, odbudowują, podają kostkę brukową, umacniają barykady. W tym momencie zaczepia mnie mężczyzna, który zobaczył, że jestem z aparatem i jestem dziennikarzem i mówi: „Musisz to zobaczyć”. Zaprowadził mnie do hotelu „Ukraina” i tam w holu zobaczyłem kilkanaście ciał przykrytych białymi prześcieradłami.

A ty nic nie wiedziałeś.
A ja nic nie wiedziałem. Dorosły mężczyzna, który mi to pokazał rozpłakał się, mówiąc, że to jego koledzy. Dopiero wtedy zrozumiałem co się stało. A ja byłem gdzie indziej. Jakub Szymczuk zrobił wtedy bardzo ważne zdjęcia. Został za to wyróżniony kilkoma nagrodami. Nie robimy zdjęć dla nagród, ale jakaś rywalizacja w nas jednak tkwi, ale nie zazdrość, przynajmniej ja tak nie myślę. Do dziś nie mogę w sobie ocenić, czy dobrze się stało, że nie byłem pod obstrzałem. Nie wiem, czy tego żałuję. Traktuje to jako działanie opatrzności. Teraz, gdy spojrzę na te wydarzenia to strach się pojawia, ale w tamtym czasie, gdy jest się w centrum, gdy biegniesz z aparatem w ręku, w ataku z obrońcami Majdanu, nie sposób analizować sytuację. Działasz instynktownie. Tam, w największym hotelu Ukraina, robiłem zdjęcia zabitych, niczego nie odczuwałem, żadne refleksje nie przychodzą ci do głowy. To jest wszystko za szybko.

Wcześniej byłem dokumentalistą, dziennikarzem telewizyjnym, kamerzystą. Życie jednak wymogło ma mnie bycie fotoreporterem. Kiedyś fotografia byłą moją pasją. Potem odszedłem od tego, ale tak się złożyło, że na Majdanie znalazłem się z aparatem. Gdy byłem w Rumunii w 1991 roku na moich oczach zlinczowano człowieka. Wtedy też nic nie czułem – refleksje, emocje, przyszły dopiero po czasie.

Wyszedłem przed hotel. Zapaliłem papierosa. Zobaczyłem jak z hotelu niosą na noszach rannego, z zabandażowaną głową, całą zakrwawioną i prawie biegiem przez cały Majdan niosą go do Domu Związków. Pod hotel Ukraina nie mogły podjechać karetki. Pobiegłem za nimi i cały czas fotografowałem. Gdy odwiozła go karetka ścisnęło mnie za gardło i uświadomiłem sobie co się dzieje. Dotarło do mnie co się stało. Zacząłem się za tego rannego modlić i płakać. Tak wyglądał mój czarny czwartek. Nie zapomnę tamtych chwil.

Czy pamiętasz te chwile już potem, gdy przynoszono ciała poległych na scenę?
Bardzo dobrze pamiętam, bo byliśmy tam jeszcze trzy dni. Jest to dla mnie nieprawdopodobna historia. Wyszedłem wtedy na Majdan. Było to 21 lub 22 lutego. Nie było już milicji wokół Majdanu. Uświadomiłem sobie, że po raz pierwszy od trzech miesięcy widzę tu dzieci. Wokół cisza, żałoba, każdy przyszedł z kwiatkiem, który gdzieś niesie i kładzie. Wtedy było wszędzie pełno kwiatów. Pogrzeby pamiętam, ta cisza i pieśń żałobna, którą wtedy śpiewano i te okrzyki, że bohaterowie nie umierają. Jest to bardzo mocne przeżycie. Po czarnym czwartku nie było euforii. Każdy był pogrążony w żałobie, zadumie.

Z wydarzeń, których byłeś świadkiem, które byś uznał za najważniejsze?
Majdan jest przeżyciem nie do zapomnienia. Około trzech miesięcy minęło, zanim się uspokoiłem i uwolniłem od tego. Majdan był ogromnym przeżyciem emocjonalnym. Żyjesz tym non-stop. Gdy byłem w Polsce myślałem co tam się dzieje, a gdy byłem tam to starłem się zobaczyć jak najwięcej. Dużo rzeczy z tego majdanu będę pamiętał. W ten czwartek miałem ochotę rzucić aparat, a złapać za kamień i rzucić nim w milicję. Chciałem walczyć razem z tymi ludźmi, którzy walczyli o siebie, o wolność. Ale inna jest moja rola i przy niej pozostanę. Jestem dziennikarzem i staram się swoją pracę wykonywać rzetelnie. Pamiętam swoje myśli, gdy szedłem z obrońcami Majdanu do ataku.

Ale Majdan zmieniał się przez ten czas. Mam takie zdjęcia kozaka Aleksandra w różnych momentach Majdanu. Pierwsze – to on w skórzanej kurtce i motocyklowym kasku pod Radą Najwyższą z 6 grudnia, później już inaczej ubranego – w ogromny kożuch, aż po sotnika, obrońcę kozackiej barykady w pełnym ekwipunku z radiostacją, a na koniec, po czarnym czwartku – pobity, opuchnięty na pogrzebie swego towarzysza broni. Tak ten Majdan ewaluował, tak zmieniali się jego obrońcy: od zwykłych ludzi do żołnierzy i ich dowódców, po ich tragedie w Parku Maryińskim gdzie zostali brutalnie pobici.

Po miesiącach przeglądając postacie na zdjęciach widzisz jak układają się one w jakieś historie.

W Kijowie nie znałeś naszego kolegi Pawła Bobołowicza, a okazuje się, że staliście obok siebie i zrobiliście prawie takie samo ujęcie.
Tak, prawie to samo zdjęcie na Bankowej 1 grudnia. Czy z Agatą Grzybowska też mamy podobne historie, ona też był 1 grudnia na Bankowej, a poznałem ją później. Z wieloma dziennikarzami poznawaliście się przy polskim stoliku. Zauważyłem też taką niezwykle interesującą rzecz. Mianowicie początek Majdanu był trochę inny niż środek i koniec. Ludzie w tym czasie się zmieniali. Na początku prawie wszyscy mówili po polsku, bo była masa ludzi z zachodniej i centralnej Ukrainy. Nie miałem problemów językowych. Później ludzie się zmieniali.

Jak to wszystko się skończyło, czy byłeś jeszcze w Kijowie?
Nie, musiałem wrócić i załatwić parę rzeczy ważnych dla mnie.

Trzeba powiedzieć, że wielu z nas, którzy tam byli ma jakieś wyrwy w życiorysie.
Naturalnie, był to kawał wyrwanego życie. Ale jak ktoś jest dziennikarzem, to jest jego robota i nie ma z tym problemu.

Mieliśmy też swoje ulubione miejsca w Kijowie.
Ach, tak. Słynna knajpa o nazwie „24H”. Poznałem tam kilku dziennikarzy z AFP, Reutersa i innych agencji. Poznałem tam paru fotoreporterów rosyjskich. Tam przebywaliśmy dość często, bo była najbliżej budynku Związków Zawodowych, gdzie było centrum prasowe, sztab i serce Majdanu, o jakieś 150 m. Nasza grupa Polaków zintegrowała się i nasze znajomości i przyjaźnie zostały do dzisiaj.

Info:
Konrad Falęcki – dokumentalista, dziennikarz, fotoreporter. Współautor min. filmu „Grupy Oporu” wyróżnionym Złotym Opornikiem na Festiwalu Filmowym „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci” w 2010 r.

Rozmawiał Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 23-24 (219-220) za 19 grudnia 2014 – 15 stycznia 2015

Wspólnie przy ul. Instytuckiej na spalonym podczas zamieszek samochodzie: Simona Supino, Konrad Falęcki, Agata Grzybowska, poniżej Piotr Apolinarski (Fot. Piotr Apolinarski)

Od lewej: Agata Grzybowska, Simona Supino i Konrad Falęcki (Fot. Piotr Apolinarski)

Narada przy stoliku. od lewej: Jan Pawlicki (TV Republika), Piotr Apolinarski (tyłem), Marcin Fonfara (TV Republika), twórca stolika Paweł Bobołowicz (Fot. Wojciech Jankowski)

Konrad Falęcki pokazuje ślady po kulach (Fot. Piotr Apolinarski)

21.02.2014. Kijów. Majdan. Dzień po czarnym czwartku. Zaczeły się pierwsze uroczystości pogrzebowe, ludzie zaczęli znosić kwiaty na Majdan. Na zdjęciu pierwszy pogrzeb trzech ofiar czarnego czwartku (Fot. Konrad Falęcki)

20.02.2014. Czarny Czwartek. W tym dniu zgineło kilkadziesiat osób, było wielu rannych (Fot. Konrad Fałęcki)

X