O licznych historiach kryminalnych sprzed I wojny światowej pisałem na łamach „Nowego Kuriera Galicyjskiego”. Niektórzy lokalni filozofowie, moralizująca część społeczeństwa uważa, że część tych historii kryminalnych zdarzała się z powodu tzw. „nudów austriackich”, epoki zastoju, przeczucia zmian i fatalnych konfliktów (wojen), była wynikiem epoki degradacji i upadku moralnego. Jednak po I wojnie światowej, wojnie polsko-ukraińskiej i wojnie polsko-bolszewickiej oraz odrodzeniu niepodległej Rzeczypospolitej sytuacja ekonomiczna i psychologiczna była we Lwowie jeszcze bardziej ponura. We wczesnych latach 20. rosła inflacja, zaś państwowe dotacje na kulturę, naukę, sztukę i wydatki socjalne malały z każdym rokiem. W społeczeństwie rosły zjawiska negatywne, bezrobocie, przestępność, prostytucja.
Prasa lwowska była przepełniona sensacyjnymi codziennymi opisami morderstw, krwawych porachunków, targnięć na życie własne lub znajomych, a często całkiem nieznajomych ludzi. Wśród „bohaterów” tych tragicznych wydarzeń byli zarówno zawodowi zbóje, złodzieje, bandyci, jak i ludzie niespełna rozumu, nerwowo chorzy, po prostu szaleńcy i wariaci. W tych trudnych czasach rosły też napięcia narodowościowe i socjalne. Działały podziemne organizacje nacjonalistyczne i komunistyczne, miały miejsce akty terrorystyczne na podłożu politycznym. O tym wszystkim codziennie pisały gazety lwowskie, w pierwszej kolejności „Wiek Nowy” i „Kurier Lwowski”.

Oto niektóre, najbardziej charakterystyczne lub sensacyjne wydarzenia ze stron tych wydań, z kroniki policyjnej i z ulic lwowskich. W maju 1923 roku z głębokiej prowincji przyjechał do Lwowa niejaki Jan Czarnecki, który miał przy sobie pewną sumę pieniędzy. Miasto oszołomiło go, otóż postanowił trochę się zabawić. W tym celu postanowił znaleźć panienkę dla rozmowy i lekkiego flirtu. Idąc ulicami budował w głowie piękne plany i jakby przypadkowo spotkał „fertyczną osóbkę”, obdarzającą go ponętnym, obiecującym wiele uśmiechem. Jak dalej pisze „Wiek Nowy”: „Od słowa do słowa – znajomość gotowa, że zaś pan z prowincji nieobyty był ze stosunkami wielkomiejskimi, wziął więc marną namiastkę za prawdziwe złoto i zaprosił towarzyszkę na poczęstunek do szyneczka”. Panna miała na imię Maria Osoba, była młoda, wesoła i dostępna. Ta lwowska diva zechciała odwdzięczyć się panu Czarneckiemu za poczęstunek i zaprosiła go do własnego mieszkania, które okazało się zwykłym miejskim barakiem dla bezrobotnych przy ulicy Kubasiewicza, na tak zwanym Gródku, daleko w nienajlepszej dzielnicy miasta, obok targu i dworca kolejowego. Niestety nie wywarło to na panu z prowincji złego wrażenia, był zaczarowany urokami młodej dziewczyny. Jednak nie zdążył jeszcze pan Czarnecki wyrazić swojego zachwytu młodością i pięknością panny Marii, jak scenariusz tej randki kardynalnie się zmienił. Do izby wpadł nieznany mężczyzna, który przedstawił się „wywiadowcą policyjnym” i przeprowadził na Czarneckim rewizję osobistą. Wygarnął z jego portfela 800 złotych i „ulotnił się jak kamfora”. Równocześnie znikła i piękna Maria. Dopiero wówczas pan Czarnecki połapał się i zrozumiał, iż zachęcający uśmiech fertycznej osóbki sprowadził go na manowce, że wpadł w sidła oszustów. Zwrócił się na policję, która sprytnych oszustów bez trudu odnalazła. I Maria Osoba i jej kolega „wywiadowca policyjny” policji lwowskiej byli dobrze znani. Rzekomy „wywiadowca policyjny”, a właściwie sprytny łapigrosz Józef Michalczyszyn i Maria Osoba zostali zatrzymani i postawieni przed trybunałem karnym. Jednak pan z prowincji Jan Czarnecki swoich pieniędzy tak i nie odzyskał. Dostał dobrą nauczkę i autor artykułu w „Wieku Nowym” wyraził nadzieję, że „drugim razem będzie ostrożniejszy. Straszne są te sidła i ponęty wielkiego miasta”.

Kolejna pouczająca historia stosunków damsko-męskich wydarzyła się w czerwcu 1926 roku. „Wiek Nowy” opublikował artykuł pod tytułem „Zemsta za uwodzenie pod przyrzeczeniem małżeństwa”. Była to historia bardzo charakterystyczna dla owych czasów. Statystyka lwowska notowała w mieście znaczny procent młodych dziewczyn, w większości ze wsi, które pracowały w bogatych rodzinach jako kucharki, niańki czy służące. Każda z nich marzyła znaleźć narzeczonego, założyć rodzinę, „wybić się na ludzi”. Takie młode kobiety ze swoich skromnych zarobków odkładały każdy grosz na przyszły ślub i urządzenie rodzinnego gniazdka. Z drugiej zaś strony nie brakowało aferzystów, którzy właśnie wyszukiwali takie naiwne kucharki, oszukując je w każdy możliwy sposób. Najważniejszym atutem takiego aferzysty były obietnice ożenku z wybraną ofiarą. Otóż, niejaki Jan Malinowski, mieszkający w realności przy ulicy Św. Zofii 6, upatrzył sobie niejaką Paulinę Sapównę, służącą zamieszkałą przy ulicy Tarnowskiego 12. Obchodził młodą dziewczynę kilka tygodni, zaś dalej „pod pozorem ożenienia się z nią wyłudził od niej kwotę 210 złotych, wobec czego została ona bez żadnych pieniędzy. W dodatku Jan Malinowski uwiódł ją i wkrótce miała ona zostać matką. Lecz Malinowski lekceważył sobie taki obrót stosunków, pieniędzy oddać nie chciał, zaś co do ożenku, oświadczył byłej ukochanej, że wyszukał sobie już inną narzeczoną, z którą ma zamiar wziąć ślub. 17 czerwca tegoż 1926 roku nastąpiło tragiczne dla Jana Malinowskiego wydarzenie. Sapówna wyśledziła go i kiedy ten oszust-narzeczony przechodził obok swej kamienicy przy ulicy Św. Zofii, napadła na niego. Kawałkiem cegły bez żadnej litości uderzyła go w głowę. Wskutek uderzenia Jan Malinowski stracił przytomność i upadł na ziemie. Wtedy Paulina Sapówna wyciągnęła wcześniej przygotowany drewniany tłuczek i pobiła go po całym ciele tak dotkliwie, że obecni na ulicy przechodnie zawiadomili policję. Posterunkowy Jan Woźnica przerwał tę improwizowaną egzekucję w stylu ponurego średniowiecza i musiał zawezwać Pogotowie Ratunkowe. Paulinę Sapównę posterunkowy przytrzymał i sprowadził do biura pierwszego komisariatu policyjnego przy ulicy Jabłonowskich. Tutaj Sapównę przesłuchano i podała ona bez żadnych skrupułów całą prawdę jej stosunków z Malinowskim. Wobec takiego stanu rzeczy policja Paulinę Sapównę „…pozostawiła na wolnej stopie”, zaś tajemnicą pozostało co się stało z Malinowskim, także z dzieckiem i czy Sapówna odzyskała swoje 210 złotych. Po prostu było to już PT publiczności nieciekawe i „Wiek Nowy” nie informował o dalszych losach biednej służącej zwłaszcza, iż nowych sensacyjnych wydarzeń na stronach gazety nie zabrakło.
Oto kolejny „wypadek nagłego zgonu”, który zainteresował reporterów kroniki policyjnej. Ten wypadek miał miejsce wprost w restauracji pana L. Heilsterna przy ulicy Pańskiej 17. Tu nagle zakończył życie Józef Motylewski, monter gazowni miejskiej, zamieszkały przy ulicy Bema 25. Wracając z pracy postanowił on najpierw zahaczyć o restaurację na mały kieliszek wódeczki. Kieliszków tych jednak okazało się kilka i… z powodu nadmiernego spożycia alkoholu dostał biedak zawału serca wprost przy stoliku restauracyjnym. Śmierć stwierdził wezwany przez gospodarza lekarz miejski dr Kasparek. Na jego rozkaz zwłoki odstawiono do Zakładu Medycyny Sądowej.

W maju 2026 roku krwawe morderstwo wstrząsnęło lwowską dzielnicą Zamarstynowską, dzielnicą miasta za Pełtwią, znaną też z niespokojnych obyczajów mieszkańców, bójek i awantur pijackich. Ale tym razem sprawa dotyczyła ponurego morderstwa. Przy ulicy Tkackiej 38, bocznej Zamarstynowskiej, niedaleko rogatki na Balonowej, niejaka Maria Martinówna, młoda dwudziestoparoletnia niezamężna kobieta, gwiaździstą nocą majową zarąbała siekierą swego 57-letniego ojca Henryka Martina. Policja aresztowała Marię i rozpoczęła śledztwo. W toku wyjaśnienia okoliczności zbrodni aresztowana Martinówna najpierw podała, że czynu swego dopuściła się z tego powodu, że ojciec często upijał się i matkę bardzo maltretował, a „… nawet im (jej i matce) odgrażał się śmiercią”. Twierdzenia te potwierdziła także jej matka, a żona zamordowanego. Jednak prowadzący śledztwo komisarz policyjny, nie za bardzo uwierzył w całą tę historię, a może ktoś z sąsiadów złożył zeznania w tej sprawie, i śledztwo przybrało całkiem inny zwrot. Maria Martinówna po prawie miesiącu pobytu w więzieniu policyjnym i codziennych przesłuchaniach ujawniła całą prawdę w sprawie krwawego morderstwa. Wyszło na jaw, że morderstwo zostało dokonane na zupełnie innym tle, a udział w nim brał niejaki Andrzej Martin, daleki kuzyn Marii Martinówny, który zarazem był jej kochankiem i mieszkał w tej samej realności. 18 czerwca Andrzej Martin został aresztowany pod zarzutem udziału w mordzie. W czasie rewizji znaleziono u niego srebrną torebkę, ważącą pół kilograma i inne rzeczy pochodzące przypuszczalnie z kradzieży. Policja dawno już podejrzewała, że rodzina Martinów utrzymywała się z kradzieży, zaś rewizja owe podejrzenia potwierdziła. Wśród skonfiskowanych rzeczy policja znalazła skradzione w dzielnicy żydowskiej (właśnie tę srebrną torebkę), podczas rabunków w listopadzie 1918 roku. Należy wyjaśnić, że chodziło tu o rozruchy listopadowe w dzielnicy żydowskiej Lwowa. W dniach 1–21 listopada 1918 roku na ulicach miasta trwały walki polsko-ukraińskie, zaś gmina żydowska postanowiła zachować neutralność i nie angażować się ani po stronie polskiej, ani ukraińskiej. Niestety, 22 listopada Lwów ogarnęły tragiczne, krwawe wydarzenia: około godziny dziewiątej wieczorem rozpoczął się pogrom i rabunki ludności żydowskiej. W pogromie brał udział miejski motłoch ze wszystkich dzielnic miasta i niestety część żołnierzy z oddziałów polskich. Podpalano żydowskie kamienice, synagogę postępową na Starym Rynku, niszczono żydowskie mienie, kawiarnie, sklepy. Dopiero rankiem 24 listopada wojska polskie opanowały sytuację w dzielnicy żydowskiej. Wskutek pogromu zginęło ponad 150 Żydów, ciężko ranne zostały 372 osoby. Spalono ponad 50 budynków żydowskich i dwie synagogi, obrabowano co najmniej 3 729 mieszkań, sklepów i warsztatów. Taką informację opublikowała polska komisja rządowa wysłana z Warszawy i Żydowski Komitet Ratunkowy. Andrzej Martin i Maria Martinówna, a może i jej ojciec, którzy brali udział w tym pogromie zrabowali tyle, że jeszcze w 1926 roku mieli nie spieniężone rzeczy żydowskie. Po aresztowaniu Andrzeja Martina wyjaśniono, że zamordowany Henryk Martin wiedział o różnych sprawkach swej córki i jej kochanka. Świadkowie stwierdzili, że ojciec groził im nawet doniesieniem do policji i domagał się spieniężenia łupów i podziału pieniędzy. Właśnie z tego powodu ułożono plan pozbycia się niebezpiecznego świadka, czyli ojca Marii. Autorem tego planu był Andrzej Martin, który zręcznie do wykonania mordu wciągnął swoją kochankę Marię. Trybunał karny uznał Marię Martinównę i Andrzeja Martina winnych morderstwa i wyznaczył wysokie terminy kary.
Ciąg dalszy kolejnych historii kryminalnych nastąpi.
Jurij Smirnow
Tekst ukazał się w nr 4 (488), 27 lutego – 16 marca 2026
