Lwów wobec wybuchu powstania listopadowego Kwatera powstańców listopadowych na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, fot. Aleksander Kuśnierz / Nowy Kurier Galicyjski

Lwów wobec wybuchu powstania listopadowego

Powszechnie znane są opisy ofiarności mieszkańców Lwowa wobec powstania Listopadowego, pomoc, którą okazywano powstańcom i liczba ochotników ze Lwowa, którzy wzięli udział w walkach powstańczych. Dziś pragnę przedstawić Czytelnikom naszego pisma fragmenty dzieła Józefa Białyni Chołodeckiego „Lwów w czasie Powstania Listopadowego”, które ukazało się w 1930 r. nakładem Towarzystwa Miłośników Przeszłości Lwowa w cyklu Biblioteki Lwowskiej.

Okrzyk „Śmierć tyranom!” – który rozległ się z ust podchorążych 29 listopada r. 1830, śpieszących pod mury Belwederu w Warszawie, echem odbił się szybko także we Lwowie i rozszedł się błyskawicznie po obszarach zaboru austriackiego. Lwów i kraj cały porwał się do czynu.

Gościńce wiodące ku granicy zaroiły się od ochotników, zwłaszcza zaś gościniec wiodący ze Lwowa przez Żółkiew ku twierdzy Zamościa. Ojciec wyprawiał syna, ułatwiał mu przejście na teren bojów, a często i sam z nim przechodził. Bracia ciągnęli losy, kto ma wyjść, a kto pozostać u domowych ognisk. Szkoły wyższe opustoszały, wyludniły się także niektóre warsztaty. Słudzy dworscy szli ze wsi ochotnie z swoimi panami, nawet synowie z rodzin niemieckich łączyli się niekiedy z swoimi rówieśnikami. Kobiety przewyższały w swym zapale mężczyzn, tak, że zdawało się nieraz, jakby wobec miłości ojczyzny wyrzekły się uczuć, żywionych dla narzeczonych, dla mężów, ojców i synów rodzin.

Opisany ruch udzielał się głównie inteligencji, szlachcie i tym, którzy byli z nią w bliższej styczności. Młodzież inteligentna, która ze względu na wiek swój pozostała w domu, nie próżnowała, ale wedle własnego pomysłu rozniecała ducha narodowego – wygłaszała wiersze, nuciła piosnki obrazujące naszą przeszłość i oczekiwaną przyszłość, i zachęcała tem do jedności z walczącymi braćmi. Urzędnikom Niemcom i Czechom, nieprzychylnym polskiej ludności, malowano szubienice, prorokowano ucieczkę, słowem wysilano się na karykatury, paszkwile i szyderstwa. Kobiety szyły skwapliwie bieliznę, skubały szarpie dla rannych i zbierały składki. Wstrzymywały się też one od tanecznych zabaw i rozrywek, a gdy w karnawale r. 1831 urządził książę Lobkowicz urzędowy bal i zaprosił reprezentantów polskiego społeczeństwa, ukazał się nagle w czasie zabawy na drzwiach napis:

„Czyliż pod skrzypce tyrana
Może skakać polska młodzi?
Gdy ojczyzna w kir ubrana,
Wierzaj: stękać się nie godzi!”– naturalnie, że bal skończył się bez tańców.

Nawet żołnierze pułków galicyjskich i węgierskich nucili rewolucyjne piosenki, nadpływające z polskich obozów i wypytywali się o stan bitew. Na pierwszą wieść o zaburzeniach w Warszawie grenadierzy we Lwowie sprowadzili do koszar muzykę i odśpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła“, potem wołali „Niech żyje Polska!“ „Śmierć Moskalom!“ Huzarzy bądź pojedynczo bądź posterunkami przekradali się niekiedy przez granicę, konno i zbrojno i zaciągali w polskie szeregi.

Zawiązał się we Lwowie wlot Komitet pomocy dla rodaków w Królestwie, na którego czele stanął Izydor Pietruski, towarzyszyli mu Roman Bielski i Józef Broniewski. Komitet ten zbierał pozornie przy pomocy pań tylko bieliznę, sukna, buty, szarpie i inne przybory szpitalne, po kryjomu zaś fundusze wysyłane do Królestwa, konie, broń, amunicję i inne wojenne potrzeby.

Najwięcej karabinów dostarczył galanteryjny sklep Glixellego we Lwowie. Wynosili je żołnierze z cesarskich magazynów bez kurków i stemplów i sprzedawali jako broń popsutą. Wysłane kosztem komitetu transporty przerabiano w Suchedniowie i Wąchocku. W zwykłym handlu podniosły się znacznie ceny broni, a kupcy i rusznikarze otrzymali ostry rozkaz pytania i notowania wiadomości władzom. Każdy nabywca broni podawał zmyślone nazwisko i adres i kpił sobie z zarządzeń policyjnych. Zresztą wielu posiadaczy znosiło i ofiarowywało na cele wojenne swoją dawno nabytą broń.

Komitet lwowski zamawiał w kuźniach podkarpackich, a zwłaszcza w Podhorodcach w rzymskokatolickiej parafii w Skolem i w Wełdziżu kule, groty do lanc pod nazwą ogrodowych sztachet dla dworów obywatelskich. W Królestwie ostrzono te sztachety i osadzano na drzewcach.

Do zadań Komitetu lwowskiego należało zaopatrywanie w zasoby pieniężne dążących do boju ochotników i porozumiewanie się pisemne z Warszawą. Aby uniknąć zdrady tajemnicy listowej ze strony niemieckich urzędników Austrii i Prus, zorganizowano obywatelską tajną pocztę między Lwowem i Poznaniem z jednej, Warszawą z drugiej strony. Zresztą miał Komitet lwowski wszędzie swoich agentów.

Chcąc okazać lojalność wobec carskiego imperium, zakazały władze austriackie nawet wywożenia zagranicę rekwizytów gospodarczych, jak np. kos i wideł. Zakaz ten był jednak czczą formalnością, nikogo bowiem nie ukarano za to ani grzywną, ani więzieniem.

Rz. kat. duchowni pouczali z ambon lud o powodach powstania w Królestwie, co ułatwiało znów przemycanie ochotników przez granice, a służba dworska działała w porozumieniu ze strażami granicznymi. Po drugiej stronie granicy posterunki obywatelskie wyczekiwały i przyjmowały serdecznie jawiących się przybyszów. Policja wypuszczała przyłapanych ochotników bez wielkiej trudności na wolność, a wypuszczała częściowo nie tylko wobec pobłażliwego postępowania gubernatora Lobkowicza. Sam Lobkowicz udzielał chętnie przyjęć dla gości Polaków, na których wznoszono patriotyczne toasty, i śpiewano narodowe piosenki,

Zaprowadzenie opłat akcyzowych od wiktuałów na rzecz skarbu państwowego wywoływało nawet krwawe bójki u rogatek Lwowa. Walka o opłaty akcyzowe odbiła się przykrym zdarzeniem. W kościele św. Marcina we Lwowie, jego ówczesny proboszcz, ks. Kwiatkiewicz wystąpił na ambonie nader namiętnie przeciw tym opłatom i w czarnej barwie szkalował władze państwowe. Zawiadomiona policja w jednej chwili zlikwidowała incydent. Ściągnęła proboszcza z kazalnicy, uznała go za obłąkanego, ogoliła mu głowę i odstawiła go do szpitala oo. Pijarów, na oddział wariatów.

Nader przykre było postępowanie rezydenta rosyjskiego gen. Breindla, którego wysłał do Lwowa rząd rosyjski, aby zwracał uwagę na stosunki wśród tutejszych mieszkańców i donosił o tym swoim przełożonym władzom, aby jednał Rusinów dla rządu carskiego i dla prawosławnej cerkwi, a także kontrolował władze austriackie co do ich postępowania i działalności. Nawiązawszy kontakt z ludnością ruską, a zwłaszcza z ruskimi księżmi, począł ich Breindl pouczać o tożsamości ludu ruskiego z Moskalami, kwalifikować Polaków jako obcych przybyszów najeźdźców, odwiecznych wrogów Rusi, począł przedstawiać powstanie listopadowe jako sprawę religijną, mającą za cel zagładę ruskiej wiary, słowem rzucać pierwsze zarzewie późniejszej narodowej niechęci.

Rząd austriacki nie był bynajmniej zadowolony z postępowania Breindla, toteż patrzył przez palce, jak ludność Lwowa urządzała mu różne przykrości i niemiłe niespodzianki. Znała go dobrze ulica, gdyż chodził wytrwale w moskiewskim mundurze, więc obrzucała go kamieniami, tłukła mu szyby w oknach, wywołała raz w kawiarni umyślnie sprzeczkę i oblała mu twarz gorącym ponczem, a ile razy dostawał na ustroniu kije.

Do gorliwych płatnych szpiegów Breindla należał Lewandowski, syn radcy magistratu Andrzeja Lewandowskiego, który doniósł rezydentowi, iż w domu Wirskiego zbiera się liczna młodzież w celu wymarszu do Królestwa. Wobec nalegania Breindla były władze zmuszone aresztować ochotników razem z gospodarzem i przeprowadzić śledztwo, które trwało dziewięć tygodni.

Więcej śmiechu wśród mieszkańców Lwowa, aniżeli kłopotu w biurach policyjnych, wywołał nieudały eksperyment Breindla, przedstawienia obrazowo słabości i nicości wysiłków wojska polskiego. Oto namówił on kozaka, sługę hr. Uruskiej, aby drugiego dnia Wielkiej Nocy zebrał kilkudziesięciu uliczników, uzbroił w kije, wyprowadził na górę Wysokiego Zamku, podzielił na Polaków i Rosjan, stanął sam pod nazwą Dybicza na czele większej, naturalnie, grupy rosyjskiej i przedstawił obraz walki w niekorzystnym dla Polaków świetle.

Kozak zachęcony nagrodą Breindla spełnił dokładnie otrzymany rozkaz, lecz jaki był skutek niezwykłego widowiska?

Przedstawiciele oddziału polskiego naciskani i rażeni przez przemożną siłę „Rosjan”, zawołali do swoich przeciwników, a byłych towarzyszy zabaw ulicznych:

– Porzućcie, do stu diabłów, waszego Dybicza, połączcie się z nami, przecież my wszyscy jesteśmy Polakami!

Apel poskutkował w jednej chwili. Opuszczony Samozwaniec Dybicz umknął czym prędzej do miasta. Chłopcy za nim; otoczyli kamienicę Uruskiej i krzyczeli zgodnym chórem:

– Wydajcie nam Dybicza, bo powytłukamy szyby!

Kres tej komedii położyła policja, rozpędziła uliczników, a niedoszłego bohatera Dybicza wsadziła do aresztów.

Pierwszy większy oddział ochotników, jaki podążył ze Lwowa na pomoc walczącej braci, składał się z młodzieży szkół wyższych i średnich w liczbie około 70 osób. Tworzeniem tego oddziału zajął się słuchacz prawa Feliks Poradowski, późniejszy żołnierz 2 pułku ułanów w korpusie generała Józefa Dwernickiego, oraz jego koledzy z ław uniwersyteckich: August Bielowski, słuchacz prawa, później żołnierz legii nadwiślańskiej, dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, członek czynny Akademii Umiejętności w Krakowie, Szymon Łopatyński, słuchacz prawa, Julian Skolimowski, słuchacz filozofii, później żołnierz 5 pułku ułanów, uhonorowany jako kadet srebrnym krzyżem 20 lipca 1831, i słuchacz prawa Łucjan Stobiecki i inni.

Przybyszów przyjął w Zamościu nader serdecznie generał Julian Sierawski, wydał odpowiednie zarządzenia, a nazajutrz skierował komendanta oddziału austriackich huzarów Hipolita Chołoniewskiego wraz z Feliksem Poradowskim, z powrotem do Lwowa, doręczając im przewiezienie i rozrzucenie po mieście i okolicy nieznanej dotychczas mieszkańcom Galicji odezwy Rządu Narodowego.

Ogółem 141 uczniów szkół lwowskich, gimnazjów i szkół powszechnych uczestniczyło w powstaniu. Istnieje wykaz urzędowy, chociaż nie zawsze dokładny co do imion i szkół, które opuścili ochotnicy. Jest on uzupełniany stale z innych źródeł.

Opracował Krzysztof Szymański

X